A jeszcze niedawno nie lubiła i bała się sprintu
Udowodniłam sobie, że z królowej maratonu stałam się wicekrólową sprintu, a to nie jest łatwe. Mój trener jest cudotwórcą - powiedziała Justyna Kowalczyk.
Teoretycznie srebrny medal dla Polki w sprincie na 1,4 km na igrzyskach to żadne zaskoczenie. Przecież rok temu w przedolimpijskiej próbie w Whistler nasza zawodniczka też była druga. Druga jest również w klasyfikacji Pucharu Świata w sprintach.
W obydwu przypadkach taka argumentacja ma jednak poważne luki. Rok temu w Whistler nie było ani Norweżki Marit Bjoergen, ani Słowenki Petry Majdić i kilku innych znakomitych sprinterek. Z kolei tegoroczne starty w PŚ wiele zawodniczek, m.in. właśnie Bjoergen, potraktowało wyłącznie jako formę przygotowań do igrzysk, opuszczając wiele imprez. Drugie miejsce w sprintach trudno więc uznać za odzwierciedlenie rzeczywistego układu sił.
Prawda jest taka, że jeszcze niedawno Justyna nie lubiła i bała się sprintów. W ubiegłym roku na jakże dla siebie udanych mistrzostwach świata w Libercu w ogóle nie wystartowała w tej konkurencji. Raz, że ściganie się techniką dowolną idzie jej znacznie gorzej niż stylem klasycznym, a dwa, że nie chciała ryzykować jakiegoś upadku, który przeszkodziłby jej w walce o medale na dystansach. A to jest jej naturalna specjalizacja.
Aby zdobyć medal olimpijski, Polka musiała poświęcić mnóstwo czasu na treningi i przystosować się do innego biegania. - Kiedy w ubiegłym roku przyjechaliśmy do Whistler na przedolimpijską próbę, trener Aleksander Wieretielny powiedział mi: "Justysiu, musimy się przygotować na sprint. To będzie nasza największa szansa". Proszę mi uwierzyć, że wiele pracy nas to kosztowało - mówi Kowalczyk.
Ta praca nie poszła na marne. W tym sezonie nasza zawodniczka wygrała dwa biegi sprinterskie w Pucharze Świata, co wcześniej zdarzyło jej się tylko raz - trzy lata temu, w dwóch innych była druga. W środę Polka biegła niemal perfekcyjnie pod względem taktycznym. Od początku ruszała ostro do przodu, na pierwszym podbiegu wychodziła na prowadzenie, wykorzystując swoje predyspozycje. Błąd popełniła praktycznie tylko raz. Jak sama przyznaje, źle weszła w przedostatni zakręt, przez co na kilkaset metrów przed metą dała się wyprzedzić Bjoergen. Choć walczyła do końca, to tej straty nie zdołała już odrobić.
Mijając linię mety, uniosła jednak ręce w geście triumfu, tak jakby wygrała. Kilka godzin później promieniała na Medal Plaza, wchodząc na olimpijskie podium. - To mój największy sukces w karierze. Nikt w polskiej historii zimowych igrzysk dwa razy z rzędu nie zdobył medalu, a ja go znowu przywiozę - mówiła potem dziennikarzom.
W środę na trasie sprintów zabrakło pozostałych Polek, biegli natomiast panowie. Maciej Kreczmer i Janusz Krężelok zdołali przebić się przez kwalifikacje, ale w ćwierćfinałach nie dali już rady. Ostatecznie zostali sklasyfikowani odpowiednio na 25. i 28. miejscu. Oni jednak najbardziej nastawiają się na rywalizację w sprintach drużynowych (poniedziałek), w których będą bronić 7. miejsca wywalczonego na igrzyskach cztery lata temu. - Chcemy wejść do finału, a potem przydałoby się poprawić wynik z Turynu, ale nie będzie łatwo, bo wtedy biegaliśmy klasykiem, a teraz czeka nas łyżwa - mówi Kreczmer, który nie traci nadziei na dobry wynik w biegach indywidualnych. - Nastawiam się na miejsce w pierwszej dwudziestce.
Robert Piątek
robert.piatek@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu