Nie ma medalu, presja rośnie
Justyna Kowalczyk poza podium w pierwszym starcie w Vancouver. Konkurencje, w których będzie faworytką, wciąż przed nią
Jeszcze na 2,7 km przed metą Justyna Kowalczyk miała trzeci czas. Już wtedy było wiadomo, że nie będzie miała złota, bo zbyt dużo traciła do Szwedki Charlotte Kalli. Okazało się, że zbyt duże było też tempo biegu. Ostatecznie Polka dobiegła do mety z piątym czasem. Do podium zabrakło jej 5,8 sekundy. Marzenia o medalu trzeba odłożyć przynajmniej do środy i biegu sprinterskiego.
- Nie nastawiałam się na medal na tym dystansie, ale oczywiście chciałam być wyżej. Starałam się optymalnie rozłożyć siły. Ostatnie dwa kilometry trasy były bardzo płaskie i nic więcej nie byłam w stanie zrobić - usprawiedliwiała się Kowalczyk, po raz kolejny skarżąc się na profil tras w położonym 120 km od Vancouver Whistler.
Piąte miejsce jest pewnym rozczarowaniem, bo Polkę widziano w roli jednej z faworytek. Z drugiej strony wiadomo było, że akurat w biegu na 10 km techniką dowolną o medal będzie jej najtrudniej. - Szanse są, ale nie ukrywam, że bardziej liczymy na inne konkurencje. Najbardziej na bieg łączony, ale także na sprint, w którym Justyna w tym sezonie radzi sobie doskonale - mówił przed startem wczorajszego biegu Rafał Węgrzyn, drugi trener i serwismen Kowalczyk.
Podobnie oceniali szanse naszej zawodniczki bukmacherzy, którzy za faworytki uznawali Kallę i Norweżkę Marit Bjoergen, a Polkę widzieli na trzecim miejscu. Według nich Justyna powinna za to wygrać bieg łączony na 15 km (piątek) oraz 30 km klasykiem (27 lutego) i zdobyć srebrny medal w sprincie (środa).
I właśnie tego należy się trzymać. Kowalczyk musi szybko zapomnieć o niepowodzeniu w biegu łyżwą i maksymalnie skoncentrować się na kolejnych startach. Przede wszystkim musi sobie jednak poradzić z presją psychiczną, jaka zawsze ciąży na faworytkach. Była ona ogromna już przed pierwszym biegiem, a teraz z pewnością jeszcze wzrośnie.
Wczoraj już przed startem Justynie ubyła jedna poważna konkurentka. Z rywalizacji stylem łyżwowym nieoczekiwanie zrezygnowała wiceliderka Pucharu Świata Petra Majdić. Słowenka postanowiła oszczędzić siły na środowy sprint, w którym będzie główną faworytką do zwycięstwa. To pokazuje, jak ciężkie zadanie czeka Polkę w następnym starcie.
Przed wczorajszym biegiem z uwagi na zmiany pogody organizatorzy postanowili zmienić kolejność na starcie. W Whistler temperatura spadła poniżej zera, trasa była twarda i niebezpieczna, groziła urazami w razie upadku na jednym z licznych zjazdów. Kowalczyk, która w normalnych warunkach jako liderka Pucharu Świata nie startowałaby jako ostatnia, otrzymała 33. numer startowy. Wszystko po to, aby stworzyć możliwie najlepsze warunki dla faworytek. Polka miała przed sobą wszystkie najgroźniejsze rywalki, a co za tym idzie kontrolę nad biegiem. Tej przewagi nie udało jej się wykorzystać.
Justyna rozpoczęła spokojnie. Na pierwszym pomiarze osiągnęła piąty rezultat, tracąc do prowadzącej Kalli tylko 2,8 sekundy. Potem przez chwilę było lepiej, jednak ostatecznie wszystko wróciło do punktu wyjścia. Tylko strata do Kalli znacznie wzrosła.
22-letnia Szwedka, która specjalizuje się w biegu techniką łyżwową, wczoraj była jednak klasą sama dla siebie. - Nie mogę uwierzyć w to, co się stało - mówiła na mecie, choć to przecież na nią w tym biegu stawiano. W jej rozgrywkę z Bjoergen nieoczekiwanie włączyła się tylko Estonka Kristina Smigun-Vaehi, która rozdzieliła Skandynawki na podium.
@RY1@i02/2010/032/i02.2010.032.000.020a.001.jpg@RY2@
Fot. Reuters/Forum
Jak na gust Justyny Kowalczyk trasa wczorajszego biegu na 10 km była zbyt płaska
robert.piatek@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu