Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Kraj

Czas na walkę o duże pieniądze

30 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Jeśli chcę być mistrzem świata, to muszę go pokonać - powiedział przed walką z Estradą Tomasz Adamek. Polak wygrał i nadal może myśleć o największych zaszczytach, ale wygrana nie przyszła łatwo.

Nie tak to miało wyglądać. Kiedy w Prudential Center w Newark zabrzmiał ostatni gong, amerykański pretendent do pasa międzynarodowego mistrza IBF unosił ręce w geście triumfu, a na poobijanej twarzy Tomasza Adamka malowała się lekka niepewność. O werdykcie mieli bowiem zdecydować sędziowie, a walka była zdecydowanie bardziej wyrównana, niż wyobrażano sobie w polskim obozie. Na szczęście punktowi stanęli na wysokości zadania. Werdykt był jednogłośny - 115:113, 116:112 i 118:110 dla Polaka.

Można było odetchnąć, bo wcześniej było nadspodziewanie trudno. Przede wszystkim zawiodły rachuby, że ociężały Estrada w drugiej połowie walki znacznie spuści z tonu. Było wręcz przeciwnie - Amerykanin zrzucił przed walką kilka kilogramów (ważył tylko 107,6 kg) i w ostatnich rundach to on nieustannie parł do przodu, a Adamek się cofał. Owszem, "Góral" punktował zdecydowanie częściej, ale inicjatywa rywala mogła wywrzeć wrażenie na sędziach.

- Estrada unikał wymiany ciosów - tłumaczył po walce polski bokser, ale tak naprawdę trudno było wyliczyć wiele zaproszeń do bitki z jego strony. Choć Polak deklarował przed pojedynkiem, że jest gotowy na wojnę, a wcześniej wielokrotnie udowadniał, że ma duszę wojownika, to tym razem pokazał swoje drugie wcielenie - boksera ostrożnego, trzymającego się ściśle ustalonej taktyki.

Jedynym elementem, jakim Adamek górował nad Estradą bezapelacyjnie, była ruchliwość. Amerykanin potwierdził, że dysponuje szybką ręką, jednak jego nogi nie nadążały za ciosami. Tylko raz naprawdę mocno trafił Polaka, ale ten nawet się nie zachwiał. Tak samo daleko od nokdaunu był jednak również Estrada, który jeszcze nigdy nie leżał na deskach. Nie upadł i tym razem, a ciosy "Górala" zdawały się nie robić na nim większego wrażenia.

Wcześniej nic nie zapowiadało nerwów w końcówce. Po pierwszych, dość wyrównanych rundach Adamek przeszedł do ofensywy i był wyraźnie lepszy. Działo się tak ku uciesze 11-tysięcznej publiczności, którą w zdecydowanej większości stanowili Polacy. Na nic bowiem zdały się apele menedżera Estrady Jimmyego Burchfielda, który na konferencji prasowej prosił rodaków o wsparcie dla swojego zawodnika. "Big Six" nie dorobił się jeszcze kibiców, a Adamka kochają tysiące fanów. To między innymi dlatego on zarobił na walce 25 tys. dol., a zyski Polaka mogą wynieść nawet pół miliona.

Estradzie musi wystarczyć miłość, jaką darzy... sam siebie. Amerykanin po każdej rundzie dawał do zrozumienia, że był zwycięzcą starcia, w czym ochoczo upewniał go ojciec i trener Roland. Po ogłoszeniu werdyktu miał minę skrzywdzonego dziecka, a potem wypłakiwał się dziennikarzom: - To, czego się nauczyłem, to nigdy nie boksować w mieście rywala. Byłem w świetnej formie, a tymczasem sędziowie okradli mnie z sukcesu. Adamkowi oddałem co najwyżej trzy z dwunastu rund.

Sędziowie - słusznie - byli jednak odmiennego zdania. Jeśli przełożymy punktację walki na bardziej przystępny język, okaże się, że jeden sędzia zaliczył Estradzie pięć wygranych rund, drugi cztery, a trzeci- tylko dwie.

Teraz Estrada musi wrócić na ziemię, a Adamek już myśli o kolejnej przeszkodzie na drodze po wymarzone mistrzostwo świata wagi ciężkiej. - Myślę, że w najbliższym tygodniu podpiszemy kontrakt na walkę z Arreolą - zapowiadał zaraz po walce.

Wiadomo, że ta walka przyniosłaby mu znacznie większe pieniądze niż sobotnia. Pojedynek, który ma się odbyć 24 kwietnia, chce pokazać telewizja HBO. Jednak coś za coś. Tym razem Adamek musiałby walczyć na zachodzie Stanów Zjednoczonych, a nie w Newark, gdzie dorobił się tysięcy fanów. Gra warta jest jednak świeczki, bo w przypadku zwycięstwa Polak mógłby liczyć nawet na walkę o mistrzostwo świata.

Drugi pojedynek w wadze ciężkiej dał mu jednak też wiele do myślenia. Skoro niedoceniany Estrada okazał się rywalem o niebo trudniejszym od Andrzeja Gołoty, to co będzie dalej? Za oceanem nie brak opinii, że znacznie wyżej notowany od niego Chris Arreola zmiecie Polaka z ringu.

Na razie wiadomo, że w sobotę Adamka podglądał trener jego najbliższego rywala Henry Fernandez. O tym, co zobaczył, wypowiadał się z uznaniem. Mimo wszystko raczej nie była to wyłącznie kurtuazja.

@RY1@i02/2010/026/i02.2010.026.000.017a.001.jpg@RY2@

Fot. EPA/PAP

Tomasz Adamek skutecznie punktował Jasona Estradę

Robert Piątek

robert.piatek@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.