Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Wygrana ważniejsza od barw

28 czerwca 2018

Naturalizowani gracze wspierają reprezentacje tych krajów, które trudno zaliczyć do piłkarskich potęg

Polska drużyna narodowa jest zdecydowanym liderem Euro 2012 w jednej kategorii: gra w niej najwięcej sprowadzonych z zagranicy zawodników. Aż czterech. Czy to "futbolowe śmiecie" - jak z pogardą mówi o nich były reprezentacyjny bramkarz Jan Tomaszewski, czy "wartościowi gracze" - jak z kolei tłumaczy ich powołanie selekcjoner Franciszek Smuda? O tym przekonamy się już w ciągu najbliższych dni. Jedno jest pewne: po naturalizowanych zawodników sięgają obecnie już tylko te kraje, których nie można zaliczyć do futbolowych potęg.

Sebastian Boenisch, Damien Perquis, Eugen Polanski oraz Ludovic Obraniak - ta czwórka graczy z polskimi korzeniami ściągniętych z Niemiec oraz Francji stała się podstawą reprezentacji Smudy. To nic nowego w naszej piłkarskiej historii, bo nie po raz pierwszy (choć pierwszy raz na tak ogromną skalę) liczymy na zagraniczną pomoc. Na mundialu w Korei Południowej i Japonii w 2002 r. na swoje barki nasze piłkarskie nadzieje wziął Emmanuel Olisadebe. Cóż, tego turnieju nie możemy zaliczyć do udanych i właśnie dlatego szybko zapomnieliśmy o pierwszym czarnoskórym graczu w kadrze narodowej (dziś występuje w greckim PAE Veria), choć to dzięki urodzonemu w Nigerii piłkarzowi przedarliśmy się wówczas przez eliminacje.

Na tle biało-czerwonych inne reprezentacje grające w Euro 2012 wyglądają jednorodnie. W jedenastkach Ukrainy oraz Rosji nie występuje żaden naturalizowany piłkarz. Podobnie próżno ich szukać w drużynach Chorwacji, Anglii czy Francji. Czesi mają pół-Etiopczyka Theodora Gebre Selassie, ale on urodził już się w tym kraju i gra w Slovanie Liberec. Podobnie Szwedzi - do kadry powołali Emira Bajrami, napastnika holenderskiego FC Twente, ale jego rodzina przyjechała do Boraes, gdy był małym dzieckiem. Słowem - nikt, oprócz nas, przed mistrzostwami nie wzmacniał na szybko kadry zawodnikami sprowadzanymi z zagranicy. - Naturalizowanie piłkarzy jest charakterystyczne dla państw ubogich futbolowo oraz bogatych krajów z Zatoki Perskiej. W obu przypadkach przyświeca im ten sam cel: rozpaczliwa chęć szybkiego dogonienia piłkarskiej czołówki - mówi DGP Niall Barnaby, zajmujący się m.in. futbolem ekonomista z brytyjskiego University of Liverpool.

Przez lata budowano piłkarską siłę poprzez naturalizowanie utalentowanych piłkarzy, choć nie można powiedzieć, że zjawisko towarzyszyło futbolowi od narodzin. Ale szybko okazało się, że w szlachetnej sportowej rywalizacji najważniejsze jest zwycięstwo. Za wszelką cenę.

Przykład dali Włosi. Przygotowująca się do mistrzostw świata w 1934 r. Italia ściągnęła z Ameryki Południowej aż czterech graczy z włoskimi korzeniami. Raimundo Orsi, Enrique Guaita, Luis Monti i Atilio Demaria zapewnili tytuł ojczyźnie przodków. Po anschlussie Austrii najlepsi gracze tego kraju trafili do reprezentacji III Rzeszy. Z kolei Hiszpanie ściągnęli do siebie dwóch najlepszych piłkarzy lat 50. i 60.: Argentyńczyka Alfredo di Stefano (grał również w reprezentacji Kolumbii) oraz Węgra Ferenca Puskasa. Potem poszło już błyskawicznie. Kupić utalentowanego gracza i namówić go do gry w reprezentacji było prościej i taniej, niż go wyszkolić. Belgia w połowie lat 90. ubiegłego wieku użyczyła obywatelstwa Chorwatom Josipowi Weberowi i Brankowi Struparowi, by pomogli w awansie do finałów mistrzostw Europy oraz świata. Dwaj to jednak za mało, by być pewnym sukcesu - tak zapewne pomyśleli działacze austriackiego związki piłki nożnej i w ciągu ostatniej dekady sprowadzili aż czterech Chorwatów.

Jednak kupowanie zawodników specjalnie do kadry staje się przeszłością. Po co płacić, skoro można mieć coś za darmo? - Najlepsze futbolowe kraje Europy po prostu nie muszą już uciekać się do takich chwytów. W ostatnich latach przyjęły tak wielu emigrantów, że spośród nich oraz ich potomków mogą wybierać utalentowanych piłkarzy - mówi Niall Barnaby.

Przykładów nie trzeba daleko szukać. Kto tworzył na przełomie wieków potęgę Francji, która w 1998 r. w finale mistrzostw świata pokonała Brazylię? Robert Pires (Portugalia), Marcel Desailly (Ghana), Patrick Vieira (Senegal), David Trezeguet (Argentyna), Youri Djorkaeff (Armenia) i Zinedine Zidane (Algieria). Nawet Michel Platini jest potomkiem włoskich emigrantów. Podobnie buduje swą potęgę Holandia, gościnna dla obywateli z dawnych kolonii. W rezultacie ten maleńki kraj jest futbolowym mocarstwem, a nazwiska mających korzenie na Surinamie zawodników - m.in. Edgara Davidsa, Ruuda Gullita, Patricka Kluiverta, Franka Rijkaarda i Clarencea Seedorfa - zapisały się w historii piłki nożnej. Podstawą reprezentacji Niemiec są nie tylko Miroslav Klose oraz Lukas Podolski, lecz także Mesut Oezil, potomek przybyszów z Turcji, i Sami Khedira, którego rodzina pochodzi z Tunezji.

Na drugim biegunie znajdują się kraje, które chciałyby coś znaczyć w futbolu, ale nie mają do tego obecnie żadnych predyspozycji. Tak jak Polska - poziom ekstraklasy jest bardzo słaby, najlepsze zespoły przepadają najczęściej w eliminacjach do europejskich pucharów. Tych kilku prawdziwie utalentowanych zawodników nie jest w stanie zmienić obrazu nędzy naszego futbolu. Dlatego sięgnięcie po zawodników z zagranicy jest próbą załatania braków i nadzieją na cudowną poprawę sytuacji.

Tu stoimy w jednym szeregu z takimi państwami, jak Bahrajn czy Oman. Maciupkie i niewyobrażalnie bogate emiraty także chcą mieć silne drużyny narodowe. W odróżnieniu od nas stać je na kupno najlepszych. Katar zaoferował przed mundialem w 2006 r. okrągły milion dolarów Brazylijczykowi Ailtonowi, ówczesnej gwieździe Bundesligi, za zmianę obywatelstwa (FIFA zablokowała ten transfer). Drużyna narodowa tego państwa składa się już z co najmniej 15 naturalizowanych graczy.

Budowanie reprezentacji przez wykupywanie na rynku utalentowanych graczy zaczęło w końcu przybierać tak wielkie rozmiary, że proceder postanowiła ukrócić FIFA. - Jeśli nie powstrzymamy inwazji Brazylijczyków, to na następnych mistrzostwach świata wystąpi 16 zespołów, w których będą grali piłkarze tego kraju - mówił przed mundialem w RPA szef FIFA Sepp Blatter. Jednak do działania skłoniły futbolowe władze przede wszystkim żale mniejszych oraz biedniejszych państw Afryki, które były bezpardonowo ogałacane z gwiazd przez bogatych. Wprowadzono więc przepis, że piłkarz debiutujący w narodowej drużynie młodzieżowej nie może potem grać w barwach innego kraju. Do tego dodano zapis, że piłkarz emigrant może zagrać w kadrze narodowej nowej ojczyzny dopiero po pięciu latach ciągłego mieszkania w niej.

Jednak każde prawo da się obejść. Skoro o narodowych barwach przesądza gra w młodzieżówce, to trzeba skłaniać do zmiany obywatelstwa utalentowane dzieci. Zamieszkanie? A kto będzie kontrolował zawodników i podważał potwierdzone przez państwo dokumenty? - Tak dalej być nie może. FIFA musi w końcu z tym coś zrobić - publicznie skarżył się na początku roku Herve Renard, francuski trener Zambii. Jego drużyna grała w Pucharze Afryki mecz z zespołem Gwinei Równikowej. Żaden z jej piłkarzy nie urodził się w tym kraju, pochodzili za to z Brazylii, Hiszpanii, Liberii, Kamerunu i Wybrzeża Kości Słoniowej. Jednak Afrykańska Konfederacja Piłkarska nie dopatrzyła się żadnych nieprawidłowości.

@RY1@i02/2012/110/i02.2012.110.18600120c.804.jpg@RY2@

Piotr Kucza/newspix.pl

Eugen Polanski (z lewej) i Sebastian Boenisch (z prawej) to dwaj z czterech ściągniętych z zagranicy zawodników, którzy zostali powołani do polskiej reprezentacji

Piotr Czarnowski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.