Wygrana ważniejsza od barw
Naturalizowani gracze wspierają reprezentacje tych krajów, które trudno zaliczyć do piłkarskich potęg
Polska drużyna narodowa jest zdecydowanym liderem Euro 2012 w jednej kategorii: gra w niej najwięcej sprowadzonych z zagranicy zawodników. Aż czterech. Czy to "futbolowe śmiecie" - jak z pogardą mówi o nich były reprezentacyjny bramkarz Jan Tomaszewski, czy "wartościowi gracze" - jak z kolei tłumaczy ich powołanie selekcjoner Franciszek Smuda? O tym przekonamy się już w ciągu najbliższych dni. Jedno jest pewne: po naturalizowanych zawodników sięgają obecnie już tylko te kraje, których nie można zaliczyć do futbolowych potęg.
Sebastian Boenisch, Damien Perquis, Eugen Polanski oraz Ludovic Obraniak - ta czwórka graczy z polskimi korzeniami ściągniętych z Niemiec oraz Francji stała się podstawą reprezentacji Smudy. To nic nowego w naszej piłkarskiej historii, bo nie po raz pierwszy (choć pierwszy raz na tak ogromną skalę) liczymy na zagraniczną pomoc. Na mundialu w Korei Południowej i Japonii w 2002 r. na swoje barki nasze piłkarskie nadzieje wziął Emmanuel Olisadebe. Cóż, tego turnieju nie możemy zaliczyć do udanych i właśnie dlatego szybko zapomnieliśmy o pierwszym czarnoskórym graczu w kadrze narodowej (dziś występuje w greckim PAE Veria), choć to dzięki urodzonemu w Nigerii piłkarzowi przedarliśmy się wówczas przez eliminacje.
Na tle biało-czerwonych inne reprezentacje grające w Euro 2012 wyglądają jednorodnie. W jedenastkach Ukrainy oraz Rosji nie występuje żaden naturalizowany piłkarz. Podobnie próżno ich szukać w drużynach Chorwacji, Anglii czy Francji. Czesi mają pół-Etiopczyka Theodora Gebre Selassie, ale on urodził już się w tym kraju i gra w Slovanie Liberec. Podobnie Szwedzi - do kadry powołali Emira Bajrami, napastnika holenderskiego FC Twente, ale jego rodzina przyjechała do Boraes, gdy był małym dzieckiem. Słowem - nikt, oprócz nas, przed mistrzostwami nie wzmacniał na szybko kadry zawodnikami sprowadzanymi z zagranicy. - Naturalizowanie piłkarzy jest charakterystyczne dla państw ubogich futbolowo oraz bogatych krajów z Zatoki Perskiej. W obu przypadkach przyświeca im ten sam cel: rozpaczliwa chęć szybkiego dogonienia piłkarskiej czołówki - mówi DGP Niall Barnaby, zajmujący się m.in. futbolem ekonomista z brytyjskiego University of Liverpool.
Przez lata budowano piłkarską siłę poprzez naturalizowanie utalentowanych piłkarzy, choć nie można powiedzieć, że zjawisko towarzyszyło futbolowi od narodzin. Ale szybko okazało się, że w szlachetnej sportowej rywalizacji najważniejsze jest zwycięstwo. Za wszelką cenę.
Przykład dali Włosi. Przygotowująca się do mistrzostw świata w 1934 r. Italia ściągnęła z Ameryki Południowej aż czterech graczy z włoskimi korzeniami. Raimundo Orsi, Enrique Guaita, Luis Monti i Atilio Demaria zapewnili tytuł ojczyźnie przodków. Po anschlussie Austrii najlepsi gracze tego kraju trafili do reprezentacji III Rzeszy. Z kolei Hiszpanie ściągnęli do siebie dwóch najlepszych piłkarzy lat 50. i 60.: Argentyńczyka Alfredo di Stefano (grał również w reprezentacji Kolumbii) oraz Węgra Ferenca Puskasa. Potem poszło już błyskawicznie. Kupić utalentowanego gracza i namówić go do gry w reprezentacji było prościej i taniej, niż go wyszkolić. Belgia w połowie lat 90. ubiegłego wieku użyczyła obywatelstwa Chorwatom Josipowi Weberowi i Brankowi Struparowi, by pomogli w awansie do finałów mistrzostw Europy oraz świata. Dwaj to jednak za mało, by być pewnym sukcesu - tak zapewne pomyśleli działacze austriackiego związki piłki nożnej i w ciągu ostatniej dekady sprowadzili aż czterech Chorwatów.
Jednak kupowanie zawodników specjalnie do kadry staje się przeszłością. Po co płacić, skoro można mieć coś za darmo? - Najlepsze futbolowe kraje Europy po prostu nie muszą już uciekać się do takich chwytów. W ostatnich latach przyjęły tak wielu emigrantów, że spośród nich oraz ich potomków mogą wybierać utalentowanych piłkarzy - mówi Niall Barnaby.
Przykładów nie trzeba daleko szukać. Kto tworzył na przełomie wieków potęgę Francji, która w 1998 r. w finale mistrzostw świata pokonała Brazylię? Robert Pires (Portugalia), Marcel Desailly (Ghana), Patrick Vieira (Senegal), David Trezeguet (Argentyna), Youri Djorkaeff (Armenia) i Zinedine Zidane (Algieria). Nawet Michel Platini jest potomkiem włoskich emigrantów. Podobnie buduje swą potęgę Holandia, gościnna dla obywateli z dawnych kolonii. W rezultacie ten maleńki kraj jest futbolowym mocarstwem, a nazwiska mających korzenie na Surinamie zawodników - m.in. Edgara Davidsa, Ruuda Gullita, Patricka Kluiverta, Franka Rijkaarda i Clarence’a Seedorfa - zapisały się w historii piłki nożnej. Podstawą reprezentacji Niemiec są nie tylko Miroslav Klose oraz Lukas Podolski, lecz także Mesut Oezil, potomek przybyszów z Turcji, i Sami Khedira, którego rodzina pochodzi z Tunezji.
Na drugim biegunie znajdują się kraje, które chciałyby coś znaczyć w futbolu, ale nie mają do tego obecnie żadnych predyspozycji. Tak jak Polska - poziom ekstraklasy jest bardzo słaby, najlepsze zespoły przepadają najczęściej w eliminacjach do europejskich pucharów. Tych kilku prawdziwie utalentowanych zawodników nie jest w stanie zmienić obrazu nędzy naszego futbolu. Dlatego sięgnięcie po zawodników z zagranicy jest próbą załatania braków i nadzieją na cudowną poprawę sytuacji.
Tu stoimy w jednym szeregu z takimi państwami, jak Bahrajn czy Oman. Maciupkie i niewyobrażalnie bogate emiraty także chcą mieć silne drużyny narodowe. W odróżnieniu od nas stać je na kupno najlepszych. Katar zaoferował przed mundialem w 2006 r. okrągły milion dolarów Brazylijczykowi Ailtonowi, ówczesnej gwieździe Bundesligi, za zmianę obywatelstwa (FIFA zablokowała ten transfer). Drużyna narodowa tego państwa składa się już z co najmniej 15 naturalizowanych graczy.
Budowanie reprezentacji przez wykupywanie na rynku utalentowanych graczy zaczęło w końcu przybierać tak wielkie rozmiary, że proceder postanowiła ukrócić FIFA. - Jeśli nie powstrzymamy inwazji Brazylijczyków, to na następnych mistrzostwach świata wystąpi 16 zespołów, w których będą grali piłkarze tego kraju - mówił przed mundialem w RPA szef FIFA Sepp Blatter. Jednak do działania skłoniły futbolowe władze przede wszystkim żale mniejszych oraz biedniejszych państw Afryki, które były bezpardonowo ogałacane z gwiazd przez bogatych. Wprowadzono więc przepis, że piłkarz debiutujący w narodowej drużynie młodzieżowej nie może potem grać w barwach innego kraju. Do tego dodano zapis, że piłkarz emigrant może zagrać w kadrze narodowej nowej ojczyzny dopiero po pięciu latach ciągłego mieszkania w niej.
Jednak każde prawo da się obejść. Skoro o narodowych barwach przesądza gra w młodzieżówce, to trzeba skłaniać do zmiany obywatelstwa utalentowane dzieci. Zamieszkanie? A kto będzie kontrolował zawodników i podważał potwierdzone przez państwo dokumenty? - Tak dalej być nie może. FIFA musi w końcu z tym coś zrobić - publicznie skarżył się na początku roku Herve Renard, francuski trener Zambii. Jego drużyna grała w Pucharze Afryki mecz z zespołem Gwinei Równikowej. Żaden z jej piłkarzy nie urodził się w tym kraju, pochodzili za to z Brazylii, Hiszpanii, Liberii, Kamerunu i Wybrzeża Kości Słoniowej. Jednak Afrykańska Konfederacja Piłkarska nie dopatrzyła się żadnych nieprawidłowości.
@RY1@i02/2012/110/i02.2012.110.18600120c.804.jpg@RY2@
Piotr Kucza/newspix.pl
Eugen Polanski (z lewej) i Sebastian Boenisch (z prawej) to dwaj z czterech ściągniętych z zagranicy zawodników, którzy zostali powołani do polskiej reprezentacji
Piotr Czarnowski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu