Trzeba więcej czasu na wdrożenie rządowych propozycji
Zbyt szybkie wejście w życie przepisów o oskładkowaniu umów-zleceń może wbrew intencjom rządu uderzyć w pracowników. Grozi też upadłościami firm - ostrzega Konfederacja Lewiatan
W przypadku kilku umów-zleceń zawieranych z jedną osobą pracodawcy odprowadzają dzisiaj składki na Zakład Ubezpieczeń Społecznych (emerytalne, rentowe, wypadkowe) od wybranej umowy. Zgodnie z przekazanym przez rząd projektem nowelizacji ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych składki miałyby być odprowadzane od wszystkich umów, przynajmniej do wysokości płacy minimalnej, która w tym roku wynosi 1680 zł.
- Umowy-zlecenia zawierane zgodnie z prawem nie są niczym złym. Problem pojawia się, gdy zastępują umowy o pracę, a z tym mamy do czynienia - mówił minister pracy i polityki społecznej Władysław Kosiniak-Kamysz po przyjęciu tego projektu przez rząd.
- Opłacanie składek na ZUS co najmniej od wysokości pensji minimalnej sprawi, że zawieranie umów-zleceń zamiast umów o pracę stanie się dla pracodawców mniej atrakcyjne finansowo - tłumaczył.
Zmiany te, chociaż z oczywistych względów niekorzystne dla przedsiębiorców, nie wzbudziły oburzenia w środowiskach skupiających pracodawców. Jedną z pierwszych organizacji, która je poparła była Konfederacja Lewiatan.
- Uznaliśmy, że propozycja rządowa jest wyważonym kompromisem. Oskładkowanie umów-zleceń wykonywanych równolegle z jednej strony pozwoli zatrudnionym gromadzić składkę chociaż na minimalną emeryturę, a z drugiej strony, w dłuższej perspektywie, nie podniesie znacząco kosztów pracy - komentował rządowe propozycje Jeremi Mordasewicz, ekspert tej organizacji.
Trzy miesiące to za mało
Problem w tym, że rząd zamierza wprowadzić zmiany w ekspresowym tempie. Zgodnie z projektem wejdą w życie w ciągu trzech miesięcy od opublikowania nowelizacji w Dzienniku Ustaw. A to oznacza, że wiele firm realizujących już zawarte kontrakty poniosłoby straty. Dla kontrahentów nie miałoby bowiem znaczenia, że zmieniły się koszty pracy. Wynegocjowana wcześniej cena pozostałaby bez zmian.
Chodzi o kontrakty długoterminowe, zawierane na rok, dwa lata, a czasem na jeszcze dłuższy okres. Gdy je negocjowano, przedsiębiorcy nie zdawali sobie sprawy z tego, że warunki mogą się radykalnie zmienić. Co gorsza, w wielu branżach marża sprowadza się do raptem kilku procent. Wzrost kosztów o kilkanaście procent, a tak będzie np. przy niektórych usługach, w których większość kosztów stanowią wynagrodzenia pracowników, oznaczałby, że przedsiębiorca musi dopłacić do interesu.
Jakie tego mogą być skutki? Paradoksalnie najwięcej mogą na tym stracić pracownicy. Przedsiębiorca, który znajdzie się pod ścianą, będzie musiał szukać oszczędności. A najłatwiej przerzucić je właśnie na pracowników. Innymi słowy, kwotę, którą pracodawca będzie musiał wpłacić na ZUS, potrąci sobie z wynagrodzeń osób zatrudnionych na podstawie umów-zleceń.
"Zbyt szybkie wprowadzenie tak istotnych zmian może doprowadzić do zmniejszenia zatrudnienia, a nawet wypchnięcia części zleceń do szarej strefy. W ten sposób główne założenie projektu - mające na celu zwiększenie bezpieczeństwa zatrudnionych - nie tylko nie zostanie spełnione, ale doprowadzi do jeszcze głębszej deprecjacji dotychczasowych przywilejów. Tym samym ucierpi każda ze stron: pracodawcy, pracownicy oraz budżet państwa, osiągający niższy niż dotąd poziom przychodów z tytułu obowiązków podatkowych przedsiębiorstw" - ostrzega Konfederacja Lewiatan w swej opinii dotyczącej rządowego projektu. Jej zdaniem okres przejściowy powinien wynieść co najmniej 24 miesiące. Dlaczego tak długo?
"Jedynie racjonalnie ustalony okres przejściowy pozwoli na właściwe dostosowanie wielkości i skali umów do nowych warunków rynkowych. Budżet większości przedsiębiorstw funkcjonujących w Polsce ustalany jest bowiem z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, więc i jego reorganizacja w istotnej mierze uzależniona jest od czasu" - tłumaczą eksperci tej organizacji.
Czarny scenariusz
W roku 2012 r. polskim rynkiem robót budowlanych wstrząsnęła fala upadłości firm. Nastąpił efekt domina. Generalni wykonawcy nie mieli z czego płacić podwykonawcom, ci dalszym podwykonawcom. Powody tego były różne, ale jednym z nich był wzrost kosztów. Kosztowało to rząd miliardy złotych. Z jednej strony trzeba było zawierać nowe umowy na dokończenie prac, które porzucały plajtujące firmy. Z drugiej trzeba było uchwalić specustawę Nowaka, która pozwalała na płatności bezpośrednie dla podwykonawców.
Pracodawcy alarmują, że podobny efekt może wywołać zbyt szybkie wejście w życie ozusowania umów o pracę. Nawet jeśli ich obawy są nieco na wyrost, to ryzyko upadłości niektórych firm warto wziąć pod uwagę.
Może się tak zdarzyć, gdy pracownicy, którym przedsiębiorca będzie zmuszony obciąć wynagrodzenie, nie zgodzą się na to i poszukają pracy gdzie indziej. Firma nie będzie wówczas w stanie realizować zakontraktowanych wcześniej umów. To zaś może doprowadzić do jej upadłości.
Nawet jeśli do tego nie dojdzie, to i tak znajdzie się w poważnych tarapatach. Zerwanie umowy narazi ją na roszczenia ze strony kontrahenta, który nie dość, że prawdopodobnie też będzie stratny, to jeszcze będzie musiał szukać w trybie pilnym nowego wykonawcy.
W najlepszym razie kontrahenci zgodzą na renegocjowanie umów. Może się to zdarzyć w przypadku stałych partnerów, którym będzie zależało na kontynuowaniu udanej współpracy. Tyle że zmiana kontraktu wymaga czasu. A w przypadku dużych przedsiębiorców, mających w swym portfelu setki czy nawet tysiące umów, trzy miesiące to zdecydowanie za krótko.
@RY1@i02/2014/059/i02.2014.059.21400010a.802.jpg@RY2@
Firmy będą liczyć straty zamiast zysków
Jakub Wiktorowski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu