Związki są potrzebne, niestety
Lokalni działacze robią, co chcą. Gdyby udało się poskromić ich ambicje, poprawiłoby to odbiór związków w społeczeństwie
Jerzym Wratnym
Zakała pracodawców. Roszczeniowe warchoły. To wszystko o związkach zawodowych. Ostatnio ich krytycy mówią wprost, że nic złego by się nie stało, gdyby je zlikwidowano. Mało tego - społeczeństwo odetchnęłoby z ulgą.
Trudno mi sobie wyobrazić likwidację związków, bo do czego byśmy wrócili? Do bezwzględnego kapitalizmu z XIX w. z pracą dzieci, wyzyskiem, brakiem reguł między pracą a kapitałem? Związki są potrzebne - zarówno pracownikom, jak i pracodawcom, bo są elementem równoważącym układ sił. Pojawiły się czynniki, które osłabiają ten wypracowany przez dziesięciolecia konsensus. Choćby nowe umowy regulujące zatrudnienie - zamiast etatów mamy dziś często samozatrudnienie czy umowy cywilnoprawne. Ale podział na dających zatrudnienie i wykonujących pracę nadal się utrzymuje i nadal generuje konflikty.
Wiele osób - polityków i ekonomistów - poważnie bierze pod uwagę taką możliwość.
Powinienem więc uwierzyć, że spełni się przepowiednia Jeremy’ego Rifkina, który w książce "Koniec pracy" wieszczy, że na skutek postępu technologicznego ledwie 25 proc. dorosłej populacji będzie wykonywać pracę, co zaspokoi również potrzeby reszty. A tym samym zniknie praca najemna i nastąpi całkiem nowe rozdanie. To czysta futurologia, krytykowana zresztą przez wielu ekonomistów i socjologów. Należy przy tym zauważyć, że spadek liczby członków związków nie musi oznaczać, że z czasem wypadną one z gry. Proszę wziąć pod uwagę, że w takiej Francji, która jawi się dziś jako kraj silnych organizacji pracowniczych, z którymi wszyscy - i politycy, i pracodawcy - muszą się bardzo liczyć - należy do nich zaledwie ok. 8 proc. pracowników. Tymczasem w Polsce, gdzie organizacje pracowników mają mniejszy wpływ na rzeczywistość, uzwiązkowienie wynosi ok. 15 proc.
To kwestia tradycji, kultury, także prawodawstwa. Francuzi mają je tak ustawione, że tamtejsi pracodawcy mają obowiązek dogadać się z przedstawicielami załóg. U nas niby też, ale w sumie niekoniecznie.
Sprawa jest bardziej skomplikowana. Tam, ale także w Niemczech i w wielu innych krajach, gdzie związki na poziomie zakładów pracy albo w ogóle nie działają, albo ich uprawnienia są stosunkowo skromne, wielką moc sprawczą mają ich centrale. One potrafią przekonać osoby niezrzeszone, żeby na ich wezwanie wyszły na ulice, co u nas zupełnie się nie udaje. Ale ma pani rację, że nasze rozwiązania prawne nie sprzyjają dialogowi pracodawców z pracobiorcami. Niby są przepisy, że pracodawca, jeśli związki chcą negocjować układ zbiorowy, ma obowiązek usiąść do rozmów. Ale nie ma już obowiązku, żeby się dogadać. Stąd wiele przepisów jest martwych. Ponadto bywa, że związki nie mają po prostu z kim rozmawiać, bo pracodawcy - jeśli układ miałby dotyczyć więcej niż jednego zakładu pracy - nie tworzą ciał zbiorowych uprawnionych do takich rozmów. Po prostu nie chcą, żeby im zawracać głowę zwiększaniem uprawnień pracowniczych. Inna sprawa, że nasz kodeks pracy przyznaje pracownikom prawa i świadczenia na wysokim poziomie, więc pracodawcy nie są zainteresowani, żeby dawać załogom jeszcze więcej. Zwłaszcza w sytuacji spowolnienia gospodarczego. Dziś to pracodawca dyktuje warunki, nie pracownicy. Oni są skłonni rezygnować ze swoich uprawnień, godzić się na obniżanie pensji, aby tylko zachować pracę.
Dlatego częściej dziś słychać o likwidacji układów zbiorowych i o zmniejszaniu świadczeń.
Znam przypadki, gdy pracodawcy myślą nawet o rozwiązaniu swoich organizacji, żeby tym samym zlikwidować układy zawarte w poprzednich latach. Bo jeśli zabraknie partnera, nie będzie tym samym na kim wymuszać warunków zawartego porozumienia. Inna sprawa, że te układy są mało elastyczne, narzucają firmom warunki, które są trudne do spełnienia, i zwłaszcza jeśli dotyczą dużych branż, są bardzo kosztowne.
Jak w energetyce, gdzie wywalczono ciągłość zatrudnienia, wysokie odprawy, nagrody jubileuszowe. W dodatku pierwszeństwo w przyjmowaniu do pracy mają członkowie rodzin osób już tam zatrudnionych. To irytuje innych, zwłaszcza te osoby, które mają kwalifikacje, aplikują na stanowisko, ale muszą odejść z kwitkiem.
Na takie postanowienie to bym się akurat nie obrażał, bo to był pewien standard nawet w układach przedwojennych. Jeśli np. ojciec ulegnie wypadkowi w zakładzie pracy, zwykła przyzwoitość nakazuje, aby przy rekrutacji nowego pracownika w pierwszej kolejności rozważyć zatrudnienie jego syna, jeśli oczywiście ma on odpowiednie umiejętności i wiedzę, bo od tego będzie zależał byt rodziny. Ale faktycznie, część przywilejów nie przystaje do obecnej sytuacji.
Więc może rozważmy, na zimno, bez emocji, co by się faktycznie stało, gdyby zabrakło związków. Po co komu takie słabe twory, źle umocowane prawnie, które tylko strajkować potrafią i krzyczeć.
Może i one są słabe, na pewno wymagają reformy, ale likwidować ich bym nie radził. Bo pierwsza razem ze związkami zniknęłaby ochrona stosunków pracy. Dziś, jeśli pracodawca chce kogoś zwolnić, musi najpierw zasięgnąć ich opinii na ten temat.
Proszę wybaczyć, że wejdę w słowo, ale jeśli ktoś chce zwolnić pracownika, zawsze znajdzie jakiś sposób. I żadna związkowa opinia go nie powstrzyma.
A ja się z panią nie zgodzę, bo to zależy od siły organizacji w zakładzie. Poza tym nawet jeśli związek nie jest w stanie zapobiec zwolnieniu konkretnej osoby, może zgłosić zastrzeżenia do decyzji pracodawcy. I już samo to może być argumentem np. w sądzie pracy przesądzającym o decyzji o przywróceniu do pracy albo zasądzeniu wypłaty odszkodowania, jeśli zwolnienie odbyło się z pogwałceniem prawa. Bo zdarzają się ekstremalne sytuacje, kiedy np. kobieta w zaawansowanej ciąży dostaje dyscyplinarkę nie dlatego, że zrobiła coś złego, ale po prostu jako przyszła mama nie jest już dla właściciela firmy atrakcyjnym pracownikiem. Obawiam się, że gdyby nie organizacje, które są stróżem praw i pracowniczych interesów, wszyscy byśmy pracowali po kilkanaście godzin dziennie, bez opłaconych nadgodzin, nie wyjeżdżając na urlopy.
Większość młodych już teraz tak pracuje, np. w call centers, po 14 godzin dziennie. Ale ich nie chroni kodeks pracy, nie interesują się nimi związki, bo albo są na samozatrudnieniu, albo na umowach śmieciowych. I cieszą się, że w ogóle mogą zarabiać.
To woła o pomstę do nieba, związki powinny piętnować podobne patologie. Umówmy się, że to nie jest wymarzony model społeczeństwa - gdzie jedni niewolniczo pracują, a inni, nieliczni, zgarniają zyski. Potrzebny jest głos wołający na trwogę. Dodajmy, że zakres zrzeszania się, zgodnie z naszym prawem, jest za wąski i nieprzystający do czasów. W dodatku niezgodny z międzynarodowymi standardami, bo każdy, kto pracuje, ma prawo należeć do związku zawodowego, niezależnie od tego, czy ma etat, czy musiał założyć jednoosobową firmę. "Solidarność" zaczęła przyjmować w swoje szeregi takie osoby - wykonała także dużą pracę, aby objąć związkową ochroną ludzi zatrudnionych w sklepach wielkopowierzchniowych i w agencjach ochrony mienia. Stanowisko w sprawie przyznania praw związkowych osobom na umowach cywilnoprawnych wydała także Międzynarodowa Organizacja Pracy, zalecając Polsce zmienić prawo.
Załóżmy, że w skrajnych sytuacjach związki przydają się pracownikom, bo właścicielom częściej przeszkadzają, np. w restrukturyzacji zakładu. Ale już na poziomie centralnym ich współdziałanie z władzami jest fikcją. Od paru lat rząd sam ustala wysokość płacy minimalnej, konsultacje nowo stanowionego prawa to cyrk. Ostatni raz doszło do porozumienia przy pierwszej ustawie antykryzysowej. Częściowego, dokładniej rzecz biorąc.
Czy jest to kwestia tego, że udział przedstawicieli pracowników w życiu społecznym, politycznym czy gospodarczym jest niepożądany, czy raczej tego, że w Polsce jest to wszystko źle poukładane? Moim zdaniem to drugie. Już wspominałem o tym, że u nas słabe są struktury związków na szczeblach ponadzakładowych, a to szkodzi - choćby w tym sensie, że lokalni działacze robią, co chcą. Jak mają wiele szabel w firmie, potrafią szantażować dyrekcję, bo brakuje dyscypliny wewnątrzzwiązkowej. Gdyby udało się poskromić te apetyty i ambicje utemperować, to niewątpliwie wzmocniłoby to per saldo pozycję związków i poprawiło ich odbiór w społeczeństwie. Kolejna sprawa to rozdrobnienie tych organizacji. W niektórych zakładach działa po kilkadziesiąt, a nawet kilkaset związków zawodowych. Pracodawca musi konsultować z nimi różne sprawy - i to najczęściej z każdym osobno. W PKP Cargo jest prawie 300 związków, w Poczcie Polskiej ok. 100, w JSW kilkanaście. W takiej sytuacji uzgodnienie czegokolwiek jest po prostu niemożliwe i trudno się dziwić, że firmy nie traktują ich po partnersku. Należałoby zaostrzyć warunki reprezentatywności - optymalna byłaby sytuacja, aby w jednej firmie partnerem pracodawcy był jeden związek. Tego jednak, moim zdaniem, nie powinno się narzucać prawem.
Gdyby zlikwidować związki, spadłyby koszty pracodawców. A w dużych firmach są to poważne kwoty: 10 mln zł w KGHM, 12 mln zł w JSW, w Kampanii Węglowej 10 mln zł. Można powiedzieć, że to duże firmy i je stać. Ale dla tych mniejszych i uboższych koszty oddelegowania działaczy związkowych czy opłacanie ich biur stanowią poważne obciążenie.
W tych wszystkich wyliczeniach jest sporo demagogii, ale faktycznie pracodawcy bardzo się na te wszystkie wydatki uskarżają, bo do tego, o czym pani mówiła, dochodzą jeszcze koszty doraźnego zwalniania działaczy związkowych do pełnienia funkcji związkowych - za co zakład mu płaci. Trzeba szukać oszczędności, ale może w inny sposób niż proponowane przez panią wylewanie dziecka z kąpielą. Ja bym zaczął od przyjrzenia się pensjom liderów. Bo obowiązująca zasada, że ich miesięczna stawka wynosi tyle, ile zarabiali przed objęciem funkcji, nie jest zdrowa. Może lepiej by było przyjąć założenie, iż będzie to kwota odpowiadająca średniemu wynagrodzeniu w danym zakładzie - tak chyba byłoby sprawiedliwiej.
Ci, którzy zarabiają - jak jeden z liderów związkowych w PKP Cargo - ponad 30 tys. zł miesięcznie, nigdy się na to nie zgodzą.
To jest trochę tak, jak z newsem o tym, że człowiek pogryzł psa. Większość działaczy zarabia po 2-3 tys. zł, ale taka informacja nie jest szczególnie atrakcyjna dla mediów. Jednak uregulowanie kwestii wynagrodzeń funkcyjnych działaczy wszystkim wyszłoby na korzyść - pracodawcom finansowo, a samym związkom wizerunkowo. Jednak jestem przekonany, że sugestie, jakie się pojawiły ostatnio, aby związki utrzymywały się tylko ze składek członkowskich, są nieporozumieniem. Choćby z tego powodu, że nie byłyby się w stanie z tego utrzymać. Ortodoksyjnym liberałom być może byłaby na rękę taka sytuacja, kiedy pracownicy nie mają nic do powiedzenia. Ale taka sytuacja daleka jest od międzynarodowych standardów państw demokratycznych. Nie znam normalnego państwa, gdzie nie działałyby organizacje pracownicze. Nie tylko w uznawanych za miękkie i socjalne krajach europejskich, ale także np. w USA czy Japonii mają one wiele do powiedzenia i nikt poważny nie odważy się nawoływać do ich likwidacji.
Związki mają złą opinię, a politycy i przedsiębiorcy boją się ich. Może remedium byłoby tworzenie przedstawicielstw niezwiązkowych, np. rad pracowników.
Dużym błędem - polityków, pracodawców i związkowców - było zlekceważenie dyrektywy 2002/14 o radach pracowników. Ustawa, jaka powstała, aby zrealizować ten wymóg, została fatalnie napisana. I tak naprawdę to europejskie prawo - dające pracownikom w państwach Wspólnoty możliwość żądania informacji o sytuacji gospodarczej ich zakładu pracy i tego, aby pewne decyzje były z nimi konsultowane - nie zostało zaimplementowane do naszej rzeczywistości prawnej. Pewnie dlatego, że nikt z zainteresowanych tego nie chciał, uważano, że jest to opresyjne prawo wymyślone przez eurobiurokratów. Związki obawiały się konkurencji, pracodawcy uważali, że wystarczy, iż mają już na głowie związki. Efekt jest taki, że tylko w ok. 8 proc. zakładów pracy, które są do tego zobowiązane literą prawa, takie rady powstały, a ich kompetencje są mgliste. W pozostałych ich po prostu nie ma i nie grożą za to żadne sankcje - bo jeśli pracownicy sami ich nie powołają, trudno ich do tego zmusić. Tymczasem w krajach, gdzie rady pracowników się przyjęły, daje to korzyści wszystkim. Na przykład w Niemczech rady zakładowe, które są ciałami wybieralnymi, znajdują się pod wpływem związków zawodowych, co zapewnia udaną koegzystencję. Mają prawo do informacji gospodarczych, do których związkowcom trudno. Z kolei właściciele mają w swoich firmach przewidywalnego partnera do rozmów. Jestem przekonany, że upowszechnienie takich niezwiązkowych przedstawicielstw załóg dobrze wpłynęłoby na jakość i temperaturę rozmów między tymi, którzy dają zatrudnienie, a tymi, co je wykonują. Bo powtórzę - takie kontakty są niezbędne dla obu stron. Właściciel firmy - zwłaszcza dużej - nie jest w stanie rozmawiać z każdym pracownikiem indywidualnie, dział HR też tego nie załatwi. Od dawna wiadomo, że dobra atmosfera i zadowoleni pracownicy przekładają się na jakość pracy i w efekcie na zyski właściciela. To podstawa, wydawałoby się, że wszyscy już to dawno przerobili, a wciąż pewne rzeczy trzeba od początku tłumaczyć.
Wiele tu mówimy o prawach pracowniczych, to zapytam teraz o prawa pracodawców. Nasze ustawodawstwo nie przewiduje np. lokautu.
A powinno, jestem jak najbardziej za tym. To zresztą także standard europejski - zakładający równość broni. Jeśli pracownicy mogą grozić strajkiem, przedsiębiorcy muszą mieć możliwość zastosowania defensywnego lokautu. Czyli aby zapobiec nielegalnemu strajkowi, powinni mieć możliwość zamknięcia zakładu, zanim załoga zacznie go okupować. Jestem także zdania, że za łatwo w naszym kraju jest wejść w spór zbiorowy z pracodawcą - chętnie się sięga po ten straszak, chociaż w efekcie najczęściej do strajku nie dochodzi, ale źle wpływa to na atmosferę.
Ładnych parę lat temu, bodaj w 2006 r., powstał projekt ustawy, która regulowałaby i porządkowała te wszystkie trudne sprawy, o których pan tutaj mówił. I zwiądł w zapomnieniu.
To zbiorowy kodeks pracy, którego byłem współautorem. Nawet nie został poddany szerszej konsultacji. Nikomu na tym nie zależało: pracodawcy nie chcieli rad pracowników, związki - ograniczenia przywilejów.
Może obie strony dobrze się czują w stanie tej permanentnej acz jałowej wojny, jaką prowadzą?
Niekiedy odnoszę takie wrażenie.
@RY1@i02/2013/154/i02.2013.154.00000120a.803.jpg@RY2@
marek matusiak
prof. Jerzy Wratny , Instytut Nauk Prawnych oraz Instytut Pracy i Spraw Socjalnych PAN
@RY1@i02/2013/154/i02.2013.154.00000120a.804.jpg@RY2@
Darek Redos/Reporter
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu