Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Prawo pracy

Po 40 latach zamiast spójnych przepisów mamy zatrudnieniową archeologię

Ten tekst przeczytasz w 9 minut

Rozmowa z prof. Jerzym Wratnym z Instytutu Nauk Prawnych Polskiej Akademii Nauk

Kodeks pracy obchodzi w czerwcu czterdzieste urodziny. Pytanie, ile w III Rzeczypospolitej zostało z oryginału, poza nazwą i datą uchwalenia?

Poza datą uchwalenia - przypomnijmy było to 26 czerwca 1974 r. - należy odnotować niebagatelną liczbę dat, w których przepisy kodeksu były zmieniane. Biorąc pod uwagę tylko okres po ogłoszeniu tekstu jednolitego (Dz.U. z 1998 r. nr 21, poz. 94), nowelizacji tych było blisko 70. Na ogół dotyczyły one poszczególnych fragmentów ustawy, ale kilka z nich w okresie III Rzeczypospolitej miało znaczenie fundamentalne. Najważniejszą nowelizację o charakterze ustrojowym stanowiła rewizja treści kodeksu pracy dokonana ustawą zmieniającą z 2 lutego 1996 r., która objęła wszystkie jego działy. Celem tej gruntownej nowelizacji była m.in. zmiana orientacji ideowej kodeksu w kierunku jego dostosowania do założeń ustroju demokratycznego i realiów gospodarki wolnorynkowej, chociaż z zachowaniem niezbywalnego dla sfery stosunków pracy komponentu społecznego, co w uchwalonej rok później Konstytucji RP znalazło wyraz w formule społecznej gospodarki rynkowej.

Jedną ze zmian o wymiarze ustrojowym było przywrócenie funkcjonującego przed wojną terminu pracodawca na oznaczenie podmiotu zatrudniającego. W okresie totalitaryzmu socjalistycznego uznawano, że zawiera on tendencyjne wypaczenia, ponieważ, jak głoszono, rzeczywistym dawcą pracy jest pracownik, a nie zatrudniający go kapitalista. W rezultacie termin pracodawca zastąpiono dwuznacznym określeniem zakład pracy. Z kolei przywrócenie terminu pracodawca uzasadniano (poza względami techniczno-prawnymi) potrzebą dowartościowania przedsiębiorczości prywatnej, będącej fundamentem ustroju III RP.

Istotnemu przewartościowaniu musiało w nowej rzeczywistości ulec eksponowane wcześniej w preambule do kodeksu oraz zajmujące naczelne miejsce wśród podstawowych zasad prawa pracy prawo do pracy, które wszystkim obywatelom miały zapewnić m.in. socjalistyczny system gospodarczy oraz planowy rozwój sił wytwórczych.

Dzisiaj czyta się to niczym bajkę o żelaznym wilku. Jednak przecież kodeks pracy ewaluował także w późniejszych latach. Jakie były kierunki tej ewolucji?

Jak już wspomniałem, kodeks pracy w miarę upływu lat nowelizowany był bezlitośnie, z coraz większą intensywnością. Przesłanie reformy z 1996 r. było czytelne i samo przez się zrozumiałe, czego nie da się powiedzieć o zmianach wprowadzanych później. Brakowało dla nich zasadniczej myśli przewodniej, którą można by określić jako linię konsekwentnie realizowanej polityki racjonalnego prawodawcy. Mnożące się nowelizacje traktowano jako doraźne remedium na pojawiające się aktualnie problemy. Cechował je krótki horyzont czasowy przewidywanych skutków oraz koniunkturalizm wynikający z przetargów partyjnych oraz między organizacjami partnerów społecznych. I tak wahadło zmian odchylało się albo w kierunku rozwijania uprawnień pracowniczych, o co zabiegały związki zawodowe, wpływowe zwłaszcza w pierwszym okresie transformacji, albo w kierunku ich redukowania, co postulowały organizacje pracodawców oraz partie o orientacji liberalnej pod hasłami deregulacji i uelastyczniania prawa pracy.

I tak, wyraźne obniżenie uprawnień pracowniczych w wielu działach kodeksu przyniosła nowelizacja lipcowa z 2002 r.; m.in. przepołowiono wówczas w zasadzie wysokość dodatków za pracę w godzinach nadliczbowych. Ta deregulacja prawa pracy miała być, złudnym zresztą, lekarstwem mającym ograniczyć skalę katastrofalnego wówczas bezrobocia. Już jednak w następnym roku standard uprawnień pracowniczych został pod wieloma względami podniesiony (zwiększono m.in. wymiar urlopów wypoczynkowych) w następstwie wprowadzenia tzw. nowelizacji europejskiej, której celem było dokończenie procesu dostosowywania przepisów kodeksowych do kilkudziesięciu dyrektyw Unii Europejskiej.

Z kolei wprowadzone w ubiegłym roku zmiany dotyczące czasu pracy pod hasłem jego uelastyczniania zostały przez związki zawodowe oprotestowane jako stwarzające niebezpieczeństwo niekontrolowanej w wielu firmach eksploatacji pracowników. Do tego należy dodać meandry polityki rodzinnej kolejnych ekip przejawiające się w nieustannym nowelizowaniu działu poświęconego ochronie rodzicielstwa w prawie pracy. Są wprawdzie fragmenty, które ząb czasu nadwerężył w stopniu umiarkowanym, niemniej jednak kodeks jako całość składa się z wielu warstw pochodzących z różnych epok.

Ustawa, którą niegdyś nazywano konstytucją ludzi pracy, jest atrakcyjnym materiałem dla uprawiania archeologii kodeksowej. Jednak z zachowaniem wszelkich proporcji przypomina mi to czasem wykopaliska rzymskie od czasów Etrusków po współczesność. Za tym oczywiście idzie spiętrzona indeksacja przepisów wykorzystująca już nie tylko liczby, lecz także litery (por. np. art. od 183a do 183e), których zasób w alfabecie łacińskim, w przeciwieństwie do liczb, może się w przyszłości wyczerpać. Tymczasem Ministerstwo Pracy planuje wpisanie do kodeksu wielu rozporządzeń wykonawczych, co byłoby już prawdziwą katastrofą.

Dlaczego w takich okolicznościach 40-letni kodeks nadal utrzymywać przy życiu, zamiast napisać go od nowa?

Już sam obraz kodeksu z punktu widzenia jego formy - pomijając niespójność treści i aksjologii ustawy, co oczywiście jest sprawą pierwszorzędną - wskazuje na potrzebę radykalnych i w miarę pilnych działań legislacyjnych. Przypomnę, że działająca w latach 2002-2006 rządowa Komisja Kodyfikacyjna Prawa Pracy, której byłem członkiem, przygotowała projekty nowego kodeksu pracy oraz zbiorowego kodeksu pracy. Były to projekty przemyślane i dopracowane, ale niestety, nie tylko nie weszły na ścieżkę legislacyjną, nie stały się nawet przedmiotem szerszej dyskusji eksperckiej. Tymczasem upływ czasu przyczynia się do ich dezaktualizacji i obecnie potrzebne są nowe inicjatywy.

W końcu miejsce dzisiejszego kodeksu zajmie jednak nowy. Czy lepiej, żeby przybrał postać zwięzłej konstytucji prawa pracy, czy raczej wszechogarniającego aktu prawnego?

Musiałby być realnym źródłem prawa, a więc nie może być przesadnie zwięzły. Z innej strony wszechogarniający akt prawny to mrzonka w warunkach gospodarki rynkowej, którą cechuje ogromny potencjał zmian. Ożywienia wymaga prawotwórstwo na szczeblach branż i zakładów pracy.

Czy polskie prawo pracy jest jeszcze coś winne unijnemu?

Proces implementacji prawa unijnego został już zakończony, co zresztą wpłynęło, moim zdaniem, negatywnie na przejrzystość przepisów kodeksowych. W następstwie niedawnego wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE trzeba będzie dokonać pewnych zmian w konstrukcji prawnej nadużywanych w Polsce terminowych umów o pracę.

Na koniec: czego by pan życzył 40-letniemu jubilatowi?

Nie życzę mu trwałości Kodeksu Napoleona. Jednak wszyscyśmy się do niego jakoś przyzwyczaili, a jak mówią mędrcy, consuetudo est altera (przyzwyczajenie jest drugą naturą). Życzę mu więc, aby nie obawiał się wyzwań, a nawet, gdy okaże się to konieczne, był przygotowany do reinkarnacji.

@RY1@i02/2014/113/i02.2014.113.21700020b.802.jpg@RY2@

marek matusiak

prof. Jerzy Wratny z Instytutu Nauk Prawnych Polskiej Akademii Nauk

Są wprawdzie fragmenty, które ząb czasu nadwerężył w stopniu umiarkowanym, niemniej jednak kodeks pracy jako całość składa się z wielu warstw pochodzących z różnych epok

Rozmawiał Maciej Ambroziewicz

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.