Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Technologie

Apple i Google na wojennej ścieżce

Ten tekst przeczytasz w 21 minut

Zwycięzca zdecyduje, jak miliony ludzi przez następną dekadę będą korzystać z wirtualnego świata

Gdy Steve Jobs stanął w poniedziałek na scenie w San Francisco, by pokazać czwartą generację przełomowego iPhonea, wszystko było jak zwykle. Czarny sweter i dżinsy, entuzjastyczny tłum wsłuchujący się w każde słowo i "Aha, jeszcze jedno" na koniec, bo szef Applea zawsze przygotowuje dodatkową niespodziankę. Ta formuła stała się częścią ludowej tradycji marketingu konsumenckiego.

Co się jednak zmieniło. Po raz pierwszy od 2007 r., kiedy iPhone postawił na głowie branżę telefonii komórkowej, pojawia się realna konkurencja.

Sukces Googlea w wejściu na rynek smartfonów z systemem operacyjnym Android jest imponujący. W zaledwie 18 miesięcy od czasu, gdy pierwszy aparat z tym oprogramowaniem został wprowadzony na rynek, internetowa spółka stała się ważnym graczem w nowej kategorii urządzeń dotykowych skomunikowanych z siecią, których pionierem był Apple.

Drugi akt tego dramatu właśnie trwa. Od kwietnia Apple sprzedał dwa miliony iPadów, ale Google i inni nie chcą być gorsi. Te same platformy softwareowe zostały zaadoptowane do telewizorów. W ubiegłym miesiącu Google ogłosił wersję Androida dla nowej generacji inteligentnych, skomunikowanych z internetem odbiorników telewizyjnych. Apple najpewniej wkrótce odpowie zmodernizowaną wersją własnej technologii dla telewizji internetowej.

Ta coraz rozleglejsza konfrontacja postawiła naprzeciw siebie dwie firmy. Różnią je podejście do technologii i filozofia działania. To starcie różnych wizji. Zwycięzca może zdefiniować branżę technologiczną na następną dekadę i określić sposób, w jaki setki miliony ludzi będą eksplorować wirtualny świat.

Google ostatnio nie unikał demonizowania Applea - firmy, która jeszcze nie tak dawno była jego bliskim sojusznikiem. Usługi Googlea zostały spozycjonowane na pierwszym miejscu w debiutanckiej wersji iPhonea. Ale ta miłość należy już do przeszłości. W ubiegłym miesiącu Vic Gundotra, jeden z najważniejszych menadżerów Googlea odpowiedzialnych za technologie mobilne, posunął się wręcz do zaprezentowania orwellowskiej wizji reprezentowanej przez Applea. - Stoimy w obliczu drakońskiej przyszłości, w której jeden człowiek, jedna firma, jedno urządzenie, jeden przewoźnik, będzie naszym jedynym wyborem - powiedział na zjeździe programistów. - To nie jest przyszłość, której chcemy.

Ostatnie dane o sprzedaży pomagają zrozumieć, dlaczego googliści tacy jak on nabrali wiatru w żagle. Według firmy badawczej NPD w pierwszym kwartale tego roku sprzedaż telefonów używających systemu Android była w USA większa niż iPhoneów, choć obie firmy ustępują BlackBerry. Na świecie Android w ciągu trzech lat powinien przegonić zarówno iPhonea, jak i BlackBerry i stać się drugim najpopularniejszym oprogramowaniem dla smartfonów, ustępującym tylko Symbianowi, twierdzi inna firma badawcza IDC. Steve Jobs wcielił się w rolę niewinnie skrzywdzonej ofiary. - To oni zdecydowali się z nami konkurować - powiedział w zeszłym tygodniu na konferencji All Things Digital w Kalifornii. - My nie pchaliśmy się do biznesu wyszukiwarkowego. Stawka jest znacznie większa niż kilka punktów udziału w rynku smartfonów. Dwie konkurencyjne wizje przyszłości - i cele komercyjne - przybierają kształty, które dają zupełnie różne rezultaty dla użytkowników internetu.

Google stawia na urządzenia, które są otwarte na sieć - czemu trudno się dziwić, biorąc pod uwagę, że życiową misją firmy jest skatalogowanie wszystkich informacji na świecie, a potem w oparciu o to sprzedawanie reklam. Wykorzystując darmowe oprogramowanie typu open-source, stara się rozszerzyć swoją obecność na tak wiele urządzeń, jak to możliwe, by zapewnić sobie odpowiednio dużą bazę dla usług wyszukiwarkowych.

Urządzenia Applea, dla odmiany, są wertykalnie zintegrowanymi produktami zaprojektowanymi przede wszystkim tak, by technologia była łatwiejsza i przyjemniejsza w użyciu. Efekty tego są opakowane w lśniące szklane i aluminiowe obudowy, będące fizyczną manifestacją perfekcjonizmu Jobsa, za który każe sobie dodatkowo płacić. Kosztem tego perfekcjonizmu jest zamknięte podejście do technologii. Apple dopuszcza aplikacje, które współgrają ze wspólnym oprogramowaniem napędzającym iPhonea, iPada i iPoda Touch. Zakazuje również niektórych popularnych technologii, które są powszechne w internecie, takich jak program Flash, który obecnie napędza większość plików wideo w sieci - takie podejście razi technologicznych purystów i naraża firmę na ataki w rodzaju tego, który przypuścił Gundotra.

Jedną z największych niespodzianek w tej batalii jest to, że firma technologiczna, która dominowała przez ostatnie dwie dekady, znajduje się daleko w tyle na nowych rynkach z największym potencjałem. Kontrola Microsoftu nad komputerami osobistymi może pozostać nienaruszona, ale przeoczył on ostatni cykl rozwoju oprogramowania na smartfony. Jego prezes Steve Ballmer przyznał to ostatnio na konferencji All Things Digital.

- Microsoftowi grozi również, że roztrwoni silną początkowo pozycję w segmencie telewizyjnym - mówi Ken Dulaney, analityk w firmie Gartner. - Spóźniają się na wielu frontach. Pozwalają, by Google ich przegonił.

Apple i Google robią, co mogą, by Microsoft jak najszybciej poszedł w zapomnienie. Jak donosił w ubiegłym tygodniu "FT", Google zaczął się wycofywać z używania systemu operacyjnego Windows wśród własnych pracowników. To z jednej strony przykład obaw o podatność tego oprogramowania na ataki internetowych hakerów, a z drugiej determinacja, by pokazać, że duża, nowoczesna firma może funkcjonować, używając oprogramowania dostępnego wyłącznie w sieci.

Jobs w tym samym tygodniu poszedł dalej, deklarując, że znaczenie pecetów opartych na Windows będzie permanentnie spadać, bo użytkownicy zwracają się w kierunku nowych form komputerowych, wymagających mniej ciężkiego oprogramowania. Nie trzeba dodawać, że Ballmer miał odmienny pogląd. IPad, powiedział, nie jest niczym więcej, jak tylko rodzajem peceta, i dodał, że komputery osobiste będą dalej ewoluować w nowe formy. Była to próba przedefiniowania sił kształtujących rynek komputerów osobistych w sposób, który w konsekwencji pozostawi Microsoft w centrum.

Dynamika sprzyja jednak Appleowi i Googleowi. By ją wykorzystać, obie strony muszą się przystosować. W wielu przypadkach oznacza to udoskonalenie umiejętności drugiej strony. Jak na razie specyfika rynku smartfonów działa na korzyść Applea. Z małymi ekranami nieprzydatnymi do wyszukiwania internetowego sprzyja on fanatycznej uwadze, jaką Apple poświęca temu, by urządzenia łączące z internetem były wygodne dla użytkownika. Apple umożliwił to poprzez połączenie interfejsu dotykowego ekranu z appami małymi programikami, które uruchamiają aplikację i mogą ściągnąć informację z internetu bez konieczności otwierania przez użytkownika przeglądarki.

Google woli usługi dostępne bezpośrednio przez internet, ale musiał pójść w tym samym kierunku. Jednak jego internetowy sklep ma tylko około 50 tys. appów. Jedną czwartą tego, co jest dostępne u Applea. Jobs chce teraz udowodnić, że to samo podejście zadziała przy większym ekranie iPada.

Niektórzy przedstawiciele branży technologicznej argumentują, że przejście do większych ekranów osłabi siłę podejścia Applea. Jeff Weiner, prezes LinkedIn, portalu społecznościowego dla profesjonalistów, mówi, że spada zapotrzebowanie na łatwe w użyciu aplikacje. Więcej użytkowników będzie prawdopodobnie żądało pełnego dostępu do internetu, nieograniczonego przez kontrolę Applea.

Świat połączonej z internetem telewizji stanowi większe wyzwanie. Apple poniósł tu porażkę już wcześniej i Jobs stwierdził, że dla jego firmy to nic więcej jak hobby. - Telewizor to miejsce, w którym Apple wyraźnie ustępuje Googleowi - mówi Dulaney. - Właściciele praw do programów telewizyjnych i filmów są bardziej skłonni przyjmować system dystrybucji typu open-source, taki jak ten budowany przez Googlea, kosztem bardziej scentralizowanego podejścia preferowanego przez Applea, które pozostawia mu większą kontrolę.

W ubiegłym tygodniu Jobs powiedział również, że trudno będzie zarabiać na internetowej telewizji, ponieważ wielu widzów przyzwyczaiło się do dekoderów rozdawanych przez operatorów kablowych lub satelitarnych i nie będą chcieli płacić firmom technologicznym za dodatkowe urządzenia. Kiedyś jednak podobne rzeczy mówił o telefonii komórkowej, a jednak znalazł sposób, by wejść na ten rynek. Adaptując się do nowego świata inteligentnych, połączonych z siecią urządzeń, Apple pod pewnymi względami zaczyna iść w ślady Googlea. W dalszej części roku uruchomi swoją własną sieć reklamową pod nazwą iAd, która da mu dodatkowy sposób na zarabianie pieniędzy na usługach i treściach dostarczanych przez jego system. Jeśli nawet odniesie sukces w budowaniu platformy mającej wspierać aplikacje chodzące na jego urządzeniach, czeka go długa droga do stworzenia szerokopasmowej platformy reklamowej, na której wyrosła fortuna Googlea.

Google tymczasem ma własne problemy w przystosowaniu się do nowego świata inteligentnych urządzeń. Najbardziej oczywisty polega na tym, że brakuje mu know-how Applea. W marketingu konsumenckim i przy sprzedawaniu swojej technologii polega w dużej mierze na partnerach sprzętowych.

Kiedy próbował w nowy sposób dotrzeć do konsumentów, poniósł spektakularną porażkę. Pierwsza próba z telefonem marki Google, o nazwie Nexus One, została podjęta z fanfarami w tym roku. Jednocześnie uruchomiono internetowy sklep, który miał dać bezpośrednią łączność z konsumentami, jaką Apple ma poprzez swoje realnie istniejące placówki. Telefon sprzedawał się źle, sklep zamknięto po zaledwie czterech miesiącach, co jest dziwne jak na firmę, która zazwyczaj nawet mniej udanym eksperymentom pozwala trwać dłużej.

Google chce wyjść poza świat aplikacji stworzony przez Applea w kierunku kategorii urządzeń bardziej pasujących do jego własnych preferencji: zbudowanych wyłącznie, by transferować usługi internetowe. Rezultatem jest drugi system operacyjny Googlea pod nazwą Chrome OS, który ma zadebiutować pod koniec roku.

Ryzyko, według krytyków firmy, polega na tym, że obstawianie różnych koni osłabi wysiłki Googlea i zahamuje jego ofensywę w świecie komputerów osobistych. - Po co robić dwie rzeczy naraz? - pytał Ballmer w ubiegłym tygodniu. - Dlaczego nie skupić się na jednej? Posiadanie dwóch systemów operacyjnych wprowadza zamieszanie.

Jednak takie subtelności nie osłabią zażartego wyścigu pomiędzy Googleem i Appleem. Zmienia się on w rywalizację, która ukształtuje następną fazę rozwoju komputerów osobistych.

@RY1@i02/2010/112/i02.2010.112.000.0020.001.jpg@RY2@

Rys. Rafał Szczepaniak

Richard Waters

 Joseph Menn

Tłum. TK

© The Financial Times Limited 2010.

All Rights Reserved

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.