Po co była ta Kopenhaga?
Szczyt klimatyczny nie przyniósł rozstrzygnięć politycznych. Ale to dzięki niemu globalne ocieplenie jest i będzie na ustach wszystkich. A przedstawiciele wielkiego biznesu nie zapomną już o zielonych technologiach - mówi Julian Popow
Nie. Spójrzmy na to inaczej. Jeszcze nigdy wcześniej nie zorganizowano podobnego zjazdu w jakiejkolwiek sprawie dotyczącej ekologii. Jeszcze nigdy na jedną konferencję nie przyjechało tyle delegacji rządowych i tylu przedstawicieli organizacji pozarządowych, nigdy też nie obradowano przez niemal dwa tygodnie. Sprawa Kopenhagi była nagłaśniana w mediach, telewizje i prasa odliczały dni do rozpoczęcia szczytu. Przez ten czas przelało się morze argumentów za i przeciw finansowaniu walki z globalnym ociepleniem. Dlatego też oczekiwania wobec spotkania światowych liderów w duńskiej stolicy były niezwykle wysokie. Ludzie zazwyczaj niezainteresowani wielką polityką dokładnie śledzili to, co się tam dzieje. I w tej rzeczywistości owe nadzieje okazały się przesadzone. Dlatego też wielu uznało zawarte porozumienie za bardzo skromne, a media obwieściły spektakularną katastrofę. Mimo to uważam jednak, że sporo udało się osiągnąć.
Przede wszystkim powszechną zgodę zyskał pewien projekt gospodarczy. Chodzi o to, że po Kopenhadze przemysł zacznie wielką reorientację na tzw. zieloną energię. Może to zabrzmieć z jednej strony banalnie, z drugiej - nieco cynicznie, ale podczas szczytu ekologiczne rozwiązania po prostu stały się modne. Wzrosła powszechna świadomość tego, jak ważne jest oszczędzanie energii i jak bardzo szkodliwa jest nadmierna emisja dwutlenku węgla. Myślę, że ekologiczny przemysł po prostu zyskał bezprecedensową popularność.
Między Kioto a Kopenhagą jest kilka zasadniczych różnic. Po pierwsze konferencja w Japonii przebiegała z dala od blasku kamer, prawie nikt się nią nie interesował. Trudno było potem oczekiwać, że ten szczyt zmieni coś w globalnej świadomości. Ludzie zaczęli dowiadywać się o Kioto dopiero przy okazji kampanii wyborczych w rodzimych krajach, np. w USA ten temat trafił na czołówki gazet dopiero trzy lata po konferencji kiedy Al Gore walczył z George''em W. Bushem o prezydenturę. Po drugie szczyt sprzed 12 lat skończył się precyzyjnymi zobowiązaniami, które później z różnych powodów trudno było w kolejnych krajach ratyfikować. Z Kopenhagi wszyscy wyjechali z dość ogólnym kompromisem, dlatego też nie będzie można potem mówić, że na drodze do realizacji celów stoją jakieś przeszkody legislacyjne w tym czy innym parlamencie. I wreszcie w szczyt w Kopenhadze zaangażowało się znacznie więcej podmiotów, dlatego też - jakkolwiek by dziś media oceniały jego rezultaty - szum, jaki tam wywołano, na pewno przyniesie długoterminowe korzyści dla ochrony środowiska.
W styczniu ruszają rozmowy największych producentów dwutlenku węgla, czyli Stanów Zjednoczonych, Chin, Indii i Brazylii. I tutaj główne zadanie stoi przed Waszyngtonem. Amerykańscy dyplomaci zachowywali się chwilami w Kopenhadze dość arogancko. Chińska delegacja nieraz czuła się urażona. Dwa razy nawet przedstawiciele Pekinu chcieli zerwać negocjacje. Teraz USA powinny lepiej przygotować się do rozmów, tzn. spuścić nieco z tonu i nie patrzeć na Pekin wyłącznie jak na zagrożenie. Obydwa kraje są odpowiedzialne za aż 40 proc. całej światowej emisji CO2. Pekin i Waszyngton same nie rozwiążą problemów całego świata, ale stworzenie czegoś w rodzaju chińsko-amerykańskiego partnerstwa na rzecz czystej energii stworzyłoby fundament do walki z globalnym ociepleniem.
Tak, o ile negocjatorzy wyciągną wnioski z lekcji, jaką im dała Kopenhaga. Oprócz problemu z amerykańską arogancją rozmowy w duńskiej stolicy utknęły, bo kolejne podgrupy negocjatorów skupiły się na technicznych szczegółach, zapominając o kluczowych sprawach. Mam nadzieję, że teraz rozmowy zaczną się od ogółu, a jak to uda się ustalić, to dopiero potem będzie mowa o szczegółach. Poza tym Chiny bardzo zabiegają o pozycję lidera w ekologii, bardzo chcą pokazać światu, że nawet w walce o ochronę środowiska są najlepsze. Dlatego też wydaje mi się, że Pekin będzie gotów do ustępstw w rozmowach z Waszyngtonem.
To bardzo złożony problem. Pekin z jednej strony chce być supermocarstwem i chociaż oczywiście nie będzie dążyć do tego celu środkami z okresu zimnej wojny, to - jak już wspomniałem - w ekologii walczy o pozycję prymusa. Chińczykom chodzi o pewien prestiż, autorytet, to, co nazywamy soft power. Z drugiej strony wiążą się z tym oczywiście konkretne interesy ekonomiczne. Tutaj sprawa redukcji emisji CO2 poniekąd wychodzi im naprzeciw, bo oni już od dawna eksperymentują z zieloną energią, inwestują w nowe technologie. Pan wspomniał o elektrowniach atomowych, których w najbliższej dekadzie ma powstać ponad sto. Mogą się przy tym pojawić pewne znaki zapytania, czy przy braku ostrożności nie skończy się serią katastrof jak z Czarnobyla. Ale Pekin równie dużo inwestuje w technologie pozyskiwania energii z wody czy wiatru. Nie uważam, żeby do końca zwyciężał tu rachunek ekonomiczny, że Pekin z cynizmem udaje ekologa nr 1, a tak naprawdę chce na tym zarobić. Otóż globalne ocieplenie i zbyt szybkie topnienie górskich lodowców stanowi dla Chin ogromne i bardzo realne ryzyko. Państwo Środka już ma problemy z wodą, a wkrótce w kilku regionach może zacząć jej w ogóle brakować. Dlatego też uważam, że Chińczycy mają bardzo poważny interes w tym, by styczniowe rozmowy ze Stanami Zjednoczonymi zakończyły się sukcesem.
Nie przesadzajmy. Dopóki w Pekinie będą rządzić komuniści, nie ma mowy o tym, by nazywać Chiny szlachetnym partnerem. Tu raczej chodzi o to, że w ich myśleniu o zmianach klimatycznych zwycięża pragmatyzm, na czym w konsekwencji cały świat może skorzystać.
@RY1@i02/2009/248/i02.2009.248.000.0012.001.jpg@RY2@
Popov: Media obwieściły spektakularną katastrofę szczytu. A ja sądzę, że sporo udało się osiągnąć
AFP
@RY1@i02/2009/248/i02.2009.248.000.0012.002.jpg@RY2@
Julian Popow
Materiały prasowe
*, bułgarski politolog i publicysta mieszkający na stałe w Wielkiej Brytanii, ekspert Europejskiej Fundacji Klimatycznej (ECF)
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu