Zima w Kopenhadze
Wieści z Kopenhagi w przedostatnim dniu szczytu nie brzmiały obiecująco. Jeszcze szczyt klimatyczny nie umarł, jeszcze na stół rzucane były poważne propozycje ostatniej szansy. I jeszcze przywódcy potęg nie powiedzieli ostatniego słowa, próbując godzić bogatych z biednymi. Możliwe zatem, że w weekend usłyszymy o zawarciu jakiejś wersji kompromisu. Ale główni gracze konferencji mają poczucie kaca. Negocjacje trwały długie dwa lata, choć cele z góry były jasne: umówić się na zasady redukcji emisji gazów cieplarnianych po 2012 r. I wciągnąć do tej gry kraje rozwijające się i biedne, których wcześniejsze ustalenia z Kioto nie obejmowały. Wczoraj, na kilkanaście godzin przed finałem szczytu, do happy endu było równie daleko jak dwa lata temu. Ekoentuzjaści byli załamani, sceptycy głośno triumfowali. Czy rzeczywiście jest się z czego cieszyć? Batalia w stolicy Danii pokazuje, jak wielopoziomowe stały się podziały. Dziś, gdy 200 krajów siada do stołu w sprawie ważnej dla wszystkich, trudno jest im uzgodnić cokolwiek. A to przecież pierwsza taka próba od końca II wojny i powstania ONZ. Dobra to czy zła wróżba?
Kopenhaga zmieniła jedno: temat zmian klimatycznych przestał być polem sporów naukowych, a zaczął być przeliczany na pieniądze. Od tego wiedzie nieco prostsza droga do egzekwowalnego porozumienia światowego.
@RY1@i02/2009/247/i02.2009.247.000.002b.001.jpg@RY2@
Michał Kobosko
Michał Kobosko
michal.kobosko@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu