Ekologiczne mydlenie oczu
Po Kopenhadze światowi liderzy rozpłyną się ze szczęścia w poczuciu spełnionego obowiązku. Spisane zostaną protokoły, w których nie będzie żadnej innowacji. Dopiero później pojawią się pytania "czemu znowu nam nie wyszło" - mówi Lomborg
Kopenhaga
ROZMOWA:
RADOSŁAW KORZYCKI:
BJOERN LOMBORG*:
Rzeczywiście dużo się tu dzieje, ale z nieprzeciętnym znaczeniem konferencji dla świata bym nie przesadzał.
Konferencja skończy się porozumieniem. Wielu uczestników - bogatych i biednych, naukowców i ekologów, władze państw i organizacje pozarządowe - usatysfakcjonuje jej rezultat. Wszyscy chcą jednego, czyli ustalenia nowych limitów na emisję gazów cieplarnianych i powierzchownej deklaracji, że wspólnym wysiłkiem trzeba do tego dążyć. I to uda się ustalić: podpisać protokoły z Kopenhagi, zrobić wspólne zdjęcie i wyjechać.
W tej sytuacji stać mnie wyłącznie na ironię. W Kopenhadze wszyscy wypiją szampana, światowi liderzy rozpłyną się ze szczęścia i będą pakować walizki w poczuciu spełnionego obowiązku. Następnie spisane protokoły, w których nie będzie absolutnie żadnej innowacji, zostaną poddane żmudnej procedurze ratyfikacji, a w trakcie tego procesu się okaże, że nie wszystkim odpowiadają, i tak umowa z duńskiej stolicy stanie się fikcją. Dopiero po kilku miesiącach pojawią się pytania typu "dlaczego znowu nam nie wyszło"?
Proszę sobie przypomnieć, co się wydarzyło w 1997 r. w Kioto. Z początku można było odnieść wrażenie, że zapadły tam niezbędne, ale też zobowiązujące do działania decyzje. Potem przyszło do przyjęcia protokołów w kolejnych krajach. Pierwsze wycofały się Indie. Następnie sprawa zatrzymała się w Waszyngtonie. Minęło 12 lat i sprawy ani nie drgnęły. Protokoły z Kioto stanęły na agendzie w niejednej kampanii wyborczej, kandydaci lewicy obiecywali szybką ratyfikację, prawicy - utrzymanie status quo. W tym czasie świat miał zredukować emisję gazów cieplarnianych o 11 proc. A o ile się udało? O 0,5 procenta. To jedna dwudziesta pułapu, który został wyznaczony w Kioto. Kompletna porażka. Teraz czeka nas identyczny scenariusz.
Amerykański prezydent może oczywiście nadać uroczystą rangę tej konferencji tak, jak on to potrafi robić. Może sporo obiecać, tak że wszyscy wyjadą usatysfakcjonowani. Ale ja bym nie wiązał z tym większych nadziei. Trzeba przypomnieć, że dokładnie to samo stało się w Kioto. W ostatniej chwili do Japonii przyjechał Al Gore i też wiele obiecał. A potem przyjazne ekologom stanowisko Ameryki zablokował Kongres. Z tego, co wiem, większość senatorów i członków Izby Reprezentantów - chociaż demokraci są w przewadze - jest przeciwna gromadzeniu dodatkowych funduszy na ochronę klimatu.
W sensie merytorycznym tak, bo nie tędy droga. Jeżeli rzeczywiście zależy nam na walce z globalnym ociepleniem, powinniśmy się skupić raczej na rozwoju nowych technologii i poszukiwaniu odnawialnych źródeł energii. Chodzi o to, by energia stała się tańsza dla wszystkich, włącznie z tymi, których działania będą kluczem do ochrony klimatu, czyli Chińczykami i Hindusami. O tym jak dotąd nikt nie pomyślał. Zwolennicy szukania alternatywnych rozwiązań są od razu posądzani o to, że działają jako lobbyści firm zarabiających na nowych technologiach.
Przede wszystkim ustanawianie jakichkolwiek limitów emisji gazów cieplarnianych nie działa. Stają się one przedmiotem spekulacji na pewnego rodzaju czarnym rynku. W zeszłym roku ceny praw do emisji najpierw spadały, potem rosły, różnice sięgały w sumie 50 proc. Po drugie wprowadzenie ich jest prawie niemożliwe politycznie. Żaden pragmatycznie myślący polityk nie będzie przekonywać ludzi do tego, że z powodu abstrakcyjnie pojętego dobra wspólnego - zważywszy, że coraz mniej osób w ogóle wierzy w globalne ocieplenie - trzeba podwyższyć koszty energii, benzyny oraz masy produktów, których wytwarzanie powoduje emisję gazów cieplarnianych. Nie da się przekonać elektoratu do tego, że zdrożeje wszystko, co jest im potrzebne do życia. Z podatkiem od produkcji dwutlenku węgla jest tak samo. Tymczasem, szukając długoterminowych rozwiązań, musimy wymyślić coś innego. Moim pomysłem było przeznaczenie z budżetu każdego państwa równej kwoty 0,2 proc. PKB na poszukiwanie energii z odnawialnych źródeł oraz rozwój technologii nuklearnych. Udałoby się uzyskać w ten sposób około 200 mld dol. rocznie. To jest połowa tego, co wymyślono w Kioto, ale znacznie łatwiejsza do wyegzekwowania. Poza tym to byłby sprawiedliwy podział i znosiłby niepotrzebną dyskusję na temat tego, czy bogaci mają płacić za biednych. Bo każdy miałby tak samo obciążony budżet. Zupełnie bezsensowne jest też zabieganie o to, by temperatura na Ziemi się nie podnosiła albo by podnosiła się wolniej. Raczej trzeba zastanowić się, jak dostosować politykę ekologiczną do wzrastającej temperatury i przeciwdziałać skutkom ocieplenia.
Ta sprawa została mylnie zinterpretowana. Dziennikarze od razu wychwycili wątek, że globalne ocieplenie jest mitem, a to nie do końca prawda. Tutaj raczej chodziło o to, że badaczom z Wielkiej Brytanii nie udaje się udowodnić, że środki w walce z klimatem, jakie powszechnie przedsięwzięto, są właściwe. Ale może i dobrze się stało, bo jeżeli ludzie zaczną zadawać więcej pytań, to znajdą się proste i lepsze rozwiązania.
@RY1@i02/2009/246/i02.2009.246.000.012a.001.jpg@RY2@
Bjoern Lomborg
Copenhagen Consensus Center
, duński ekolog i naukowiec. Sławę przyniosła mu książka "The Skeptical Environmentalist", w której podważył większość popularnych tez o globalnym ociepleniu. Był doradcą premiera Danii do spraw ekologii
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu