Nie oglądajmy się na USA
Jestem bardzo rozczarowany postawą Stanów Zjednoczonych - mówi szef międzyrządowego panelu klimatycznego ONZ
RADOSŁAW KORZYCKI:
REJENDRA PACHAURI*:
Nie, oczywiście, że nie.
Owszem, sprawa jest trudna. Na pewno dokładnie to zbadamy i przeanalizujemy, co jest nie tak. Nie zamieciemy tego pod dywan. Ale musimy się też przyjrzeć temu, kto i w jakim celu ujawnił te dokumenty, czy może nie jest to prowokacja, np. jakiegoś lobby biznesowego, producenta paliw.
Nasze raporty biorą pod uwagę mnóstwo czynników i nie sądzę mimo wszystko, by ta afera zakwestionowała ich ogólny sens. Kompromis, do jakiego zmierzają przedstawiciele 192 rządów, którzy spotkają się w Kopenhadze, dąży do wyznaczenia pułapu wzrostu temperatury o 2 stopnie Celsjusza. Tymczasem według raportu, nad którym pracowaliśmy kilka lat, ten próg powinien być określony na poziomie 1,5 stopnia.
Nie, nie miałem jeszcze tej przyjemności.
Że wiele od niego zależy, że ma on jedyną w swoim rodzaju szansę na ocalenie wielkiej części całego ludzkiego gatunku.
To prawda. Jestem bardzo rozczarowany tym, że USA nie zobowiązały się do limitowania emisji gazów cieplarnianych na właściwym poziomie, a to jest minimalny wysiłek, jaki trzeba włożyć, żeby myśleć o ocaleniu klimatu. Nie zrzucałbym jednak winy na Baracka Obamę, bo zdaje się, do tego chciałby mnie pan namówić. Przez osiem lat prezydentury George’a W. Busha Waszyngton nie posunął się w tej sprawie o pół kroku naprzód. Teraz nowy gospodarz Białego Domu bardzo chciałby coś w tej sprawie zmienić, ale blokuje go Kongres, ten sam, który przez ostatnie lata (Demokraci mają większość od początku 2007 r. - red.) skutecznie torpedował wszelakie wysiłki na rzecz ochrony środowiska.
Uważam, że społeczność międzynarodowa powinna w duńskiej stolicy przyjąć umowę zastępującą protokoły z Kioto, nie oglądając się na Stany Zjednoczone. To bardziej polityka marchewki niż kija. Można by w ten sposób dać Ameryce nieco więcej czasu, by dostosowała się do nowego traktatu. Jestem pewien, że z czasem Waszyngton do niego dojrzeje, bo cały amerykański biznes związany z odnawialnymi źródłami energii pozostanie w tyle.
Zgadzam się, że nieobecność od samego początku Stanów Zjednoczonych byłaby dużym mankamentem umowy, ale jeżeli zachodnia Europa, Japonia, Indie i Chiny wykażą się dostateczną wolą porozumienia, to szczyt skończy się sukcesem. Muszą zostać spełnione trzy warunki.
Przede wszystkim trzeba ustalić limity emisji. To jest podstawa. Po drugie kraje uprzemysłowione muszą wyłożyć pieniądze na to, by kraje rozwijające się mogły się dostosować do nowych standardów. Premier Gordon Brown policzył, że to byłby to koszt około 100 mld dol. rocznie. Zgadzam się z tymi szacunkami. Trzecią wreszcie kwestią jest udostępnienie technologii tym, którzy jej nie mają.
Dlatego teraz trzeba zadbać o to, by nie pozostać jedynie przy deklaracjach, tylko wyznaczyć konkretne cele i karać za ich nierealizowanie. Tym razem świat nie może sobie pozwolić na to, by zmarnować kolejnych 10 lat.
@RY1@i02/2009/238/i02.2009.238.000.012a.001.jpg@RY2@
Rajendra Pachauri
Bloomberg
przewodniczący międzyrządowego panelu klimatycznego ONZ (IPCC), laureat (jako szef IPCC) Pokojowej Nagrody Nobla
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu