Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Fiasko Kopenhagi prawie pewne

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 6 minut

Chiny i USA, dwaj najwięksi truciciele, nie zamierzają podporządkować się limitom emisji CO2 do atmosfery. To kubeł zimnej wody dla Unii Europejskiej, której przywódcy spodziewali się, że grudniowy szczyt w duńskiej stolicy przyniesie kompromis

Czas porzucić marzenie, że grudniowa konferencja klimatyczna w Kopenhadze przyniesie przełom w walce z globalnym ociepleniem. Podczas weekendowego szczytu czołowych gospodarek regionu Azji i Pacyfiku - tzw. Asia-Pacific Economic Cooperation (APEC) - przywódcy dwóch największych globalnych trucicieli: Chin oraz Stanów Zjednoczonych, zapowiedzieli, że nie zamierzają w najbliższym czasie podjąć żadnych międzynarodowych zobowiązań w sprawie ograniczenia emisji gazów cieplarnianych do atmosfery.

- Nie należy spodziewać się, że do czasu ruszającego za trzy tygodnie szczytu w Kopenhadze wypracujemy pełny, ogólnoświatowy i wiążący układ o redukcji emisji. To nierealny scenariusz - ogłosił w sobotę wieczorem doradca prezydenta Baracka Obamy ds. międzynarodowych Mike Forman. Przedstawiciel Białego Domu zasugerował przy tym, że przyczyna impasu tkwi głównie w stanowisku industrializujących się na potęgę Chin, które nie przejawiają chęci włączenia się do walki z globalnym ociepleniem.

Nie jest jednak tajemnicą, że sprzeciw Pekinu jest również na rękę prezydentowi USA, którego proekologiczny zapał prezentowany jeszcze w trakcie zeszłorocznej kampanii wyborczej zaczął się w ostatnich miesiącach wyczerpywać pod wpływem sprzeciwu rodzimego, amerykańskiego lobby przemysłowego. A eksperci nie mają wątpliwości, że bez udziału Pekinu i Waszyngtonu, które wspólnie odpowiadają za emisję około 40 proc. gazów cieplarnianych do atmosfery, globalny układ ekologiczny po prostu nie ma sensu.

Wieści ze szczytu APEC to kubeł zimnej wody zwłaszcza dla tych przywódców Unii Europejskiej, którzy łudzili się, że w deklaracji kopenhaskiej uda się umieścić ogólnoświatowe zobowiązanie do redukcji gazów cieplarnianych o 50 proc. do 2050 roku. Taki punkt miał według pomysłodawców grudniowego szczytu otworzyć drzwi do nowelizacji słynnego protokołu z Kioto, który reguluje kwestie ograniczenia emisji gazów cieplarnianych jedynie do roku 2012.

Europejczycy do ostatniej chwili próbowali zmienić amerykańsko-chińskie stanowisko. Jeszcze w sobotę z misją ostatniej szansy pojechał do Singapuru duński premier Lars Loekke Rasmussen, który ma być gospodarzem grudniowego szczytu w Kopenhadze. W sukurs przyszedł mu prezydent Francji Nicolas Sarkozy, który z Paryża zaapelował do ekologicznych hamulcowych o "więcej odwagi i odpowiedzialności". Aby dać dobry przykład, Paryż zadeklarował, że niezależne od wyniku szczytu kopenhaskiego zobowiązuje się do redukcji emisji dwutlenku węgla o 50 proc. do roku 2050. Co więcej, Sarkozy zdołał nawet w ostatniej chwili namówić do podobnej deklaracji Brazylię, która wcześniej jako jeden z krajów rozwijających się niechętnym okiem patrzyła na ekologiczną krucjatę forsowaną przez uprzemysłowiony świat Zachodu.

Desperacka szarża Europejczyków na nic się jednak nie zdała. W czasie niedzielnego śniadania z Barackiem Obamą i Hu Jintao duński premier zdołał uzyskać jedynie zapewnienie, że "Kopenhaga będzie pierwszym krokiem w kierunku wypracowania globalnego porozumienia klimatycznego". W deklaracji końcowej grudniowej konferencji nie padnie jednak żadne konkretne zobowiązanie, liczba ani data. W ten sposób plan wypracowania porozumienia mającego zastąpić protokół z Kioto znów odsuwa się w bliżej nieokreśloną przyszłość.

Zwolennikom radykalnego ograniczenia emisji gazów cieplarnianych pozostaje teraz jedynie metoda małych kroków. - Życie toczy się dalej. Pozostają samodzielne wysiłki pojedynczych państw, nadzieja w skuteczność tej metody oraz w scenariusz, według którego Chiny czy Stany Zjednoczone będą stopniowo porzucać swoje opory wobec zielonej rewolucji - mówi nam Susanne Droege, ekspert ds. ekologii z Fundacji Nauki i Polityki w Berlinie.

Obecnie najbardziej ambitne cele ekologiczne stawia sobie Unia Europejska, która już dwa lata temu obiecała ograniczyć emisję do 2020 r. o 20 proc. w stosunku do poziomu emisji z 1990 r. Bruksela deklaruje chęć podwyższenia tego pułapu o kolejne 10 proc., jeśli dołączą do niej inne światowe rządy. Podział ciężarów między poszczególne kraje członkowskie ma być uzależniony od potencjału gospodarczego oraz narodowej specyfiki. Z kolei Amerykanie na razie rozważają redukcję emisji raptem o blisko 6 proc. Odpowiednia ustawa znajduje się już w amerykańskim Senacie. Podobne cele stawiają sobie rządy Australii oraz Japonii. Jedynie kraje rozwijające, jak np. Chiny czy Indie, nie przedstawiły dotąd żadnych propozycji ograniczenia trującego potencjału swoich gospodarek.

@RY1@i02/2009/223/i02.2009.223.000.010a.001.jpg@RY2@

Obama: nie spodziewajcie się, że przed szczytem w Kopenhadze wypracujemy kompromis

Reuters/Forum

rafal.wos@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.