Bez konkretów o klimacie
Przywódcy UE nie zdołali ustalić podczas ostatniego szczytu, ani jak dużo Bruksela jest gotowa poświęcić na powstrzymanie zmian klimatu, ani jak kraje członkowskie powinny tą kwotą się podzielić.
Postawa całej Unii w tej sprawie może się stać najważniejszym testem dla traktatu lizbońskiego. Termin jego wejścia w życie zbiega się z międzynarodową konferencją klimatyczną w Kopenhadze w połowie grudnia. Dlatego w Brukseli żaden z przywódców Unii nie chciał być oskarżony o zablokowanie wspólnego stanowiska Europy w tej sprawie. - Mamy silny mandat dla UE przed Kopenhagą.
Europa pozostanie liderem w walce o powstrzymanie zmian klimatycznych. To zmobilizuje inne potęgi świata - mówił Donald Tusk. Ekolodzy nie mają wątpliwości. - Unia nie wykorzystała możliwości, aby wypełnić deklaracje konkretnymi zobowiązaniami finansowymi - mówi Joris den Blanken, dyrektor ds. klimatycznych Greenpeace.
Najważniejsze byłoby ustalenie, jak dużo pieniędzy Bruksela jest gotowa przeznaczyć na pomoc dla krajów rozwijających się w przejściu na czyste technologie. Bez tego Chiny, Indie czy Brazylia nie przyłączą się do porozumienia w Kopenhadze i konferencja zakończy się fiaskiem. Komisja Europejska proponowała, aby Unia wyłożyła na ten cel nawet 15 mld euro rocznie. Jednak w deklaracji szczytu nie ma o tym słowa.
Wspomina się jedynie, że globalna pomoc dla biedniejszych państw powinna wynieść od 20 do 50 mld euro rocznie, ale bez wskazania, jaką część miałaby pokryć UE. Bogate państwa UE są potęgą gospodarczą, ale emitują mało gazów cieplarnianych. Dlatego chcą, aby w Kopenhadze podstawą podziału obciążeń okazała się właśnie wielkość emisji każdego kraju, a nie jego bogactwo. Polska i inne kraje Unii na dorobku widzą sprawy odwrotnie. Tusk postuluje, aby kluczem do podziału nie był nasz udział w emisji gazów (8 proc. całej Europy), tylko w dochodzie narodowym UE (2 proc.).
Ale przyznanie Polsce racji nie tylko oznaczałoby dla bogatych państw większy udział w pokryciu kosztów pomocy dla krajów rozwijających się (Niemcy musiałyby zapłacić dwa razy więcej), ale mogłoby także doprowadzić do wystawienia w Kopenhadze większego, globalnego rachunku Europie. - Gdybyśmy uznali, że podstawą podziału kosztów wewnątrz Unii jest poziom dochodu narodowego, w Kopenhadze Chiny i Indie wykorzystałyby to, aby uznać, że ten sam mechanizm powinien być wykorzystany w skali świata.
Europa musiałaby przejąć taki udział kosztów walki ze zmianą klimatu, jaki jest jej udział w globalnym dochodzie narodowym. Czyli gigantyczny - mówi wysoki rangą dyplomata Rady UE. Dlatego przewodniczący szczytowi premier Szwecji Frederik Reinfeldt wiele godzin starał się doprowadzić do rozbicia koalicji zbudowanej przez Tuska. W końcu na decydującym spotkaniu premierów Szwecji, Polski i Wielkiej Brytanii oraz kanclerza Niemiec i prezydenta Francji ustalono kompromis. Nie w oficjalnej deklaracji szczytu, a tylko w wewnętrznym liście sekretarza Rady UE Pierre’a De Boissieux zapewniono Polskę, że podział kosztów pomocy Unii dla krajów rozwijających się "uwzględni możliwości finansowe państw członkowskich". Co to oznacza, nie wiadomo, ale decyzja w tej sprawie ma być podejmowana jednomyślnie. Polska wywalczyła także, że tzw. szybka pomoc Unii w latach 2010 - 2012, kiedy umowa z Kopenhagi nie będzie jeszcze obowiązywać, pozostanie "dobrowolna". Donald Tusk zapowiedział, że nasz kraj przekaże na ten cel "znaczącą kwotę". Ale unikał wszelkich konkretów.
@RY1@i02/2009/214/i02.2009.214.000.004a.101.jpg@RY2@
Lech Kaczyński, szwedzki premier Fredrik Reinfeldt i szef szwedzkiego MSZ Carl Bildt
EPA/PAP
Jędrzej Bielecki
korespondencja z Brukseli
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu