Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Klimat i środowisko

Obietnice na rzecz klimatu to za mało. Każdy może się z nich wycofać

30 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Na zakończonej w ubiegłym tygodniu konferencji klimatycznej w Durbanie osiągnięto nadzwyczajny sukces. Obietnicę kontynuacji procesu ograniczania emisji CO2. Miało być nowe porozumienie, zwane post-Kioto, ale przygotowano jedynie mapę drogową dojścia do niego. Nie przedłużono też dotychczas obowiązującego protokołu z Kioto, a jedynie obiecano jego przedłużenie w przyszłym roku. Mamy więc obietnice, z których każdy w każdej chwili może się wycofać. Przecież pamiętamy, że mapa drogowa to jest to, co miało być przyjęte już w 2008 r. w Poznaniu, a post-Kioto to to, co miało być podpisane w 2009 r. w Kopenhadze.

Dlaczego więc nie udaje się osiągnąć prawdziwego porozumienia? Dyskusja w Durbanie była jałowa. Zresztą od dłuższego czasu nie jest to dyskusja o zmianach klimatu, o tym, jak im zapobiegać, jak się do nich adaptować. A odpowiedzialność za to ponosi Unia Europejska. Jej idee, pomysły i rozwiązania nie przystają do sposobu myślenia innych państw świata. Unia zachowuje się tak, jakby miała jedyny patent na politykę klimatyczną. Skoro więc nie traktujemy innych po partnersku, nie dziwmy się, że i nas tak nie traktują. Jeśli chcemy być słuchani, sami musimy słuchać. Nawet o tym, co nam się nie za bardzo podoba.

A więc o tym, że adaptacja do zmian klimatu może mieć wyższy priorytet od problemu zapobiegania tym zmianom (dla większości państw tak właśnie jest). O tym, że niesprawiedliwe jest porównywanie emisyjności na 1000 dolarów PKB (co preferuje bogatych) zamiast emisyjności na głowę mieszkańca (co preferuje mniej konsumujących biednych). O tym, że jednoczesne nawoływanie do redukcji emisji i do wzrostu konsumpcji to hipokryzja. Oraz o tym, że propozycja proporcjonalnej redukcji emisji przez bogate państwa i gospodarki rozwinięte oraz biedne rozwijające się jest arogancka. Można się z powyższymi tezami nie zgadzać, ale należy ich wysłuchać, a swój sprzeciw poprzeć racjonalnymi argumentami, jeśli one istnieją.

Durban padł także dlatego, że istniejąca sytuacja jest korzystna dla państw rozwijających się, a szczególnie dla grupy BRIC, która przoduje we wzroście produkcji energii. Trzeba przyznać, także nieemisyjnej. Ewidentnym liderem stały się Chiny. W ciągu ostatnich pięciu lat z zerowego poziomu zyskały status czempiona produkcji ogniw fotowoltaicznych i farm wiatrowych, w obu przypadkach przekraczając 50 proc. światowego udziału. Chiny są też największym inwestorem w hydroenergetyce i w energetyce nuklearnej. Przy okazji - w Chinach buduje się dwukrotnie więcej farm wiatrowych niż atomówek. Chińska emisja na głowę jest wciąż jeszcze mniejsza od europejskiej.

Tak, wiem jak powinien wyglądać sprawiedliwy światowy system walki ze zmianami klimatu. Niestety wiem też, że na razie jest niemożliwy, chociaż bardzo prosty. Każdy obywatel ziemi powinien otrzymać taki sam przydział praw do emisji. Chiny miałyby wtedy 19,78 proc. (a nie 24,71 proc.), Unia Europejska 7,4 proc. (a nie 12,68 proc.), USA 4,6 proc. (a nie 18,57 proc.), Rosja 2,1 proc. (a nie 5,45 proc.), a Indie 17,07 proc. (a emitują tylko 5,56 proc.).

Obecnie państwa OECD, mając mniej niż 20 proc. ludności świata, emitują 43 proc. CO2. Rosja i Chiny to kolejne 20 proc. ludności i 30 proc. emisji. Oznacza to, że pozostałe 60 proc. populacji Ziemi emituje zaledwie 27 proc. CO2. Gdybyśmy więc wycenili emisję na 10 dolarów za tonę CO2 to państwa OECD z Rosją i Chinami byłyby winne pozostałym pok. 95 mld dolarów rocznie. Oferta Zielonego Funduszu doprecyzowana w Durbanie to 100 mld dolarów - jednorazowo. Taka jest rozpiętość między powinnością a skłonnością.

Cała powyższa buchalteria sporządzona została przy założeniu, że za emisję odpowiada emitent, czyli producent, a nie ten, który tę produkcję zamawia, czyli emisje prowokuje, a więc konsument.

Gdyby uwzględnić emisję generowaną przez konsumpcję, to emisja Europy by wzrosła, a Chin - spadła. I tak np. wzrost emisji dla Wielkiej Brytanii wyznaczony na bazie konsumpcji prof. Dieter Helm z Oksfordu określił na 19 proc. (1990 - 2005), podczas gdy oficjalna wartość wyznaczona na bazie produkcji pokazuje imponujący spadek o 15 proc. Po prostu Brytyjczycy 34 proc. swojej emisji wyeksportowali za granicę.

Nadano temu zjawisku ładną nazwę - carbon leakage. A następnie stwierdzono, że ono nie istnieje, po drugie jest to proces naturalny, a po trzecie jest to proces korzystny, bo daje pracownikom zatrudnienie w nowych, zielonych, innowacyjnych, miejscach pracy i rozwija gospodarki państw rozwijających się. O wzroście emisji ani słowa.

Co więc robić? Należy ograniczać konsumpcję tam, gdzie jest marnotrawstwem, rozpasaniem. Tam, gdzie jest największa, czyli w krajach o największym PKB. I to już jest herezja, do której liderzy Europy Zachodniej nigdy nie dopuszczą.

@RY1@i02/2011/241/i02.2011.241.00000150d.802.jpg@RY2@

Wojciech Górski

Krzysztof Żmijewski, sekretarz generalny Społecznej Rady Narodowego Programu Redukcji Emisji

Krzysztof Żmijewski

sekretarz generalny Społecznej Rady Narodowego Programu Redukcji Emisji

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.