Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Klimat i środowisko

Polityka klimatyczna Unii Europejskiej na zakręcie

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 6 minut

W 2013 r. wejdzie w życie trzecia faza europejskiego systemu handlu uprawnieniami do emisji CO2. Ceny uprawnień mają kluczowe znaczenie dla przyszłości polskiej gospodarki. Dziś są najtańsze w historii

Polityka klimatyczna Unii Europejskiej mająca na celu ograniczanie emisji gazów cieplarnianych dotyka Polskę w sposób wyjątkowy, bo naszą gospodarkę napędza energetyka oparta w ponad 90 proc. na węglu - jednym z najbrudniejszych paliw kopalnych. W styczniu 2013 r. obowiązywać zacznie kolejny etap europejskiego systemu handlu emisjami (EU ETS) mający doprowadzić do ograniczenia emisji CO2 w UE o 20 proc. do 2020 r. Polska walczy o to, by przemysł był zwolniony od obowiązku zakupu całości uprawnień do emisji gazów cieplarnianych. Okres przejściowy, tzw. derogacje, wywalczyliśmy w grudniu 2008 r. Temu tematowi została poświęcona konferencja zorganizowana przez DGP pt. "Handel emisjami CO2 - u progu nowych rozwiązań".

Wykaz instalacji

Derogacje dla polskiego przemysłu zakładają przyznanie 70 proc. darmowych emisji w 2013 r., by w 2020 r. stopnieć do zera. Warunkiem koniecznym do uruchomienia okresu przejściowego jest jednak przyjęcie przez Komisję Europejską Krajowego Programu Inwestycyjnego dla sektora energetyki o wartości co najmniej równej darmowym uprawnieniom. Dokument trafił do Komisji Europejskiej do końca września 2011 r. I choć KE ma sześć miesięcy na rozpatrzenie polskiego wniosku derogacyjnego, odpowiedzi w tej sprawie prędko nie otrzymamy.

Marcin Korolec, minister środowiska, mówił podczas konferencji, że Polska i Komisja Europejska wymieniają korespondencję w tej sprawie.

- Odnoszę wrażenie, że KE nie spieszy się z podjęciem decyzji - mówił na początku spotkania minister środowiska.

Dokumentacja zawierająca wykaz instalacji wytwarzających energię elektryczną, które rząd objął systemem bezpłatnych uprawnień do emisji w okresie rozliczeniowym wraz z proponowaną dla tych instalacji liczbą uprawnień do emisji, została przesłana Komisji pod końcem września 2011 r. Teoretycznie polski wniosek powinien być rozpatrzony do końca marca. Nie będzie tak jednak w praktyce, gdyż do połowy stycznia Komisja zażądała dodatkowych informacji, w związku z czym ma kolejne sześć miesięcy na ich ocenę przed wydaniem opinii.

Jak mówił Marcin Korolec, dodatkowe informacje, o które poprosiła Komisja, można było przekazać przez telefon lub w formie poczty elektronicznej. Dotyczyły one np. numeru statystycznego poszczególnych elektrowni. Minister środowiska zadeklarował jednocześnie, że Polska ma słowne przyrzeczenie, iż nasz wniosek będzie oceniony i zatwierdzony jako jeden z pierwszych.

- Temat ten poruszany jest przy każdej okazji na poziomie eksperckim czy politycznym - podkreślał Marcin Korolec.

Unijna mapa

Władysław Mielczarski, profesor Politechniki Łódzkiej, członek Europejskiego Instytutu Energii (European Energy Institute), podkreślał że nawet jeśli Komisja przyjmie wniosek derogacyjny, polski sektor energetyczny może mieć trudności w realizacji zaplanowanych inwestycji.

- W polskich warunkach samo przygotowanie inwestycji w energetyce konwencjonalnej zajmuje od dwóch do czterech lat. Potem trzeba jeszcze znaleźć finansowanie i wybrać wykonawcę. Na każdym z tych etapów inwestorzy energetyczni się potykają - mówił Władysław Mielczarski przywołując przykład rozbudowy Elektrowni Opole należącej do Polskiej Grupy Energetycznej PGE, która ma kłopoty z otrzymaniem decyzji środowiskowej. Może to opóźnić inwestycję nawet o rok.

Gorącą dyskusję wywołały plany UE dotyczące podniesienia progu redukcji CO2 do 25- lub 30-proc. Unijna mapa Drogowa do 2050 r. zakłada, że emisja CO2 w energetyce spadnie do zera.

- Nie ma podstaw, by dyskutować nad zwiększeniem poziomu ograniczeń CO2 w wewnętrznej polityce klimatycznej Unii w perspektywie 2020, 2030 czy 2050 r. - mówił Marcin Korolec.

Jak się okazało, była to pierwsza zapowiedź polskiego stanowiska na unijnym szczycie ministrów środowiska z 9 marca, na którym Polska zawetowała plany zwiększania redukcji. Z taką polityka zgodził się Jan Pravda, prezes firmy brokerskiej Carbon Warehouse Int.

- Najważniejszym argumentem przeciw podnoszeniu progów CO2 jest to, że za kilka lat UE może być osamotniona w walce ze zmianami klimatu - mówił Jan Pravda.

Zgodnie z mapą drogową podjętą w Durbanie na ostatnim szczycie klimatycznym takie decyzje będą zapadać dopiero w 2015 r., a w życie wejdą dopiero w 2020 r. A już dziś wiadomo, że trzy największe gospodarki - USA, Chiny i Indie - nie są zainteresowane ograniczaniem emisji gazów cieplarnianych.

- To sprawia, że pojawia się coraz więcej głosów kontestujących zasadność EU ETS - podkreślał Jan Pravda.

Jego zdaniem to wszystko sprawia, że dążenia UE, która odpowiada za zaledwie za 14 proc. światowych emisji CO2, przypominają średniowieczne krucjaty: szalenie kosztowne i z góry skazane na porażkę.

Tym bardziej że w wyniku światowego kryzysu ekonomicznego i ograniczonej produkcji w UJE drastycznie spadła cena uprawnień do emisji CO2, a to fundament działania nowego systemu.

- Tylko w 2011 r. cena uprawnień do emisji jednej tony CO2 spadła z blisko 15 do poniżej 9 euro - podkreślał Jan Pravda.

Należąca do niego firma po raz pierwszy taki scenariusz przewidziała już w październiku 2008 r. Ceny emisji CO2 poniżej 10 euro spadły na przełomie pierwszego i drugiego kwartału 2009 r. Potem jeszcze się odbiły, by znowu spaść. Kiedy jeszcze w czerwcu 2011 r. inwestorzy skłonni byli płacić za tonę CO2 nawet blisko 17 euro. Carbon Warehouse Int. za pośrednictwem agencji Bloomberg, z uwagi na zbyt duże ryzyko, odradził inwestowanie w uprawnienia.

Tymczasem w założeniu handel emisjami miał być na tyle drogim instrumentem, żeby spowodować nieopłacalność wykorzystania paliw kopalnych, zwłaszcza węgla. Z powodu niskiej ceny uprawnień energia produkowana z wysokoemisyjnego węgla nadal może być konkurencyjna w stosunku do tej z odnawialnych źródeł. To nie oznacza, że Polska nie ucierpi. Ponad 90 proc. prądu wytwarza dziś z węgla. - Koszty producentów energii będą wyższe, ale efekt nowego systemu nie będzie aż tak rewolucyjny, jak miał być w założeniach - mówił podczas konferencji Marcin Korolec.

Energetyka prosumencka

Brukseli coraz trudniej bronić systemu handlu emisjami. W wywindowaniu cen uprawnień nie pomagają nawet działania mające na celu ograniczenie podaży papierów. Pod koniec lutego komisja przemysłu Parlamentu Europejskiego przegłosowała nowelizację dyrektywy dotyczącej efektywności energetycznej. Rynek zareagował bez emocji. Ceny uprawnień nawet spadły i wahają się w okolicach 9 euro za tonę CO2.

- To wielki sukces unijnych urzędników - kpi prof. Krzysztof Żmijewski z Politechniki Warszawskiej i sekretarz generalny Społecznej Rady ds. Narodowego Programu Redukcji Emisji przy ministrze gospodarki.

- Bo z jednej z najbardziej stabilnych gałęzi gospodarki, jaką od zawsze była energetyka, zrobili biznes kompletnie nieprzewidywalny. Takie otoczenie sprawia, że banki nie rwą się do finansowania inwestycji w energetyce - dodał prof. Krzysztof Żmijewski.

Czy w tej sytuacji skazani jesteśmy za kilka lat na egipskie ciemności, zwłaszcza że w ciągu pięciu najbliższych lat część najstarszych elektrowni z powodu zużycia będzie musiała zostać zamknięta? Niekoniecznie. Krzysztof Żmijewski oraz Maciej Bando, wiceprezes Urzędu Regulacji Energetyki, podkreślali rolę energetyki prosumenckiej, tj. takiej, w której połączone zostają postawy producenta i konsumenta energii.

- Przy odpowiednich regulacjach ta gałąź energetyki może dać nawet 5 tys. megawatów mocy - mówi prof. Politechniki Warszawskiej. Dziś polski krajowy system energetyczny dysponuje ponad 30 tys. megawatów mocy osiągalnej.

Maciej Szczepaniuk

maciej.szczepaniuk@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.