To skromna rekompensata
Kilka dni temu Polska rozpoczęła handel uprawnieniami do emisji CO2. Do 2012 roku możemy sprzedać nadwyżkę 500 mln ton tego gazu. Czy to jest szansa dla polskiej gospodarki?
ROZMOWA
ARTUR GRABEK:
PROF. JANUSZ MIKUŁA*:
To skromna rekompensata dla wysiłku ostatnich 18 lat. Polska, podpisując protokół z Kioto, zobowiązała się ograniczyć emisję CO2 o 6 proc., de facto ograniczyła go o 32 proc. To gigantyczna redukcja, największa wśród krajów UE.
Szacuje się, że dostosowanie się tylko do jednej unijnej dyrektywy dotyczącej ograniczania i zapobiegania zanieczyszczeniom na przełomie lat 2002 - 2010 to koszt 100 mld zł.
W czasach prosperity ceny dochodziły do 10 euro za tonę. Ale nie sądzę, żebyśmy wynegocjowali tak dobrą cenę. Jest kryzys i polski budżet potrzebuje każdych pieniędzy.
Potrzeby są ogromne. Tylko na budowę odnawialnych źródeł energii do 2015 r. Polska powinna wydać 8 mld zł. Ale od 2016 r. zacznie obowiązywać nowa dyrektywa jeszcze bardziej zaostrzająca normy zanieczyszczeń. Koszt dostosowania się do niej to 80 mld zł.
Grozi nam to, że będziemy musieli zamykać instalacje energetyczne. Połowa Polaków może zostać bez prądu.
Największa elektrownia atomowa, którą obecnie budują Finowie, będzie dostarczała 1,7 GW energii elektrycznej. Polski system obecnie może wytworzyć 35 GW, jeżeli połowa zakładów zostanie zamknięta, to zostanie nam 18 GW. Jeżeli chcielibyśmy wesprzeć system energią atomową, to musielibyśmy wybudować co najmniej cztery największe na świecie elektrownie jądrowe. A to jest nierealne.
To efekt krótkowzrocznej polityki kolejnych rządów. Politycy patrzą przez pryzmat kadencji, a tu jest potrzebny kompleksowy wieloletni program energetyczno-klimatyczny. Do tej pory powstają kolejne strategie, które są nic niemówiącymi ogólnikami. Polska powinna opracować własny szczegółowy plan wraz z harmonogramem wdrożenia, który pomoże zmodernizować jej przemysł energetyczny, tak aby był przyjazny dla środowiska i konkurencyjny na rynku UE.
Piękne hasło. W praktyce jednak uzyskanie zgody na taką inwestycję to droga przez mękę. Inwestor pozostawiony jest samemu sobie, nie ma żadnego wsparcia ze strony rządu czy samorządu. Piętrzy się przed nim problemy, bo urzędnicy boją się podejmować decyzje. Departamenty ochrony środowiska domagają się kosztownych ekspertyz od inwestorów, bo np. 50 km od miejsca, gdzie ma stanąć farma wiatrowa, zaczyna się ptasi obszar chroniony. Podobnie jest z wiatrakami, które mają stanąć na morzu. Gdyby zrealizować wszystkie wnioski o ich budowę, które teraz zalegają na urzędniczych biurkach, mielibyśmy 3 GW energii elektrycznej z tych źródeł. To dwa razy tyle co największy zainstalowany w Polsce blok energetyczny. Jeszcze gorzej jest z elektrowniami wodnymi. Polska wykorzystuje zaledwie 11 proc. swoich wodnych zasobów energetycznych. W niektórych województwach od 6 lat nie wydano pozwolenia na budowę takiej elektrowni.
@RY1@i02/2009/223/i02.2009.223.000.005e.001.jpg@RY2@
Seweryn Sołtys/Fotorzepa
Janusz Mikuła
*Janusz Mikuła
jest profesorem Politechniki Krakowskiej. Specjalizuje się w zakresie ochrony środowiska. Od 2006 do 2009 r. był wiceministrem rozwoju regionalnego
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu