Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Energetyka

Cena prądu nie zależy od wiatraków

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 7 minut

Finansowe koszty ustawowego wsparcia dla elektrowni wiatrowych są w Polsce przerzucane na klientów. Jednak dla przeciętnego Kowalskiego to bezpośrednio jedynie 5 zł rocznie.

Zwykli konsumenci prądu (gospodarstwa domowe) bezpośrednio współfinansują energetykę wiatrową tylko w jeden sposób.

Polski rząd zobowiązał parę lat temu dystrybutorów prądu, żeby część trafiającej do odbiorców energii elektrycznej pochodziła ze źródeł odnawialnych. Ten udział określany jest w procentach i z roku na rok rośnie (w tym roku to 8,7 proc., w przyszłym - 10,4 proc., a w 2020 r. - 15 proc.). Dystrybutorzy dowodzą, że wywiązali się z tego obowiązku, skupując tzw. zielone certyfikaty, przyznawane producentom energii ze źródeł odnawialnych. Jeśli mają za mało tych papierów, nazywanych oficjalnie świadectwami pochodzenia energii, to wtedy uiszczają tzw. opłaty zastępcze, będące tak naprawdę karami.

Koszt tych opłat i zakupu zielonych certyfikatów jest wliczany w cenę prądu, więc de facto finansują je konsumenci.

Na szczęście udział odnawialnych źródeł energii w produkcji prądu w Polsce jest na tyle niewielki (w 2009 r. obowiązkowy limit to 8,7 proc.), że opisany wyżej system ich wspierania nieznacznie wpływa na cenę energii elektrycznej.

Według Urzędu Regulacji Energetyki ten koszt to obecnie jedynie 0,0215 zł w przeliczeniu na jedną sprzedaną kilowatogodzinę, a w przyszłym roku wzrośnie on do 0,0266 zł. Tymczasem łączna cena 1 kWh dla gospodarstw domowych przekracza dziś 40 groszy (uwzględniając m.in. opłaty za przesył). To oznacza, że odnawialne źródła energii podnoszą dziś cenę prądu w Polsce o 5 proc. A sama energetyka wiatrowa tylko o nieco ponad pół procent (0,27 gr na 1 kWh), bo ma ona w Polsce wciąż niewielki udział w produkcji prądu ze źródeł odnawialnych. W zeszłym roku wyniósł on 12,5 proc.

To oznacza, że przeciętny Kowalski dokłada rocznie do energetyki wiatrowej ok. 5 zł (przy założeniu, zgodnie z danymi URE, że jedna osoba w gospodarstwie domowym zużywa przez 12 miesięcy średnio 1950 kWh energii elektrycznej).

W najbliższych latach niewiele się zmieni. Wprawdzie udział odnawialnych źródeł energii (OZE) w produkcji prądu ma wzrosnąć w przyszłym roku do 10,4 proc., a do 2020 r. do 15 proc., ale z samego wiatru będzie pochodzić co najwyżej jedna piąta tej puli.

Tak wynika z prognoz Krajowej Agencji Poszanowania Energii.

Taki system wsparcia jest rozwiązaniem przejściowym i będzie obowiązywał do czasu, gdy koszty produkcji prądu w elektrowniach wiatrowych czy wodnych zrównają się z elektrowniami węglowymi. A to może nastąpić szybciej niż się wydaje, biorąc pod uwagę, że większość węglowych bloków energetycznych jest prawie wyeksploatowana i trzeba je będzie w najbliższych latach wymienić na nowe. Te inwestycje będą finansowane z kredytów, co spowoduje znaczny skok kosztów produkcji prądu w konwencjonalnych instalacjach. Dodatkowo podniesie je unijna polityka energetyczno-klimatyczna, która zmusi właścicieli elektrowni węglowych do zakupu praw do emisji CO2, bo przyznane im bezpłatne limity są za małe. A to będą horrendalne wydatki.

Nie znaczy to jednak, że jeśli znikną zielone certyfikaty, to w przypadku energetyki wiatrowej nie będzie już żadnych dodatkowych kosztów przerzucanych na konsumentów. Będą, i wynikną z tego, że wiatr nie wieje bez przerwy.

Ocenia się, że wiatraki w Polsce produkują prąd tylko przez 1/5 roku, bo tylko przez taką część roku wiatr jest wystarczająco silny, by poruszać turbiny. Odbiorcy zużywają prąd cały czas. W praktyce oznacza to, że muszą istnieć elektrownie, które będą zastępować wiatraki, gdy nie będzie wiać.

Farm wiatrowych przybywa, więc musi przybywać też uzupełniających je instalacji do produkcji prądu. Koszty ich budowy przerzuca się na konsumentów (a dokładnie dolicza się je do opłat za przesył prądu). Choć trudno na razie wyliczyć, jak będą się one kształtować w przeliczeniu na 1 kilowatogodzinę, to można śmiało założyć, że i one tylko leciutko uderzą przeciętnego Kowalskiego po kieszeni. Biorąc właśnie pod uwagę niewielki udział energetyki wiatrowej w produkcji prądu w Polsce i stosunkowo mały jej potencjał wzrostu.

Moc zainstalowana farm wiatrowych w naszym kraju to niewiele ponad 500 MW, wzrośnie w najbliższych latach co najwyżej do 2-3 tys. MW. Przyjmuje się, że owa moc rezerwowa powinna wynosić około 20 proc. mocy zainstalowanej w farmie wiatrowej. Czyli potrzeba 100 MW takiej mocy dla działających już w Polsce wiatraków, a w przyszłości będzie to najwyżej 400-600 MW.

Koszt budowy elektrowni w przeliczeniu na jeden megawat to dziś u nas co najmniej milion euro. Już teraz należy wyłożyć co najmniej 100 mln euro, a w przyszłości kolejne 300-500 milionów euro. Suma wydaje się duża, ale jeśli rozłoży się ją na kilka lat (bo tyle będzie trwała budowa elektrowni uzupełniających) i podzieli przez wszystkich odbiorców prądu, to w przeliczeniu na jednego Polaka wyjdzie kilka euro rocznie. W świetle tych danych dość rozpowszechniona opinia, że energetyka wiatrowa jest droga i wspieranie jej rozwoju bardzo dużo nas kosztuje, okazuje się mitem.

Większość węglowych bloków energetycznych jest prawie wyeksploatowana i trzeba je będzie w najbliższych latach wymienić na nowe. Te inwestycje będą finansowane z kredytów, co spowoduje znaczny skok kosztów produkcji prądu w konwencjonalnych instalacjach. Podniesie je też unijna polityka energetyczno-klimatyczna, która zmusi wkrótce właścicieli elektrowni węglowych do zakupu praw do emisji CO2, bo przyznane im bezpłatne limity są za małe.

Jacek Krzemiński

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.