Trzeba inwestować, bo za kilka lat może być problem z zaspokojeniem energetycznych potrzeb. Od tego zależy przyszłość naszego przemysłu
Gospodarka polska się rozwija, zapotrzebowanie na energię rośnie z roku na rok o około 3 proc. Inwestycji może być za mało, by pokryć ubytki mocy. To - przy polskich mocach wytwórczych na poziomie 30 tys. MW - potężny kłopot
Jeśli faktycznie kryzys zapuka do Polski, to nie wiem, czy dotknie nas aż w takim samym stopniu, jak Grecję, Włochy, Portugalię czy Hiszpanię. Bardziej zastanowiłbym się nad scenariuszami, jak będzie wyglądała polska energetyka za kilka lat, gdy nie zrobimy koniecznych inwestycji i modernizacji.
Problem w tym, że 40 proc. polskich elektrowni ma ponad 40 lat i jest technologicznie przestarzałych. Część z bloków w ciągu najbliższych kilku lat będzie musiała zostać wycofana z eksploatacji, co w obecnej sytuacji polskiej energetyki może negatywnie odbić się na przemyśle.
Inwestycji w energetyce - oficjalnie ogłoszonych - jest niewiele. Te planowane bloki w najbliższych latach dadzą zaledwie około 6000 MW. Tylko elektrownie w Opolu, Kozienicach, Ostrołęce, Stalowej Woli, oficjalnie ogłosiły budowę bloków. Tymczasem gospodarka polska się rozwija, zapotrzebowanie na energię rośnie z roku na rok o około 3 proc. Obawiam się więc, że inwestycji może być za mało, by pokryć ubytki mocy. To - przy polskich mocach wytwórczych na poziomie 30 000 MW - potężny kłopot.
Zatem, nawet jeśli będzie spowolnienie gospodarcze i będzie ono miało ujemny wpływ na przemysł, a w konsekwencji zmniejszy się zapotrzebowanie na energię, to Polska i tak stoi przed podjęciem radykalnych decyzji o wymianie starych bloków na nowe, wysokosprawne, budowane w najnowocześniejszych obecnie dostępnych technologiach - tak jak blok, który powstanie do 2016 roku w kierowanej przeze mnie Elektrowni Kozienice. Jesteśmy już na etapie wyboru wykonawcy bloku.
Jeśli mówimy o zagrożeniach związanych z kryzysem, to może warto sprecyzować, dla kogo są to zagrożenia. Moim zdaniem energetyka jest jednym z najbezpieczniejszych sektorów gospodarki. W energetyce raczej nie będzie gorzej niż w całej gospodarce. Firmy z tej branży przetrwają. Można mówić ewentualnie o zmniejszeniu ich zysków, ale nie o sytuacjach kryzysowych.
To, co może ucierpieć, to możliwości podejmowania przez te firmy inwestycji, ewentualnie może wzrosnąć świadomość takich zagrożeń przy podejmowaniu inwestycji. A inwestycje w najbliższych latach będą niezbędne. I z ich realizacją może być problem. 2/3 sektora wytwarzania w Polsce i prawie 100 proc. sektora dystrybucji leży w rękach firm będących pod kontrolą Skarbu Państwa. Na tych firmach skupia się niemalże całość deklarowanych inwestycji. Skala przedsięwzięcia jest ogromna. 30 - 40 proc. mocy w ciągu najbliższych 10 lat jest do wymiany. Niestety - jakkolwiek kryzys mógł nas zaskoczyć - to nie możemy powiedzieć, że zaskoczyła nas konieczność podejmowania inwestycji.
Energetyka w Polsce ma to do siebie, że mniej więcej w jednym czasie ją zbudowano, w jednym czasie się starzeje, a w konsekwencji mniej więcej w tym samym czasie trzeba ją odnawiać. To są interwały mniej więcej 20-letnie. Zbudowano ją w latach 70. - 80., kolejna fala była w latach 90. I teraz nadciąga trzecia fala, dokładnie 20 lat później. Energetyka w Polsce powstała w gospodarce centralnie sterowanej, pierwsza fala modernizacji to kontrakty długoterminowe (KDT). Dziś są jednak ryzyka rynkowe dla tych inwestycji. Kryzys może oznaczać bowiem, że firmom nie będzie się opłacało ich realizować. A to dla Polski realne zagrożenie.
Tym bardziej że skala wyzwań jest ogromna. Świadczy o tym porównanie kosztów inwestycji z kapitalizacją firm je planujących. Jeśli 1000 MW w energetyce węglowej kosztuje mniej więcej 1,5 mld euro, to kapitalizacja PGE to zaledwie sześciokrotność takiej inwestycji. Tymczasem PGE w ciągu najbliższych 10 lat ma się podjąć budowy siedmiu do dziesięciu takich bloków. To samo PGE ma podjąć się realizacji programu energetyki nuklearnej. Tymczasem, skoro 1000 MW w technologii jądrowej kosztuje około 20 mld zł, to cała kapitalizacja PGE to zaledwie niespełna dwa bloki. A pamiętajmy, że spółka ma wybudować nawet 2 - 3 bloki jądrowe, a do tego wspomniane węglowe.
Moim zdaniem to nieporozumienie mówić jednym tchem o blokach węglowych i energetyce nuklearnej. Termin podjęcia inwestycji budowy bloków jądrowych to lata 2020-2030, a zatem okres kolejnej fali odnawiania polskiej energetyki. I to na znacznie większą skalę niż obecnie. Kolejna fala będzie wiązać się bowiem prawdopodobnie z koniecznością zmiany technologii z węglowej na jądrową.
Musimy się zastanowić nad miksem paliwowym. Trzeba otwarcie powiedzieć, że jesteśmy jednym z nielicznych krajów w Europie, który nie rozwinął do tej pory energetyki jądrowej, od której według mnie nie uciekniemy. Polska powinna mieć bloki jądrowe i to nie jeden, ale kilka. Obawy ludzi o bezpieczeństwo w dużej mierze są nieuzasadnione. My się boimy, ale inni nie mają takich obaw i produkują energię tanio. Elektrownia jądrowa w eksploatacji jest bowiem tańsza niż elektrownia konwencjonalna.
Według mnie rozpatrywanie, czy kryzys spowoduje opóźnienia w niezbędnych inwestycjach w polskiej energetyce, czy też nie, dziś nie ma żadnego sensu. Sprawa jest oczywista. Skoro dzisiaj żadna z grup kapitałowych nie wykonuje żadnych inwestycji w tym segmencie, to na pewno nie będzie ich do 2015 roku. Tymczasem zgodnie z unijną dyrektywą o wielkoemisyjnych źródłach, aż 6500 MW ma być wyłączonych w Polsce z dniem 31 grudnia 2015 roku. Deklaracje notarialnie podpisane leżą w kasach pancernych urzędów wojewódzkich. Bez tych deklaracji te 6500 MW już dzisiaj nie mogłoby pracować. Ich emisje są niezgodne z wymogami tej dyrektywy.
Aby mogły one zatem dalej funkcjonować, wynegocjowaliśmy derogację pozwalającą na przedłużenie czasu życia tych bloków o 20 tys. godzin, ale nie dłużej niż do końca 2015 r. Mam dziś pewność, że do tego czasu już nic ich nie zastąpi. Jest zwyczajnie za późno. Blok gazowy buduje się minimum cztery lata od momentu podpisania kontraktu z wykonawcą, a węglowy - 5 lat. I w obu przypadkach, przy dochowaniu takich terminów, moglibyśmy szczycić się supersprawnością i błyskawiczną realizacją tych inwestycji. A według mnie żaden kontrakt nie będzie podpisany, dopóki UE nie powie, który z tych bloków dostanie derogacje, a który nie. Z kolei bez tej wiedzy, żaden z inwestorów nie może zamknąć studium wykonalności, a jak nie może go zamknąć, to nie może pójść do banku po pieniądze.
Na sytuację energetyki w kontekście rysujących się scenariuszy kryzysowych można patrzeć z różnych pozycji. Sytuacja ta wygląda inaczej z punktu widzenia potrzeb energetycznych polskiej gospodarki niż z perspektywy firm sektora energetycznego. Różne spojrzenia na sprawę mają także producenci energii i firmy, które dopiero się zastanawiają, czy zainwestować w ten sektor. W inny sposób oceniają ten problem firmy zagraniczne, a inaczej krajowe.
Z naszego punktu widzenia wygląda to w ten sposób: wchodzimy w energetykę, bo wiemy, że jest potrzebna gospodarce, a za kilka lat może być problem z zaspokojeniem energetycznych potrzeb. Jednocześnie energia jest też potrzebna samemu Orlenowi. Doszliśmy więc do wniosku, że warto zainwestować w elektrownię. Pytanie tylko, jaką elektrownię budować. Aby podjąć taką decyzję, konieczne jest przeanalizowanie długookresowych prognoz relacji cen poszczególnych paliw. I tu pojawia się problem. O ile dość łatwo wyobrazić sobie takie relacje cenowe dla węgla, ropy czy gazu w warunkach przewidywalnych regulacji, to znacznie trudniej uzmysłowić sobie wpływ na te ceny takich regulacji prawnych, szczególnie klimatycznych, o których wiadomo, że nie wytrzymają próby czasu i ulegną zmianie.
To prawda. Europa sama sobie utrudnia rozwój sektora energetycznego, ograniczając emisję gazów, podczas gdy najwięksi truciciele na świecie tego nie robią. Trudno więc mówić o konkurencyjności europejskiej gospodarki, skoro sami sobie nakładamy ograniczenia, a inni o to nie dbają.
Przyszłość przemysłu w Europie zależy od tego, czy realizowana przez Komisję Europejską polityka zostanie uwieńczona sukcesem. Polityka UE to polityka dezindustrializacji. I nie jest to tylko teoria. Taka polityka faktycznie jest wdrażana. Wystarczy spojrzeć na statystyki. Przemysł w takich państwach jak Wlk. Brytania i Francja spadł poniżej 10 proc. udziału w PKB. Znakomita większość PKB pochodzi z usług, z czego większość to usługi niematerialne. Zatem nie polegają one np. na uszyciu garnituru, ale tylko na jego zaprojektowaniu. Garnitur zaprojektowany w Londynie szyty jest w Chinach.
Po 2030 roku wartość dodana przemysłu brytyjskiego ma być ujemna, to znaczy, że w Wielkiej Brytanii będzie funkcjonować tylko ta część przemysłu, która będzie dotowana. Polska jest w większym stopniu krajem produkującym. My produkujemy, inni konsumują, ale to my przy okazji się pocimy, czyli produkujemy dwutlenek węgla. Tylko połowa naszego grzechu polega na tym, że jesteśmy nawęgleni. Druga połowa naszego grzechu wysokiej emisji bierze się stąd, że mam więcej fabryk niż banków. Nie finansujemy, jak londyńskie City, gospodarki światowej. Londyn czerpie z tego korzyści, bo nie emituje. My produkujemy, więc emitujemy. Gdyby jednak do emisji Wlk. Brytanii, która tak się chwali niską emisyjnością, dołożyć tę emisję, która jest sprowokowana przez Anglików, którzy kupują produkty chińskie, to zwiększyłoby to emisję Wlk. Brytanii o 20 proc. Ich czystość okazałaby się wówczas bardzo brudna. Jeśli więc Unii Europejskiej uda się osiągnąć sukces i zlikwiduje przemysł w UE, to zapotrzebowanie na energię spadnie.
Nie wierzę w sukces tej polityki. Polityka klimatyczna UE jest niefinansowalna i ma małe szanse, by Bruksela ją kontynuowała. Nie ujmując nic wadze problemu globalnego ocieplenia, od dawna widzieliśmy, że polityka klimatyczna i energetyczna UE jest raczej tzw. wishfull thinking, czyli myśleniem życzeniowym. Nawet jak nie myśleliśmy jeszcze o kryzysie nadmiernego zadłużenia, który istotnie ogranicza możliwości finansowe UE, wydawało się nam, że ta polityka będzie zmieniona. Uważaliśmy, że może się to stać na dwa sposoby: albo UE przejrzy na oczy i dostosuje regulacje klimatyczne do możliwości finansowych, albo Europa przestanie być konkurencyjna i dojdzie do kryzysu. Wówczas zmiany będą konieczne.
Ale energetyka już jest opodatkowana. Choć oczywiście te obciążenia można zwiększyć.
Popyt w tym sektorze nie jest zbyt elastyczny i jakiekolwiek zaburzenia na rynku powodują gwałtowne wzrosty cen. I nie mówimy o skokach o 10 proc., ale np. 500 proc. W związku z tym w takim scenariuszu ocieramy się już o katastrofę gospodarczą. Stawiamy więc krótkoterminowe zyski w postaci dodatkowego opodatkowania vis a vis taki czarny scenariusz.
Co do idei opodatkowania surowców, to wszędzie na świecie tak się robi. Problem nie leży zatem w tym, czy zostaną opodatkowane surowce kopalne, lecz w tym, czy wprowadzenie takiego opodatkowania zwiększy łączną skalę obciążenia podatkami, co nie byłoby korzystne dla wzrostu gospodarczego. Branża gazu łupkowego dopiero się tworzy, obecnie jest na etapie kosztownych początkowych inwestycji i jeszcze nic nie produkuje. Nie można jej opodatkowywać już na tym etapie i chyba nikt nie ma takiego zamiaru. Wszędzie zwalnia się inwestycje z takich obciążeń, a dopiero gdy ruszy produkcja, myśli się o podatkach.
Jeśli chodzi z kolei o ewentualne opodatkowanie węgla, to przy obecnej strukturze paliwowej polskiej energetyki de facto oznaczałoby to opodatkowanie całej energetyki. A to w zasadzie równoznaczne byłoby z opodatkowaniem przemysłu. To tak, jakbyśmy wprowadzili podatek od działalności przemysłowej.
Kryzys zmusza do obniżania kosztów, zmniejszenia ryzyka i posiadania jasnej strategii funkcjonowania na rynku.
My ograniczyliśmy ryzyka, stawiając w Elektrowni Kozienice na blok węglowy. Robiliśmy to z pełną świadomością. Ryzyko, że ceny paliwa wzrosną, albo wydobycie stanie są w tym przypadku ograniczone. Do elektrowni gazowych podchodzimy z większą ostrożnością. Już widziałem wysokosprawny blok gazowy, na cykl skojarzony, ze sprzedażą ciepła, który padł. Chodzi elektrociepłownię Starachowice. Gaz był drogi, a energia elektryczna tania. Amerykanie nie chcieli dokładać do interesu.
Podchodząc do budowy bloku gazowego, trzeba zrobić dokładne analizy ekonomiczne, budować go jako wysokosprawny, z cyklem skojarzonym, ze sprzedażą ciepła. Tylko wtedy ta sprawność jest na tyle wysoka, że rekompensuje wysokie ceny gazu, które na chwilę obecną są trzy razy większe niż węgla.
Na początku każdego biznesu jest pomysł. Dopiero potem prowadzi się rachunek opłacalności. To, że planujemy budowę elektrowni gazowej, jest efektem naszej strategicznej oceny, że gaz jest dobrym paliwem na przyszłość. Wybraliśmy gaz, ponieważ tego paliwa jest dużo i będzie go coraz więcej skoro już obecnie potrafimy je wydobywać niemal z każdego kawałka skorupy ziemskiej. A skoro jest go dużo, to nie ma powodu, by jego ceny rosły. Wybraliśmy rozwiązanie, które jest ekonomicznie opłacalne, a równocześnie jest korzystne dla klimatu w porównaniu z dostępnymi alternatywami. Zapewnia także bezpieczeństwo dostaw surowca. Kiedyś nie było to takie jasne i z pomysłem budowy elektrowni gazowej wiązało się spore ryzyko. W obecnych warunkach jest ono jednak mniejsze niż ryzyko rezygnacji z posiadania własnej elektrowni czy budowy elektrowni innego rodzaju. Firmy takie jak Orlen nie mają zbyt dużego wyboru i muszą wejść w energetykę. Jednak przy niepewności towarzyszącej europejskim regulacjom w tej branży nie ma mowy o wybieraniu rozwiązań optymalnych. Wybieramy rozwiązania odporne na różne kategorie ryzyka.
Każda grupa musi podjąć decyzję, jak będzie finansowała inwestycje, samodzielnie, w zależności od tego, jakie posiada środki finansowe. Jeśli ktoś ma dużo gotówki i nadpłynność, tak jak jest to w przypadku Enei, będzie inwestował inaczej niż ktoś, kto ma pustą kasę. My mamy w gotówce mniej więcej 30 proc. środków potrzebnych na zbudowanie bloku kosztującego ok. 6 mld zł. Będziemy robili to w oparciu o bilans firmy, przy założeniu, że pozyskamy mniej więcej 70 proc. środków z rynku.
Nie zgadzam się z takim twierdzeniem. Pierwsze bloki polskie grupy kapitałowe wybudują bez problemu. Banki będą się pchały do finansowania takich inwestycji, ponieważ to kredyty z pewnym przychodem. Finansowanie zablokuje się przy następnych.
Nie sądzę, byśmy mieli problem z bankami. Dostaliśmy ofertę od kilkunastu, tylko dwa banki się wycofały. 19 grudnia otworzymy kilkanaście ofert i na pewno będziemy w stanie wybrać z nich taką, która będzie nas satysfakcjonowała. Oczywiście kryzys odbije się na inwestycjach. Jeśli nas dotknie, to naturalnie pożyczki będą droższe. Nie spodziewam się, by ich nie było, ale pozyskanie kapitału będzie kosztowało więcej i wtedy niektóre inwestycje mogą okazać się mniej opłacalne.
Wydaje mi się, że musi się zmienić podejście inwestorów. Jeśli chodzi o finansowanie inwestycji, to pierwszy odruch jest taki, by pójść do banku, albo wyemitować obligacje. Ale na świecie znacznie więksi niż polskie grupy energetyczne wcale nie idą z projektem do banku. Najpierw zastanawiają się, co jest główną działalnością takiej firmy - sieć czy wytwarzanie. Koncerny dziś albo limitują ryzyko i inwestują w sieci, albo maksymalizują wartości i inwestują w segment, który nie ma regulowanego zwrotu, czyli w wytwarzanie. Zatem jeśli chcę inwestować w wytwarzanie i chcę się zachować racjonalnie nie zadłużając się nadmiernie, a mam dużą działalność w zakresie dystrybucji, to ją po prostu sprzedaję. I tak zrobiły na niektórych rynkach m.in. EdF i E.ON.
Jeśli chodzi o restrukturyzację, nie tylko o operacyjną, ale również strategiczną w Polsce, to takie decyzje, na czym się skupiamy, a z czego wychodzimy, wciąż są jeszcze przed nami.
Nie zgadzam się z taką tezą, która była w czasie debaty milcząco przyjmowana, a można ją podsumować jednym zdaniem: energetyka nie padnie. Panowie mówili, że energetyka przetrwa, musi istnieć, nie damy sobie bez niej rady. A to nieprawda.
Proszę zwrócić uwagę, że kiedyś głównym środkiem transportu towarów była kolej, a transporterem pasażerów - dyliżanse. Dziś wiele się zmieniło. Zamiast telefonii stacjonarnej mamy komórki, a zamiast energetyki systemowej za chwilę będziemy mieli energetykę rozproszoną. Ona już zresztą wystartowała, choć jeszcze nie w Polsce. Ale w Wielkiej Brytanii jest prowadzona wielka akcja montowania agregatów kogeneracyjnych - po prostu elektrociepłowni domowych. Głównym organizatorem tej akcji jest British Gas, który powołał specjalną spółkę i przeforsował zmiany w taryfie na tzw. taryfę netto. Te technologie w okolicy 2015-2016 r. będą miały koszty inwestycyjne spłacające się w czasie 6-7 lat. Oznacza to, że kupię sobie kilowat energii fotowoltaicznej i będzie kosztowała mnie ona mniej więcej tyle, ile muszę zapłacić za tę energię z sieci. Zaleta będzie jednak taka, że nikt mi prądu już nie wyłączy. Mogę na stodole zamontować wiatraczek o pionowej osi obrotu, który da mi drugi kilowat, a w piwnicy postawić agregat skojarzony, zasilany gazem ziemnym lub płynnym bądź olejem opałowym. Będzie produkował prąd i ciepło. I to, co dziś nie dociera do zwolenników energetyki systemowej, stanie się faktem. Wiele osób będzie mogło powiedzieć energetyce systemowej po prostu do widzenia. Tak jak wielu ludzi powiedziało do widzenia telefonii stacjonarnej. Oni nie mają telefonów na kabel, tylko noszą komórki. A kiedyś o przyłączenie telefonu trzeba było przecież interweniować w ministerstwie. Takie zmiany zajdą też w energetyce.
@RY1@i02/2011/242/i02.2011.242.16700020b.801.jpg@RY2@
Rafał Siderski
dr Adam Czyżewski, główny ekonomista PKN Orlen
@RY1@i02/2011/242/i02.2011.242.16700020b.802.jpg@RY2@
Rafał Siderski
Krzysztof Zborowski, wiceprezes zarządu Enei ds. wytwarzania
@RY1@i02/2011/242/i02.2011.242.16700020b.803.jpg@RY2@
Rafał Siderski
Piotr Zdrojewski, dyrektor z działu doradztwa biznesowego PwC
@RY1@i02/2011/242/i02.2011.242.16700020b.804.jpg@RY2@
Rafał Siderski
Prof. dr hab. Krzysztof Żmijewski, sekretarz generalny Społecznej Rady Narodowego Programu Redukcji Emisji, Politechnika Warszawska
Debatę prowadził Marcin Piasecki, wydawca "Dziennika Gazety Prawnej"
Relację przygotował Michał Duszczyk
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu