Polityka redukcji emisji gazów cieplarnianych na rozdrożu
Polska wyłamuje się z kolejnych prób podnoszenia celów redukcji emisji gazów cieplarnianych. Powód - naszej gospodarki nie stać na kosztowną walkę o ideały
Zaledwie przed kilkoma dniami delegacje ok. 200 państw uzgodniły na zakończenie 18. konferencji klimatycznej ONZ w Dausze przedłużenie obowiązywania protokołu z Kioto do 2020 r. Wówczas ma już obowiązywać nowa, globalna umowa klimatyczna zawarta do końca 2015 r. Problem w tym, że protokół z Kioto z 1997 r., który obliguje 35 uprzemysłowionych gospodarek do stopniowego ograniczania emisji do atmosfery gazów cieplarnianych i miał wygasnąć z końcem 2012 r., cieszy się coraz mniejszym poparciem. USA, Chiny i Indie - najwięksi emitenci gazów cieplarnianych - już przed piętnastoma laty nie podpisali lub nie ratyfikowali tego dokumentu co powoduje, że jego skuteczność jest problematyczna. Obecne porozumienie zostało dodatkowo osłabione poprzez wycofanie się z niego w Dausze Rosji, Japonii i Kanady.
Kosztowny obowiązek
Protokół wciąż jednak jest jedynym wiążącym porozumieniem klimatycznym dotyczącym zmniejszenia emisji gazów cieplarnianych, choć udział krajów przystępujących do drugiego okresu jego obowiązywania w światowej emisji wynosi 14 proc. Poza UE do Kioto II przystąpiły: Australia, Szwajcaria, Norwegia, Islandia i Monako. W pierwszym okresie rozliczeniowym protokołu z Kioto, który kończy się 2012 r., państwa sygnatariusze zobowiązały się do określonej redukcji emisji CO2. Polska zredukowała emisję gazów cieplarnianych o 30 proc. przy wymaganych 6 proc.
Malejące poparcie dla kosztownego i narzucanego z góry obowiązku redukcji emisji nie dziwi Marcina Korolca, ministra środowiska. Jak dowodzi w całej UE w ramach protokołu z Kioto udało się obniżyć emisję CO2 o 250 mln ton rocznie, podczas gdy pozostające poza porozumieniem i nie mające odpowiednika pakietu klimatyczno-energetycznego USA, dzięki technologii wydobycia gazu łupkowego zredukowały emisję CO2 o 500 mln ton rocznie.
Mapa drogowa
W ramach drugiego okresu obowiązywania Kioto UE zobowiązała się do redukcji emisji CO2 zgodnej ze swoim obecnym celem 20 proc. do 2020 roku, ale - jak zaznaczyła KE w komunikacie: drzwi do zwiększenia redukcji do 30 proc., jeśli będą odpowiednie warunki, pozostały otwarte. Nie dla Polski, która konsekwentnie blokuje zwiększenie celów. Tak jak i przygotowaną przez Komisję Europejską Mapę Drogową 2050. Dokument wskazuje najbardziej pożądane kierunki rozwoju unijnej energetyki, która w ciągu najbliższych niespełna czterdziestu lat powinna zmniejszyć emisję dwutlenku węgla o 80-95 proc. w stosunku do 1990 r., zapewniając jednocześnie stabilne dostawy energii dla całej unijnej gospodarki.
Mapę 2050 ostro krytykuje polski rząd, bo dziś niemal 90 proc. energii wytwarzamy z węgla. - Oznacza ona dla nas koszty nie do przyjęcia i to jest zadanie na dzisiaj, aby przed takimi zmianami się bronić - mówi Tomasz Tomczykiewicz, wiceminister w Ministerstwie Gospodarki.
Pochodzący ze Śląska polityk tłumaczy, że "polski węgiel będzie nadal w miksie energetycznym podstawowym paliwem jeszcze przez dziesiątki lat".
- Nie znaczy to, że nie będzie on wykorzystany w sposób mniej emisyjny niż dzisiaj. Trwają intensywne prace nad tym, aby w inny, bardziej nowoczesny sposób pozyskiwać energię z węgla - tłumaczy, ale zaraz dodaje, że największym problemem dla Polski jest w tej chwili znalezienie pieniędzy na nowoczesne inwestycje energetyczne.
Przed konsekwencjami unijnej polityki klimatycznej przestrzega również Krajowa Izba Gospodarcza (KIG). Jej zdaniem wprowadzenie wytycznych zawartych w Energetycznej Mapie Drogowej 2050 może doprowadzić do trzykrotnego zwiększenia cen energii w hurcie w porównaniu do 2005 r.
- Chodzi o to, żebyśmy naszą politykę gospodarczą, energetyczną prowadzili w sposób minimalizujący koszty. By nie robić rzeczy, na które w żadnym przypadku nie stać Polski i naszej gospodarki, która wówczas bardzo obniżyłaby swoją konkurencyjność - kwituje Andrzej Arendarski, prezes KIG.
Kalendarz aukcji
KE nie mogąc przekonać wszystkich krajów do swojej polityki, proponuje zmiany w kalendarzu aukcji CO2 w celu podwyżki cen uprawnień, co w wielu krajach odbierane jest jako pierwszy krok w kierunku wycofania części uprawnień CO2 z rynku. To podstawowe narzędzie polityki klimatycznej w myśl zasady: emitujesz - płacisz.
Na decyzje czekają polskie firmy energetyczne i kilkanaście milionów klientów.
- Koszty związane z polityką klimatyczną przekładają się na cenę energii - mówi Dariusz Lubera, prezes Tauronu, drugiego pod względem produkcji energii i pierwszego pod względem liczby klientów gracza na polskim rynku energii.
To także spółka, która ponad 90 proc. energii wytwarza z węgla kamiennego, obłożonego największym ekopodatkiem. Za emisję CO2 w 2013 r., pierwszym roku, w którym energetyka nie otrzyma darmowych uprawnień dla całości CO2, koncern zapłaci ok. 300 mln zł. A przecież 1 EUA uprawniające do wyemitowania 1 tony CO2 kosztuje 6-7 euro. Jeśli jego cena, tak jak chce KE, podskoczy do 30 euro, Tauron będzie musiał poszukać w kieszeniach klientów nie 300, ale ponad 1 mld zł.
@RY1@i02/2012/242/i02.2012.242.167000100.802.jpg@RY2@
Z czego UE produkuje energię elektryczną
Maciej Szczepaniuk
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu