Dziennik Gazeta Prawana logo

Europa na naftowym zakręcie

1 lipca 2018

Sektor rafineryjny na naszym kontynencie znalazł się w kryzysie i odwrócenie tego trendu wydaje się dziś mało realne. Polskie koncerny, które unowocześniły instalacje produkcyjne, na tym tle radzą sobie wyjątkowo dobrze

Spowolnienie gospodarcze w krajach Unii Europejskiej, nadpodaż mocy rafineryjnych, kontrowersyjna polityka klimatyczna, a także rosnąca konkurencja producentów paliw z Rosji i Bliskiego Wschodu oraz rewolucja łupkowa w USA spowodowały, że sytuacja europejskiego sektora naftowego w ciągu ostatnich lat stała niezwykle trudna. Z uwagi na kurczące się marże biznes przestał być opłacalny, jak jeszcze dekadę wcześniej. Niska rentowność sektora sprawiła, że wiele firm sprzedaje lub likwiduje swoje aktywa rafineryjne. - W ciągu ostatnich pięciu lat wyłączono 15 zakładów, co w efekcie doprowadziło do zredukowania mocy produkcyjnych o 8 proc. - alarmował pod koniec listopada, podczas Forum Przemysłu Rafineryjnego w Brukseli, Martin Carlson, członek komitetu wykonawczego organizacji Europia (zrzesza przedstawicieli sektora naftowego Unii Europejskiej). Układ sił na naftowej mapie świata w ciągu ostatnich dziesięcioleci zmienił się niemal o 180 stopni. Jeszcze w pierwszej połowie lat 70. kraje Wspólnoty miały 30 proc. światowych mocy przerobowych, dzisiaj - zaledwie 16 proc. W tym czasie np. udział Chin urósł z 1 do 12 proc.

UE oddaje pole

W krajach Unii działa obecnie ok. 80 rafinerii. Najwięcej we Włoszech (12) i Niemczech (11). Polsce, podobnie jak w Czechach czy Portugalii, funkcjonują po dwie duże rafinerie. Szacuje się, że łączne moce przerobowe europejskich instalacji przekraczają 700 mln ton ropy rocznie. Tylko w zeszłym roku ich produkcja spadła poniżej 80 proc. możliwości. Jak wynika z analiz AT Kearney, do 2021 r. nawet co piąta z europejskich rafinerii zostanie zamknięta, a moce produkcyjne na kontynencie spadną o 20 proc.

Polski przemysł naftowy wydaje się jednak niezagrożony. - Jesteśmy w bardziej komfortowej sytuacji niż reszta Europy, bo nasze rafinerie są stosunkowo młode, nowoczesne i choć cierpią na spadek marż rafineryjnych, to mają rynek zbytu na swoje produkty - potwierdza Robert Gwiazdowski, ekspert Centrum im. Adama Smitha. Poza tym rodzime koncerny przestawiły akcenty z przerobu ropy na poszukiwania i wydobycie.

Eksperci nie mają wątpliwości, że jeśli Unia Europejska nie podejmie teraz stanowczych kroków, by ocalić ten sektor, przemysł rafineryjny na naszym kontynencie czeka dalsza erozja. - Musimy zdecydować się na aktywne działanie, bo wkrótce będzie za późno. Tu chodzi zarówno o miejsca pracy, jak i bezpieczeństwo dostaw paliw. Unijne rafinerie dostarczają bowiem nie tylko ponad 90 proc. paliw wykorzystywanych w transporcie, ale są też kluczowym ogniwem europejskiego sektora petrochemicznego - tłumaczy Martin Carlson.

Niestety, w dużej mierze to właśnie dzięki Brukseli europejskie rafinerie stają w obliczu poważnego ryzyka dalszej działalności. Mimo że tak wiele czynników makroekonomicznych negatywnie wpływa na kondycję europejskiej branży naftowej, to właśnie unijne wymagania dotyczące produkcji biopaliw czy ograniczenia emisji dwutlenku węgla stanowią dla branży dodatkowe wyzwania. Eksperci coraz częściej stawiają pytania o sens i celowość inwestycji w rafineriach na terenie UE, które oznaczają gigantyczne wydatki, podczas gdy po sąsiedzku - w krajach spoza Unii - działają zakłady, które nie muszą ich dokonywać, bo nie muszą też spełniać rygorystycznych wymagań w zakresie ochrony środowiska.

I to właśnie firmy spoza UE starają się wykorzystać słabość europejskiego sektora rafineryjnego. Koncerny rosyjskie kontrolują już prawie jedną piątą rynku rafineryjnego w Niemczech i wciąż planują rozszerzać swoje inwestycje. Obecne są także m.in. we Włoszech czy na Bałkanach. Ich ekspansji sprzyjają nowo uruchomione trasy przesyłowe (ropociąg BTS 2 i port naftowy w Ust-Łudze), pozwalające dostarczać coraz większą ilość surowca do zakładów na terytorium Unii. Analitycy twierdzą, że europejskie aktywa produkcyjne od paru lat znajdują się nie tylko na celowniku Łukoilu, Gunvoru czy Rosneftu, ale również kapitału z Bliskiego Wschodu. Zdaniem Tomasza Chmala, eksperta Instytutu Sobieskiego, to niebezpieczne zjawisko, ponieważ Arabowie, którzy szukają okazji do zakupu rafinerii, nie mają w planach kontynuowania ich działalności. Jak podkreśla, zależy im na przekształceniu ich w parki zbiornikowe. - Paliwa miałyby być produkowane w krajach arabskich. Już tam zresztą powstają lub projektowane są gigantyczne rafinerie, które mają eksportować gotowe paliwa do Europy - dodaje.

Trzeba inwestować

Przerób ropy i produkcja paliw były dawniej jednym z motorów napędowych unijnej gospodarki, dzisiaj ta gałąź przemysłu straciła swoją siłę. Jednym z powodów tego stanu rzeczy jest spadek popytu. Jak tłumaczył niedawno Zsolt Hernadi, prezes węgierskiego koncernu MOL, mamy obecnie do czynienia z istotną nadpodażą mocy produkcyjnych europejskich rafinerii. Według niego w tej sytuacji rafinerie, które nie pójdą w stronę poprawy efektywności, znikną z rynku. Maciej Gierej, były szef Nafty Polskiej uważa, że część mocy produkcyjnych będzie jeszcze zlikwidowanych, a w ich miejsce pojawią się nowe instalacje, z najnowocześniejszymi technologiami. Jego zdaniem ten kierunek obiera dziś coraz więcej koncernów w regionie. - Total ogłosił już, że za 1,5 roku zamknie jedną z europejskich instalacji o mocy 350 tys. ton. W to miejsce wybuduje jednak nowy zakład, z nowoczesnymi rozwiązaniami technologicznymi - wyjaśnia.

Eksperci przekonują, że kluczowe jest również przestawienie mocy rafineryjnych w UE z wytwarzania benzyny, na produkcję oleju napędowego. To z kolei będzie wymagało sporych inwestycji. Zachodnioeuropejskie rafinerie nastawione są przede wszystkim na dostawy benzyn. Wynika to z zaszłości historycznych, kiedy ten gatunek paliwa dominował na europejskich drogach. Od ok. 10 lat zapotrzebowanie jednak spada, więc mamy nadprodukcję tego paliwa. Benzynę musimy więc eksportować. Towarzyszy temu niedobór oleju napędowego, którego popularność rośnie. Nawet jedną trzecią diesla trzeba więc importować. Polska jest w trochę innej sytuacji - produkcja lokalnych rafinerii zabezpiecza popyt w kraju w 105 proc. Mamy do czynienia ze stałym nadmiarem benzyn, które są eksportowane, natomiast olej napędowy podlega wahaniom sezonowym. W takiej sytuacji sezonowy niedobór diesla musimy łatać importem.

Rewolucja zza oceanu

Łupkowa rewolucja w Stanach Zjednoczonych to kolejne wyzwanie, z którym musi się zmierzyć europejski sektor naftowy. Wydobycie niekonwencjonalnego surowca sprawiło, że w ciągu kilku lat USA wyrosły na kluczowego producenta ropy i gazu na świecie. Ceny gazu łupkowego są rekordowo niskie. W konsekwencji tani surowiec jak magnes zaczął przyciągać inwestorów z różnych sektorów. Zaczęły powstawać nowe fabryki, rafinerie, zakłady petrochemiczne. Niektórzy zaczęli mówić nawet o zjawisku reindustrializacji. - Produkcję przenosi się tam, gdzie są surowce. Nic dziwnego więc, że np. w Ameryce Płd. rozbiera się całe instalacje i wywozi do USA - mówi Andreas Golombek, prezes Lurgi SA z Grupy Air Liquide.

To sprawia, że Amerykanie nie tylko stają się samowystarczalni z punktu widzenia zaopatrzenia w surowce i paliwa (nie będą kupować nadwyżek benzyny z Europy), ale wkrótce - dzięki eksportowi - doprowadzą do rewolucji na innych rynkach. Jak wynika z raportu Międzynarodowej Agencji Energii, rosnąca produkcja ciekłych frakcji gazu, ale także promowanych przez UE biopaliw oraz paliw ciekłych uzyskiwanych z węgla i gazu, może skutkować kolejną falą zamknięć rafinerii. Coraz więcej produktów naftowych dotrze do konsumentów bowiem bez potrzeby przejścia przez system rafineryjny. Z raportu World Energy Outlook wynika, że Europa - gdzie popyt się kurczy - ucierpi najmocniej. "Punkt ciężkości zużycia ropy przenoszony jest w stronę Azji i Bliskiego Wschodu, a to będzie sprzyjać ciągłemu wzrostowi mocy przerobowych właśnie w tych regionach. W tym czasie w wielu krajach OECD zintensyfikowana zostanie presja na zmniejszanie mocy przerobowych rafinerii" - czytamy w raporcie.

Z analiz MAE wynika, że do 2035 r. zagrożona będzie moc przerobowa rafinerii na poziomie niemal 10 mln baryłek dziennie, przy czym największe ryzyko będzie dotyczyć zakładów właśnie na naszym kontynencie. Analitycy twierdzą, że nowa geografia popytu i podaży oznaczać będzie przekierowanie handlu ropą naftową w kierunku rynków azjatyckich. "Zapotrzebowanie Ameryki Północnej na import ropy niemal zniknie do 2035 r., a region ten będzie istotnym eksporterem produktów naftowych. Azja z kolei stanie się bezdyskusyjnym centrum światowego handlu ropą" - wieszczy MAE.

@RY1@i02/2013/240/i02.2013.240.00000110b.802.jpg@RY2@

Rynek naftowy w Europie

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.