Japonia: energooszczędność to prestiż
Oszczędzanie energii to dla przeciętnego Japończyka nie tylko narodowy obyczaj. To także akt patriotyzmu, a dla japońskich firm - prestiż. Pionierskie rozwiązania w tej dziedzinie, które Japończycy zaczęli wprowadzać już 30 lat temu, przyniosły niezwykłe efekty
Przemysł Kraju Kwitnącej Wiśni jest cztery razy mniej energochłonny od przemysłu polskiego (do wytworzenia dowolnego produktu potrzebuje średnio czterokrotnie mniej energii). Zaś zwykli Japończycy do tematu oszczędzania energii podchodzą z niemal nabożną czcią. W zimie w ich mieszkaniach jest dużo chłodniej niż u Europejczyków czy Amerykanów, a latem chodzą do biura bez marynarki i bez krawata, żeby nie korzystać nadmiernie z klimatyzacji.
Energetyczni menedżerowie
To wszystko zaczęło się w latach 70. XX w., od światowego kryzysu energetycznego. Ówczesny drastyczny wzrost cen ropy bardzo mocno uderzył w przemysł tego kraju, ale i w zwykłych Japończyków, na ogół ogrzewających domy, produkowanym właśnie z tego surowca olejem opałowym. Mieszkańcy Japonii dopiero wtedy uświadomili sobie, jak bardzo uzależnili się od importu ropy (zaspokajała ona 80 proc. potrzeb energetycznych tego państwa) i innych surowców energetycznych. Bo własnych prawie nie mieli. Wymyślili więc, że najlepszym ratunkiem będzie po prostu oszczędzanie energii.
W 1979 r. uchwalili pierwsze ustawy, mające nakłaniać firmy do mniejszej konsumpcji prądu, gazu czy ropy. Energochłonne fabryki musiały zatrudnić tzw. energetycznego menedżera, przesyłać odpowiednim ministerstwom plany oszczędzania energii i okresowe raporty, jak się z tych planów wywiązują (maruderom groziły kary). Podobne obowiązki nałożono na właścicieli dużych budynków (powyżej 2 tys. mkw.), których objęły też normy zużycia energii. Potem podobnych regulacji ciągle przybywało. Rząd organizował społeczne kampanie poświęcone tej tematyce, wprowadził nawet miesiąc i dzień oszczędzania energii. Firmom fundował audyty energetyczne, dotował inwestycje, mające zmniejszyć zużycie prądu czy ropy. Japończycy zaczęli nawet organizować konkurs, za pośrednictwem słynnego japońskiego Ministerstwa Gospodarki, Handlu i Przemysłu, na najbardziej energooszczędne przedsięwzięcia. Startowały w nim najbardziej renomowane koncerny z tego kraju: Toyota, Honda czy Sony. Dla japońskich firm oszczędzanie energii stało się dowodem patriotyzmu i źródłem prestiżu.
Kolektory słoneczne itp.
W 1997 r. pojawił się nowy impuls. To wtedy wiele krajów podpisało protokół z Kioto, którego Japonia była jednym z głównych inicjatorów. Sygnujące go państwa, w ramach walki z globalnym ociepleniem, zobowiązały się do zmniejszenia emisji gazów cieplarnianych. Jednym z najlepszych na to patentów jest po prostu niższe zużycie energii. Japoński rząd zaproponował więc kolejne zachęty, które miały uczynić mieszkańców tego kraju "energetycznymi skąpcami". Przeznaczył ponad miliard dolarów na dotacje dla tych, którzy zainstalują na dachach swych domów kolektory słoneczne. Skorzystały z nich dziesiątki tysięcy Japończyków. Premier Junichiro Koizumi rzucił hasło, żeby w najgorętsze dni przychodzić do pracy bez marynarki i bez krawata i dzięki temu zmniejszyć zużycie prądu przez klimatyzację. Wielu Japończykom się to spodobało i zaczęli stosować ten zwyczaj. W końcu już wcześniej oszczędzali na rachunkach za energię, obniżając zimą temperaturę w swych domach i mieszkaniach (nocą nawet do 10 st. C).
Efekty takiej polityki przeszły najśmielsze oczekiwania. Mimo, że produkcja w Japonii od 1973 roku zwiększyła się trzykrotnie, to zużycie energii w przemyśle pozostało prawie na tym samym poziomie (na początku lat 70. XX wieku udział fabryk w konsumpcji prądu i paliw w Japonii sięgał 65 proc., a do 2007 r. spadł do 44 proc.). Jak grzyby po deszczu wyrastały tzw. ESCOs, czyli energy service companies, które podpowiadały przedsiębiorcom, jak zmniejszyć rachunki za prąd czy gaz (okazało się, że w przeciętnej fabryce można było je ściąć bez żadnych kosztów o 10 proc., np. zmniejszając ciśnienie w rurach przesyłających sprężone powietrze), pomagały też zdobyć pieniądze na potrzebne w tym celu inwestycje i zawiadywały całym projektem. Ich wynagrodzenie zależało od uzyskanych oszczędności. Średnie zużycie paliwa w japońskich autach na kilometr spadło tylko w latach 90. XX wieku o 13 proc.
Nie było w tym nic nadzwyczajnego, jeśli wziąć po uwagę, że Japończycy stali się też światowymi liderami w produkcji najbardziej energooszczędnych urządzeń. A to dlatego, że rząd zaczął narzucać wytwórcom i importerom - w ramach programu Top Runner - coraz bardziej wyśrubowane normy zużycia energii dla wybranych produktów (m.in. aut, telewizorów i klimatyzatorów) sprzedawanych w Japonii. Polegało to na tym, że każdy nowo wprowadzany produkt musiał zużywać mniej prądu czy paliwa od tych już obecnych na rynku. Producenci i sprzedawcy musieli też informować klientów, jak zaoszczędzić na energii. Podobnie jak handlujące nią firmy.
Efekty tych wszystkich posunięć przeszły najśmielsze oczekiwania. Dzięki nim Japonia może szczycić się dziś mianem jednego z najbardziej energooszczędnych krajów na świecie.
Jacek Krzemiński
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu