Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Do Polski trafia węgiel z okupowanego Donbasu

4 października 2017

Surowiec wydobywany jest na kontrolowanych przez separatystów terytoriach Ukrainy. Potem, w Rosji, dostaje fałszywą dokumentację, a następnie wywozi się go do UE. Zyski ze sprzedaży trafiają m.in. do kieszeni Ihora Płotnyckiego, szefa samozwańczej Ługańskiej Republiki Ludowej

Antracyt, czyli najbardziej energetyczny rodzaj węgla, sprowadza nad Wisłę spółka Doncoaltrade zarejestrowana przy ul. Barbary w Katowicach. Jej prezesem i większościowym akcjonariuszem jest Ołeksandr Melnyczuk. Przez pewien czas był on wiceministrem paliw, energetyki i przemysłu węglowego w ŁRL (Płotnycki sam określał go tym mianem jeszcze w 2015 r.). Nie wiadomo jednak, czy nadal pełni tę funkcję. Ługańsk odmówił nam odpowiedzi na to pytanie.

Oprócz Melnyczuka w KRS jako udziałowiec Doncoaltrade figuruje Roman Ziukow, syn Jurija, byłego dwukrotnego wiceministra energetyki i przemysłu węglowego Ukrainy. - Do wybuchu wojny Roman Ziukow był wspólnikiem Ołeksandra Melnyczuka w Doncoaltrade - przyznaje w rozmowie z DGP Kyryło Meszkowski, asystent Jurija Ziukowa. Zaraz jednak dodaje, że obecnie syn wiceministra nie ma już nic wspólnego z tym biznesem. Jego udziały na początku 2014 r. przejąć miał Melnyczuk. - To terrorysta, który kocha pieniądze ponad wszystko - opisuje go Meszkowski.

W jaki sposób węgiel trafia spod zrewoltowanego Ługańska do Polski? Melnyczuk wysyła do Rosji (tam także ma firmy) surowiec pochodzący z kontrolowanych przez siebie kopalń oraz skupowany od ludzi zajmujących się w ŁRL kopankami (biedaszybami i nielegalnymi zakładami wydobywczymi). Według ukraińskich mediów mafijni właściciele kopanek sprzedają antracyt po 22 dol. za tonę, podczas gdy jego oficjalna cena na polskiej granicy to 140 dol.

Odtworzony schemat potwierdził nam Pawło Łysianski, były wicedyrektor dwóch kopalń w obwodzie ługańskim, a obecnie kierownik Wschodniej Grupy Obrony Praw Człowieka.

Rosjanie traktują towar jako import z Ukrainy, bo firma, która go wywozi, jest formalnie zarejestrowana w Kijowie. Ukraina uznaje to za przemyt, ponieważ nie ma kontroli nad granicą ani eksportem z ŁRL.

Nie wiadomo, jaka część paliwa trafiała bądź nadal trafia do Polski. Oszacowanie procederu utrudnia choćby to, że całego schematu nie można uznać za przemyt. Zakaz importu obejmuje tylko Krym, a nie inne okupowane przez Rosjan tereny Ukrainy. Łysianski wyliczył jednak, że z każdej tony, jaką Melnyczuk sprzedawał na Ukrainę właściwą, do kieszeni przywódcy ŁRL, czyli Ihora Płotnyckiego, trafiało 500 hrywien (70 zł). Watażka zarabia także na surowcu eksportowanym poza Ukrainę.

Karolina Baca-Pogorzelska

Michał Potocki

dgp@infor.pl

A5

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.