Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Biznes

Grzechy zaniedbania

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 7 minut

Wszystko jedno, jak to nazwiemy: upadkiem etyki bankowej czy brakiem zarządzania ryzykiem, piramida finansowa Madoffa to także dzieło Wall Street

to był kolejny marny rok dla Wall Street. W dodatku kończy się samobójstwem popełnionym przez Marka Madoffa, syna oszusta, w dwa lata po aresztowaniu jego ojca.

Do tragedii doszło, kiedy Irving Picard, powiernik odpowiedzialny za likwidację firmy inwestycyjnej Berniego Madoffa, rozsyłał 60 ostatnich pozwów przeciwko dużym bankom, funduszom hedgingowym i innym podmiotom, domagając się 40 mld dol. odszkodowań za ich rolę w aferze. Oskarżał między innymi członków rodziny, że zachowali się nieodpowiedzialnie, nie wpadając na trop oszustwa. Na początku tego roku żona Marka, Stephanie, zmieniła nazwisko swoje i ich dzieci, by uciec od odium, jakie spadło na nazwisko Madoff. Picard stara się je powiązać z tak wieloma instytucjami, jak to możliwe, w tym dużymi bankami w rodzaju HSBC, JPMorgan Chase i UBS, z których każdy odgrywał rolę wspomagającą w konstruowaniu piramidy finansowej wszech czasów.

Grzechy Wall Street są mniej poważne niż Berniego Madoffa - chodzi o zaniedbywanie obowiązków i nadużywanie zaufania inwestorów, a nie celową kradzież ich pieniędzy. Jednak sprawa Madoffa dostarcza wiele dowodów na naginanie zasad i przymykanie oczu w pogoni za zyskami.

- W tych instytucjach finansowych był jeden departament inwestujący w Madoffa i drugi kupujący papiery zabezpieczone hipotecznie. Oba przynosiły atrakcyjne zwroty. I w obu przypadkach słyszało się: "Chcemy tego, mimo że powinniśmy być sceptyczni" - mówi John Coffee, profesor prawa z Columbia University.

Im bardziej znany bank, tym mniejszą rolę odgrywał w przekręcie. Na przykład Sonja Kohn, która kierowała mało znanym Bankiem Medici, jest oskarżana przez Picarda o bycie kryminalną wspólniczką oszusta poprzez napędzanie europejskich inwestorów do jego piramidy (czemu zaprzecza). Duże banki w większości trzymały depozyty i zarządzały funduszami.

Picard chce sięgnąć do głębokich kieszeni, bo instytucje nadzorujące, takie jak HSBC i UBS, miały mniejsze obowiązki powiernicze niż zarządzający funduszami lub sprzedawcy rekomendujący fundusze Madoffa. Nadzorca nie może być pociągnięty do odpowiedzialności za to, jak inwestowane były fundusze i czy przynosiły zyski czy straty. Każdy jednak powinien wykonywać swoje zadanie, a zarówno HSBC, jak i UBS przetransferowały wiele swoich obowiązków na instytucje im podległe. Zazwyczaj nie ma w tym niczego nagannego - banki często tak robią na małych rynkach, gdzie są słabo reprezentowane albo w ogóle nieobecne - jednak w tym przypadku rynkiem były USA, a instytucją podległą sam Madoff. Biorąc pod uwagę, że nadzór stanowi część zabezpieczenia przed oszustwem, trudno to nazwać najlepszą praktyką. Sytuacji nie poprawia też to, że UBS prosił niektórych inwestorów o podpisywanie dodatkowego kontraktu zabezpieczającego go na taką okoliczność, a HSBC był ostrzegany przed ryzykiem oszustwa przez firmę doradczą KPMG.

Nikt nie wiedział dokładnie, co robi Madoff, ale niektórzy na Wall Street podejrzewali, że albo spłaca starych klientów pieniędzmi nowych, albo buduje piramidę finansową. Dział bankowości prywatnej UBS nie polecał go swoim klientom. A Picard oskarża Citigroup, że ograniczyła ona swoje zaangażowanie po spotkaniu z Harrym Markopolosem, który miał podejrzenia wobec Madoffa.

Picard zdaje się poruszać po grząskim gruncie. Domniemanie, że którykolwiek z banków powinien był wiedzieć, to nie to samo co faktyczna wiedza o oszustwie. Jednak w świetle prawa upadłościowego i w odbiorze opinii publicznej ani jedno, ani drugie nie wygląda dobrze.

Zaangażowanie Wall Street w interesy Madoffa było spektakularnym przykładem upadku etyki i zarządzania ryzykiem podczas hossy. Zbyt często banki chętnie pobierały prowizje od tego, co błędnie uważały za działania obarczone niskim ryzykiem, niewymagające absorbowania przepisowego kapitału.

W takich czasach łatwo o nostalgię za staromodnymi bankierami, którzy nigdy nie pożyczali pieniędzy ludziom, co do których nie mieli pewności, że będą w stanie je zwrócić. Nie jest to jednak wyłącznie kwestia etyki, ale podstawowego stwierdzenia, że bankowość opiera się na dźwigni finansowej, w której zwrot z aktywów jest niski, a ryzyko kapitałowe wysokie. Wiele banków wierzyło, że uniknęło tego problemu dzięki pobieraniu prowizji od takich operacji jak sekurytyzacja aktywów i nadzór. Inwestorzy płacili im za sekurytyzację aktywów lub trzymanie ich w bezpiecznym miejscu, a jednocześnie ryzyko straty było transferowane. Pieniądze innych ludzi stawały się problemem innych ludzi.

I co się okazało? Ryzyko tak naprawdę nigdy nie zniknęło. Kiedy nadszedł kryzys, banki odkryły, że aktywa wciąż znajdują się w ich bilansach albo że sztuczki uderzają w nich samych w postaci utraconej reputacji. - Nawet jeżeli nie ma odpowiedzialności prawnej, to była nieodpowiedzialność i brak rozsądku - mówi Mauro Guillen, profesor zarządzania z Wharton School.

Wszystko jedno, jak to nazwiemy: upadkiem etyki bankowej czy brakiem zarządzania ryzykiem, rachunek tak czy inaczej jest wysoki.

Tłum. TK

John Gapper

© The Financial Times Limited 2010. All Rights Reserved

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.