Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Biznes

Biznes szyty na miarę

Ten tekst przeczytasz w 6 minut

W Polsce są luksusowe samochody i wina z najwyższej półki, jednak zamożny mężczyzna nie ma gdzie wydać pieniędzy na garnitur. Dlatego przyszłość należy do dobrych pracowni krawieckich

Wprawne oko od razu wychwyci garnitur szyty na miarę. W niektórych kręgach - biznesowych, prawniczych, dyplomatycznych - nie wypada pojawić się w innym. Tam nie wystarczy Armani, Zegna czy Boss, tam trzeba mieć niepowtarzalny model, idealnie dopasowany do sylwetki. Dlatego sztuka szycia garniturów na miarę to dziś zajęcie, które trafia w rynkową niszę. Dostrzegają ją już nie tylko potomkowie starych krawieckich rodów, ale i nowicjusze w tej branży, którzy chcą dołączyć do zacnego grona.

Przy ulicy Nowogrodzkiej, w starej części Warszawy, na parterze narożnej kamienicy szyld "Krawiec Zaremba". Za drzwiami wnętrze, które wygląda tak, jakby za chwilę miano kręcić zdjęcia do filmu "Lalka". Szeroka lada, na niej rozłożone płachty wełny i flaneli, z tyłu półki z próbkami materiałów oprawionymi w drewniane ramki. Manekiny w klasycznych marynarkach, na ścianach dyplomy. Kolorystyka ścian stonowana, beżowa, staromodne fotele obite granatowo-złotym materiałem, zgodnym z barwami logo zakładu, który istnieje od 1894 r.

Na drugim końcu Nowogrodzkiej jedno z mieszkań na drugim piętrze wygląda tak, jakby zaraz miała rozpocząć się tu sesja zdjęciowa do luksusowego magazynu o modzie. Największy pokój oświetlony jaskrawym światłem z reflektora. Pod ścianami manekiny w marynarkach z oryginalnym sznytem, w centralnym miejscu wielka niebieska deska do prasowania. W pokoju obok maszyny do szycia i cztery krawcowe, a w następnym przepych - wielka czerwona kanapa, kryształowy żyrandol oraz krawieckie lustro pośród dziesiątek bel materiałów. Błysk lamp, fiolet podszewek i kaszmir na manekinach.

Właściciele obu firm zajmują się tym samym - szyciem na miarę garniturów i płaszczy. A więc zarabianiem na męskim luksusie. Choć dotarli do tego celu różnymi drogami, obaj w staromodnej sztuce krawiectwa męskiego widzą jasną przyszłość biznesową.

Maciej Zaremba pomysł na życie dostał w spadku. Zakład krawiecki założył jego przodek Edward Zaremba, a firma przechodzi z pokolenia na pokolenie: Maciej przejął ją po ojcu.

U Zaremby szyli ubrania artyści z Kabaretu Starszych Panów, Zbigniew Herbert, Józef Cyrankiewicz. Przed wojną przybył tu z błyskawicznym zamówieniem Jan Kiepura, który zażądał garnituru na następny dzień. Krawiec odmówił jednak światowej sławy artyście: - Może tak szyją w Ameryce, ale na pewno nie u Zaremby - odparł z godnością.

Bo u Zaremby, czyli w zakładzie działającym zgodnie z regułami bespoke tailoring, a więc światowymi zasadami szycia na miarę, garnitur powstaje osiem tygodni. Tak było za dziadka, tak jest za wnuka. W garniturze wszystko musi być doskonale dopasowane, zdejmując miarę na marynarkę, bierze się nawet pod uwagę kształt klatki piersiowej, a także wszystkie defekty sylwetki czy dysproporcje, jak choćby różnica długości między jedną ręką a drugą. Brzegi marynarki, kanty klap mają być szyte ręcznie, w taki sposób przyszywa się podszewkę, obszywa patki, kieszenie, dziurki do guzików, wstawia rękawy, kołnierz i klapy. Od tych szczegółów zależy, jak marynarka się układa. - Tylko 20 proc. szwów wykonujemy maszynowo - mówi Zaremba.

Dziś ubierają się u niego znani z elegancji ministrowie, dyplomaci, prawnicy, prezesi wielkich korporacji, znani bogacze, czyli ci, którzy garnituru dobrej klasy potrzebują do pracy. I starzy warszawscy mieszczanie, przejmujący nawyk szycia garnituru na miarę wraz z rodowymi srebrami.

Maciej Zaremba, człowiek jeszcze przed trzydziestką, z wykształcenia psycholog biznesu, swoją grupę docelową określa jako mężczyzn między 35. a 55. rokiem życia, zarabiających co najmniej 20 tys. zł miesięcznie. Właśnie tacy gwarantują ciągłość zamówień. - Zazwyczaj przychodzą raz na rok i zamawiają od razu 5 - 6 garniturów, bo nie mają czasu fatygować się po jeden - mówi Zaremba.

W latach 90. mężczyzna, który przychodził do rodzinnego zakładu, był średnio o 10 lat starszy. Pojawiał się dlatego, że w jego rodzinie zawsze "odszywano się" u dobrych krawców albo dlatego, że miał nietypową sylwetkę. Średnio z zakładu wychodziło 5 garniturów czy płaszczy miesięcznie. Dziś szyje się ich 15 na miesiąc, a więc trzy razy więcej. Dlaczego? - Rośnie wśród Polaków świadomość stroju - mówi Wojciech Szarski, założyciel pierwszego w Polsce blogu MacaroniTomato, poświęconego klasycznej męskiej elegancji. Ponadto, jak dodaje, zadziałały reguły rynku. W połowie lat 90. do Polski weszły znane, wysokiej klasy marki odzieży dla mężczyzn. Zachłyśnięci nimi klienci za szczyt elegancji uznawali ubieranie się właśnie w tych sklepach. Jednak, według rankingu przygotowanego niedawno przez pismo "The Economist" od tamtej pory w Polsce nie przybyło zbyt wielu męskich marek z wysokiej półki. Są luksusowe samochody, ale ekskluzywne garnitury sprzedaje u nas 30 proc. światowych kreatorów. Poza tym na całym świecie obserwowany jest właśnie trend szycia na miarę: dzieje się tak nawet w stolicy męskiej elegancji, Neapolu. Tamtejszy potentat w dziedzinie bespoke, Luca Rubinacci, szyje 1200 garniturów rocznie. Jeden kosztuje najmniej 4,5 tys. euro. U Zaremby ceny zaczynają się od 6 tys. zł. Są więc niemal trzykrotnie niższe, dlatego chętnie szyją u niego klienci z zagranicy.

Jarosław Adamczak, 31-letni właściciel zakładu Rudolf & Co., tego przy drugim, nowszym końcu ul. Nowogrodzkiej, skończył Szkołę Główną Handlową w Warszawie i jeszcze dwa lata temu z krawiectwem miał tyle wspólnego, co z uszytym ręcznie płaszczem po dziadku znalezionym w szafie. Moda była mu jednak bliska - po studiach związał się zawodowo z firmami projektującymi ubrania i z modelingiem. Wciągnęło go to, został stylistą i modelem. Doradzał biznesmenom, jak się ubierać, aż odkrył, że lepiej można zarobić, szyjąc garnitury na zamówienie, niż szukając odpowiednich okazów w sklepach. Zwłaszcza że wybór jest niewielki.

I tak dwa lata temu powstała jego firma. W pracowni Adamczaka szyje się garnitury według indywidualnych wykrojów, z dobranych na miejscu materiałów. Tyle że tu luźniej podchodzi się do stylu niż u klasycznego Zaremby. Adamczak pozwala sobie na śmielsze kolory i wzory. Choć do niego także przychodzi biznes, to raczej taki, który może sobie pozwolić na pewną swobodę. Grupa docelowa Adamczaka ma 35 - 45 lat, częściej niż prezesi zaglądają tu menedżerowie. Rocznie sprzedaje około 200 garniturów i płaszczy. Najtańszy za 5 - 6 tys. zł. Teraz trwa sezon na płaszcze kaszmirowe. Są mniej trwałe niż te z klasycznej wełny, jednak klientom firmy Rudolf & Co. to nie przeszkadza: podążają za modą i co roku wymieniają garderobę.

Znawcy twierdzą, że człowiek, który choć raz nosił garnitur skrojony na miarę i w większości uszyty ręcznie, pozna gołym okiem, jak została wykonana marynarka jego rozmówcy. Dlatego w kręgach, w których garnitur to wizytówka społecznego statusu, strój na miarę staje się oznaką przynależności do klubu. Wojciech Szarski jest pewny, że będzie teraz przybywać firm szyjących na miarę. - To nisza, która czeka na zagospodarowanie - mówi z przekonaniem.

Wzorcem dla polskiego krawca, który wykonuje takie zamówienia jest londyński kolega po fachu z Savile Row, czyli z ulicy krawców. Szyjący tam mistrzowie kierują się regułami bespoke, których przestrzegania pilnuje The Savile Row Bespoke Association, czyli Stowarzyszenie Krawców z Savile Row. W Polsce nie ma podobnej organizacji, która kontrolowałaby proces produkcji męskich ubrań. Dlatego o renomie krawców decyduje ranking szeptany. W większych miastach jest po kilka takich pracowni. Niewątpliwi nestorzy branży to pracownia Turbasy w Krakowie, gdzie smoking na oskarową galę szył sobie Andrzej Wajda, w Warszawie Zaremby & Kamińskiego czy Janusza Wiśniewskiego, krawca Lecha Kaczyńskiego.

Szarski zna wielu polskich krawców wykształconych w zawodowym cechu i wszyscy potwierdzają, że przybywa im klientów. Takich krawców czynnych zawodowo jest jednak niewielu, ok. 50. W dodatku najmłodsi mają ok. 40 lat. Ostatni egzamin mistrzowski w cechu krawieckim odbył się kilka lat temu. Więc choć młodzi właściciele firm krawieckich mają na kim zarabiać, nie ma kto dla nich pracować, brakuje zawodowego narybku. Dlatego o przyszłości tego zawodu zdecyduje nie popyt, lecz podaż, a dokładnie ci, którzy będą ten zawód wykonywać.

@RY1@i02/2010/225/i02.2010.225.186.0013.001.jpg@RY2@

Fot. Rafał Siderski

Jarosław Adamczak skończył SGH, doświadczenie zdobywał jako model. Dlatego w szyciu na miarę pomaga mu Tadeusz Wasak, 80-letni mistrz krawiectwa

Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.