Konie ciągną polski biznes
Za kilka lat jeździectwo będzie uprawiać w naszym kraju 800 tysięcy osób. O pół miliona więcej niż teraz. Do obsługi koni i w firmach rozwijających się wokół branży będzie potrzeba 70 tysięcy pracowników
Z roku na rok rośnie w Polsce liczba koni wierzchowych, a wraz z nią firm, które z koni żyją. Za kilka lat przybędzie u nas dzięki temu 70 tys. miejsc pracy. Potrzebni będą nowi producenci uprzęży, podkuwacze, weterynarze. Już teraz Polacy są europejskimi potentatami w produkcji konnych powozów. Antoni Chłapowski ma szkołę jazdy i kształci podkuwczy. Mikołaj Bogajewicz ledwo wyrabia się z dotrzymywaniem terminów na produkcję dorożek, a u Ryszarda Andresza uprząż zamówiła jedna z europejskich królowych.
Chłapowski, potomek generała Dezyderego Chłapowskiego, jednego z dowódców powstania listopadowego, właściciel Centrum Hippiki w Jaszkowie koło Poznania, liczy tak: w Polsce jest 330 tys. koni, a on w założonej przez siebie szkole podkuwaczy wykształcił 108 specjalistów od kopyt. Jeden podkuwacz obrobi około 150 koni, bo kopytami trzeba się zajmować średnio co 6 - 7 tygodni. Do 330 tys. koni potrzeba więc około 2,2 tys. podkuwaczy. Chłapowski i wykształceni przez niego podkuwacze mogą wykształcić więc jeszcze 2 092 takich specjalistów i każdy z nich z powodzeniem zarobi na chleb.
Można by zadrwić i zapytać, po co czterodniowy kurs, żeby nauczyć się przybijać podkowy do kopyt? Otóż profesja podkuwacza, która zresztą dzięki staraniom Chłapowskiego została kilka tygodni temu wpisana na listę zawodów rzemieślniczych, to nie tylko wykuwanie i przybijanie podków. - Fachowiec w tej dziedzinie jest końskim ortopedą, który źrebaczka od małego prowadzi - mówi Chłapowski. - Umie skorygować ścięgna, rozczyścić kopyto, podciąć je, jeśli się samo nie zetrze. Bo ono jest jak paznokieć, kiedy się nie podcina umiejętnie, powstają łyżwy i koniowi deformują się ścięgna, twardnieją stawy i noga się wypacza.
Tak wyspecjalizowanego fachowca nie zatrudni rolnik, który wozi w furze siano z pola do stodoły, ale według prognoz ekspertów w najbliższych latach w Polsce będzie przybywać koni do jazdy wierzchem, a o te już się dba. Wprawdzie ogromną większość, około 300 tys., stanowią nadal konie ciężkie, do pracy w polu, ale pozostałe 30 - 40 tys. koni żyjących w Polsce, to właśnie wierzchowce, wokół których skupia się coraz lepiej prosperująca branża, zwana profesjonalnie przemysłem konnym. To setki firm produkujących sprzęt, uprzęże, karmę, medykamenty, ubrania dla jeźdźców, narzędzia do podkuwania, a także wydawnictwa, agencje reklamowe i media oraz internetowe portale poświęcone koniom.
Według wyliczeń Polskiego Związku Hodowców przemysł ten w najbliższych latach będzie się rozrastał, aż ogólne pogłowie koni wyniesie 500 tys. sztuk. W dodatku, jak kalkulują eksperci, w ciągu najbliższych kilkunastu lat w Polsce konno będzie jeździć 800 tys. ludzi (teraz według badań SMG/KRC dla portalu Galopuje.pl robi to 300 tys. Polaków). Jeden koń obsługuje zazwyczaj 4 jeźdźców, a więc w liczbie 500 tys. koni 200 tys. będą stanowiły wierzchowce. Do pracy przy nich i w firmach rozwijających się wokół koniarstwa będzie potrzeba 70 tys. osób. Wyliczenia są na tyle szczegółowe, że wiadomo już nawet, w jakiego rodzaju firmach będą potrzebni pracownicy: 42 tys. osób zostanie zatrudnionych przy hodowli i treningu, 10 tys. do produkcji pasz, 10 tys. trenerów i instruktorów jeździectwa, 5 tys. osób do produkcji różnego rodzaju sprzętu, tysiąc weterynarzy ze specjalnością końską, no i podkuwacze. - Warto dodać, że te miejsca pracy powstaną głównie na terenach wiejskich i podmiejskich, gdzie zazwyczaj są stajnie, czyli tam, gdzie panuje bezrobocie - mówi Marek Grzybowski, prezes Narodowego Instytutu Przemysłu Konnego.
Mimo tych prognoz ludzie związani z branżą nie są do końca zadowoleni. W Niemczech w ciągu ostatnich 35 lat liczba koni potroiła się i wynosi teraz 1,1 mln zwierząt. Aktywną jazdę konną uprawia natomiast 1,7 mln osób. Jak mówi Marek Grzybowski, wartość niemieckich koni liczona jest setkami tysięcy euro. Największą populację koni, 1,4 mln, ma Wielka Brytania, natomiast w Szwecji przypada najwięcej koni na mieszkańca - 28,1 zwierzęcia na tysiąc ludzi. Co z tego mają? Brytyjczycy ponad 10 mld, a Szwedzi 2 mld euro rocznie. Na Zachodzie jedno miejsce pracy dają 3 - 4 konie, u nas 7 - 8. Wszystko z powodu tej wprawdzie malejącej, ale wciąż przytłaczającej przewagi koni rolnych, które nie potrzebują takiej obstawy producentów i specjalistów, jak wierzchowce.
Już teraz przemysł konny zatrudnia w Polsce 40 tys. ludzi. Niektóre firmy działają od połowy lat 90., kiedy to koniarze mówili o boomie w branży. Niektóre zaś, jak firma Mikołaja Bogajewicza z Pniew w Wielkopolsce - od XIX wieku.
Bogajewicz produkuje powozy. Jego pradziadek, który założył warsztat, rzemiosła uczył się w Berlinie, ale z efektów nauki korzystali Polacy, bo to dla nich pod niemieckim zaborem produkował powozy. - Wcześniej polski bank udzielił mu kredytu, a polski ksiądz zrobił z ambony reklamę - opowiada Mikołaj. Choć urodził się już w czasach, w których powozy ogląda się głównie w filmach kostiumowych, było dla niego oczywiste, że będzie kontynuował tradycję. Wprawdzie w PRL firma została odebrana rodzinie, ale ojciec i dziadek odbudowali ją w czasach wolności. - Przetrwaliśmy - mówi z dumą Bogajewicz.
Można by przypuszczać, że konny pojazd to w erze szybkich samochodów rzecz, na której nie da się zarobić. Jednak Bogajewicz nie narzeka. A Marek Grzybowski przyznaje: - Polacy są potentatami w produkcji powozów.
Karoce i powozy od Bogajewicza sprzedają się w całej Europie. Są to odnowione pojazdy, które mają wartość historyczną albo pamiątkową, a także repliki powozów wykonane na zamówienie. Jeden powóz kosztuje średnio 30 tys. zł. To jednak cena zwykłego pojazdu. Kiedy trzeba wykonać dodatkowe złocenia, rzeźbienia czy malowidła, wartość wyrobu rośnie. Bogajewicz nie chce powiedzieć, jak bardzo, bo nie zamierza określać swoim potencjalnym klientom górnej granicy tego, co mogliby u niego wydać. Warto zauważyć, że są to ludzie zamożni, pasjonaci, którzy w swoich powozowniach gromadzą całe kolekcje - od zwykłych dorożek po wystawne karoce z różnych epok. Bogajewicz produkuje też taksówki konne dla dorożkarzy ze starówek popularnych turystycznie miast, bryczki dla właścicieli kwater agroturystycznych i karoce do ślubów. Z zadowoleniem dostrzega, że zainteresowanie powozami w Polsce ciągle rośnie.
Ryszard Andresz z Pleszew w Wielkopolsce produkuje z kolei uprzęże. Jego firma także ma przedwojenne tradycje, pracuje w niej już czwarte pokolenie. I choć dziś konie z pól zostały już dawno wyproszone przez traktory, a współczesna tradycja jeździectwa nie dorównuje tej z czasów dziadka Ryszarda Andresza, to jego zakład rymarski prosperuje bez zarzutów.
Ciągłość firmie zapewniają zamówienia na wysokogatunkowe, eleganckie uprzęże dla bogatych właścicieli koni jeździeckich. I to z całej Europy. Uprząż dla swojego rumaka zamówiła u niego nawet królowa Danii. - Moi klienci to ludzie, którzy mają własne konie i tradycje jeździectwa, wiedzą, czego chcą. Często mają własne życzenia dotyczące koloru, rozmiarów pasków, kształtu przycięć, rodzaju skóry czy zdobień - mówi Andresz. I choć koniunkturę psuje mu chińska tandeta, w hurcie tańsza nawet kilkanaście razy, to wie, że tych stałych klientów z jeździeckim rodowodem nie straci. A może mieć więcej, bo hobby jeździeckie staje się coraz bardziej modne wśród zamożnych ludzi.
Rosnące wciąż zapotrzebowanie na stajnie i boksy dla koni należących do mieszkańców miast to także szansa dla rolników, którzy dzięki takim usługom mogą zrezygnować z niedochodowych hodowli i upraw. W Szwecji, przywoływanej często i tęsknie przez ludzi związanych z branżą, 10 proc. ziemi rolnej jest wykorzystywane na potrzeby przemysłu konnego. Wiąże się z tym rozwój agroturystyki i ekologicznego zielonego sektora. - A wypas koni jest traktowany jako element chronionego krajobrazu kulturowego - mówi Marek Grzybowski. - To samo mogłoby być w Polsce - dodaje. Zielone łąki, a na nich konie z rozwianymi grzywami zamiast pól kapusty czy nieużytków? Przedstawiciele przemysłu konnego zwracają uwagę nawet na czysto estetyczne korzyści z rozwoju końskiej hodowli.
PRL przyzwyczaił Polaków do tego, że jazda konna to sport elitarny. Choć konne prosperity lat 90. nieco zmieniło to przekonanie, wciąż trudno mówić o spopularyzowaniu tego rodzaju relaksu. Jednak, zdaniem Martyny Mikulskiej, redaktorki naczelnej portalu Galopuje.pl, rozpowszechnienie jazdy konnej to tylko kwestia czasu.
@RY1@i02/2010/182/i02.2010.182.186.0008.001.jpg@RY2@
Fot. Bartosz Dziamski
Produkcja powozów to w rodzinie Mikołaja Bogajewicza tradycja. Firmę założył jeszcze pradziadek, który rzemiosła uczył się w Berlinie. Dzisiaj dorożki z Pniewa w Wielkopolsce trafiają do całej Europy
Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu