Akcje British Pertoleum na dnie
Wczoraj cena akcji koncernu spadła do najniższego poziomu od 1997 roku i wyniosła 345 pensów.
Oznacza to, że papiery firmy od 20 kwietnia - kiedy to doszło do zawinionego przez firmę wycieku ropy w Zatoce Meksykańskiej - straciły niemal połowę wartości.
Choć w następnych godzinach cena akcji nieco podskoczyła - do 365 pensów - to rynki nadal obawiają się, że Biały Dom nałoży na brytyjski koncern wielomiliardowe kary za dopuszczenie do katastrofy ekologicznej w zatoce. W USA mnożą się głosy polityków, którzy winią firmę nie tylko za zlekceważenie wczesnych sygnałów nadchodzącej awarii, ale również za to, jak BP próbuje poradzić sobie z wyciekiem ropy.
Członkowie gabinetu prezydenta Baracka Obamy prześcigają się w pomysłach, jak ukarać firmę. W Departamencie Sprawiedliwości powstał już podobno plan zmuszenia koncernu do wstrzymania wypłaty dywidendy. Z kolei sekretarz ds. wewnętrznych Ken Salazar uważa, że BP powinno wypłacić innym spółkom naftowym rekompensatę za dochody utracone po ogłoszeniu przez Biały Dom moratorium na wiercenia na dużych głębokościach.
Nawet w Wielkiej Brytanii nieliczni wstawiają się za sztandarowym brytyjskim koncernem. Premier David Cameron, który zapowiedział w tej sprawie wspólne konsultacje z prezydentem Obamą, stwierdził, że rozumie frustrację władz w Waszyngtonie. Pośrednio BP broni jedynie burmistrz Londynu Boris Johnson. W wywiadzie dla stacji BBC stwierdził on, że firma zapłaciła już "bardzo, bardzo wysoką cenę" za awarię platformy Deepwater Horizon.
mj, bbc
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu