Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Biznes

Pieniądze z białej klatki, czyli pogoda tylko dla bogaczy

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 6 minut

Czy każdy Polak ma prawo wiedzieć, jakie są temperatura, wilgotność, ciśnienie oraz skąd wieje wiatr w Górze Kalwarii?

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta oraz Ministerstwo Spraw Wewnętrznych czeka twardy orzech do zgryzienia: muszą znaleźć odpowiedź na pytanie, czy każdy Polak ma prawo do wiedzy, jaka jest temperatura powietrza, wilgotność i prędkość wiatru w dowolnym miejscu w kraju?

Pytanie to skutek wojny. Od kilku lat garstka prywatnych firm meteorologicznych i państwowy Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej (IMGW) ścierają się o pogodę. Wojna jest cicha i dyskretna jak mżawka. Jak wygląda sytuacja na polu bitwy? Ponuro i mgliście. Prognoza długoterminowa: bez szans na poprawę.

W Polsce działa kilka prywatnych firm meteorologicznych. Te najbardziej znane to Cumulus z Wrocławia, poznańska Aura, warszawski oddział firmy Meteogroup, Bydgoskie Biuro Pogody. Do tego przygotowujące się do ekspansji na wschód Sat24 i Meteox. Działają od niedawna, najstarsza ma kilkanaście lat. Większość powstała pięć, sześć lat temu. Zatrudnienie - od pięciu do dwudziestu osób. Żyją ze sprzedaży prognoz.

Pięciu - dziesięciu pracowników w takiej firmie w ciągu roku przygotowuje i sprzedaje prognozy za kilkaset tysięcy złotych. Najlepsze firmy zarabiają po kilka milionów. Za dokładne przewidywanie pogody płacą im zarządcy dróg i autostrad, lotnicy, rolnicy, elektrociepłownie.

Monika Muchin z Meteogroup: - Nasza firma to koncern międzynarodowy, jesteśmy w Polsce od dwóch lat. Usługi? Pełna gama. Przygotowujemy prognozy dla branży energetycznej, drogowców, dla mediów, dla rolnictwa. 24 godziny na dobę, 365 dni w roku.

Jarosław Bernatowicz z Aury: - Nie wierzy pan, że rolnicy mogą płacić za prognozę? Jeden z nich, nasz klient, na jednym nietrafionym oprysku, który zmyje deszcz, może stracić 200 tysięcy. Nic dziwnego, że woli kupić od nas precyzyjne dane: wie, kiedy i co go czeka. Świadomy klient wie, co może stracić.

Trudno uwierzyć, że w Polsce jest aż tyle firm meteo, bo żadna nie ma własnych danych podstawowych.

Co to za dane? Żeby prognozować, trzeba się na czymś oprzeć, mieć wyjściową informację. Naukowcom, fizykom atmosfery i synoptykom dane początkowe dostarczają stacje meteorologiczne. To jedno źródło. Drugie, alternatywne, to amerykańskie serwery instytucji publicznych, np. NOAA, zajmujących się prognozami. W Stanach obowiązuje zasada, że jawne dane uzyskane za pieniądze podatnika są powszechnie dostępne. Podobnie otwarta na wymianę danych jest Norwegia.

W Polsce jako jedyny własne dane ma Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej. I to nie byle jakie - codziennie, co godzina, dostaje je z 65 stacji meteorologicznych (to tzw. ogródki z ustawionymi białymi klatkami), 245 posterunków meteorologicznych i 1680 posterunków opadowych (działają automatycznie, bez udziału człowieka). Do tego dochodzą informacje z radarów i zdjęcia satelitarne. Łukasz Legutko, rzecznik IMGW, nie kryje dumy: - Polska ma jedną z największych służb meteo i największych baz danych w Europie.

Dlatego dane IMGW są na wagę złota: to 60 różnych wielkości, m.in. temperatura powietrza, wilgotność, ciśnienie, prędkość i kierunek wiatru, zachmurzenie.

IMGW jest jednostką badawczo-rozwojową. Działa na podstawie osobnej ustawy. Zasila go budżet państwa, ale część pieniędzy na życie musi zdobyć na rynku. Kiedy prywatne firmy zajęły się prognozami pogody, szybko stało się jasne, że po dane muszą przyjść do IMGW. I zapłacić.

Wtedy zaczęły się schody. Bo IMGW ma monopol na dane.

Meteorolodzy mówią: można przewidywać pogodę dokładnie, pod warunkiem że nie dzieje się nic nieprzewidywalnego. Bo cząstka powietrza jest mała i się rusza. Jest trochę jak kot, który chadza własnymi drogami. Najlepsi naukowcy nie potrafią przewidzieć, gdzie i kiedy się pojawi i z jaką siłą zakręci atmosferą. Ale próbują.

Pierwszy był Anglik, Lewis Fry Richardson. W 1922 r. wymyślił metodę na obliczenie ruchu wiatru na podstawie sił działających na cząstkę powietrza. Metoda opierała się na matematycznych równaniach. Richardson opublikował pracę "Przewidywanie pogody za pomocą procesu liczbowego" - opierając się na danych meteorologicznych, za pomocą równań, starał się przewidzieć pogodę. Nie wyszło: prognozę na osiem godzin obliczał kilka tygodni, a i tak była do niczego.

Richardson się nie poddawał. W tej samej książce opisał swoją wizję: żeby nadążyć za pogodą i przewidzieć ją w takim tempie, w jakim się rozwija, trzeba w jednym miejscu posadzić 64 tysiące ludzi, dać im do rąk ręczne arytmometry (maszynki matematyczne) - i niech liczą. Mnożą, dodają, dzielą i odejmują. Wtedy się uda przewidzieć kierunek i prędkość wiatru oraz temperaturę.

Pracą matematyków zza wysokiego pulpitu dyrygowałby obernaukowiec.

Richardsonowi marzyła się fabryka matematyków. W czasie drugiej wojny światowej zmaterializowali ją Amerykanie: konstruując bombę atomową, stosowali między innymi metodę grupowego obliczania. Jeden z konstruktorów, węgierski matematyk John von Neuman (też wizjoner podobno uważał, że przez modyfikację pogody można spowodować suszę w ZSRR), w latach 50. zaczął badać możliwości komputerowych prognoz pogody - i też korzystał z grupowego liczenia.

Przez lata meteorolodzy korzystali równolegle z tak zwanych metod statystycznych. Ale pogoda nie zachowuje się statystycznie, więc metoda była zawodna.

Potem nadeszły prawdziwe komputery. Te do obliczania prognozy posługują się złożonymi formułami fizycznymi.

Pogodowi prywaciarze są zgodni: kiedy okazało się, że ktoś (czyli oni) chce zarabiać na prognozowaniu pogody, IMGW postanowił pokazać, kto tu rządzi. I dał zaporowe ceny na dane podstawowe.

Niemal wszyscy prywaciarze, z którymi rozmawiam, złorzeczą na monopolistę.

- Ile kosztują usługi IMGW? Tego dokładnie nikt nie wie. Każda prywatna firma dostaje inną propozycję - opowiada jeden z prywaciarzy. - Gdyby kiedykolwiek Instytut publicznie przedstawił swój cennik, każdy mógłby sprawdzić, czy to realne sumy, czy wzięte z kosmosu. Ale takiego cennika według mnie nie ma.

Fakt, Instytut swobodnie kształtuje ceny za usługi. Kalkulacje przygotowywane są indywidualnie dla każdego klienta i za każdym razem negocjowane.

Jarosław Bernatowicz z Aury: - IMGW jest instytucją państwową utrzymywaną z pieniędzy podatników. Dostęp do informacji, do danych, powinien być bezpłatny, tak jak w wielu krajach w Europie. Opracowania klimatologiczne, opracowane dane, np. opracowanie profilu wiatrów dla elektrowni wiatrowych, wszędzie kosztują. Ale nie dane źródłowe.

Meteorolog z prywatnej firmy z Pomorza: - Uważam, że Instytut jest depozytariuszem danych, ale ich właścicielem jest społeczeństwo polskie. IMGW ma to w nosie i daje zaporowe ceny za udostępniane danych. Załóżmy, że chcą 4 zł za jedną liczbę, to daje 600 tys. zł za dane z 12 stacji meteorologicznych. Nikogo na to nie stać. A wszędzie w Europie, tam, gdzie trzeba płacić, jest trzy razy taniej.

- Wysoka cena to jeszcze nie monopol - oponuję.

- Ale tylko oni mają dane! Wie pan, że zabronili kupione wcześniej dane wykorzystywać do innego projektu naukowego? W ten sposób sprzedają te same dane wielokrotnie. Dziś łatwiej i szybciej zdobywam dane od NASA niż z IMGW.

W IMGW najwięcej trzeba zapłacić za dane z radarów meteorologicznych. - To z powodu radarów IMGW jest tak naprawdę monopolistą - uważa Wojciech Majik z firmy Cumulus. - Radary zostały sfinansowane przez Bank Światowy po powodzi w 1997 r. Wszyscy Polacy spłacają tę pożyczkę. Tymczasem zdjęcia radarów na stronach IMGW podawane są z opóźnieniem. A burze nachodzą szybko i wtedy danych radarowych nie ma. Dane o opadach z radaru powinny być dostarczane bezpłatnie cały czas. To ważne, widzieć na bieżąco, jak przesuwają się strefy opadów, komuś to może uratować życie.

Łukasz Legutko, rzecznik IMGW, odpiera ten zarzut: - To nieprawda. W razie zagrożenia podajemy dane z radarów na bieżąco. A jeśli chodzi o powszechną dostępność danych, to tak jest tylko w Norwegii. W Europie trwa dyskusja - czy i jak dzielić się danymi, ale na razie wszędzie trzeba płacić. Nasze ceny nie odbiegają od europejskich. I tak jesteśmy tani.

IMGW ma w ręku poważne argumenty: pełni szczególną rolę w dostarczaniu informacji istotnych dla bezpieczeństwa państwa, choćby ze względu na bezpieczeństwo wykonywanych lotów (monopol na obsługę lotnictwa daje IMGW ustawa - choć już np. wojskowe lotnictwo korzysta z alternatywnych źródeł). Łukasz Legutko: - Za wykonanie pomiarów i obserwacji, utrzymanie sprzętu, gromadzenie i przetwarzanie danych płaci budżet. Czyli społeczeństwo. Czy można przerzucać na społeczeństwo te wszystkie koszty, jeżeli potem za darmo dane wykorzystają prywatne firmy?

Jarosław Bernatowicz z Aury: - Schodziłem zelówki, żeby porozumieć się z IMGW. Dyrektor obiecywał, że będziemy współpracować. Ale IMGW jest jak z PRL-u. Wysyłamy pismo, na odpowiedź czekamy pół roku.

Monika Muchin potwierdza - żeby dostać odpowiedź z IMGW, trzeba się uzbroić w cierpliwość.

Żeby prognozować, trzeba się na czymś oprzeć, mieć informacje, dane. Naukowcom, meteorologom i fizykom atmosfery dane początkowe dostarczają stacje meteorologiczne. Z dziesiątków, czasem setek stacji w terenie naukowcy dostają informacje, które potem trafiają do olbrzymich maszyn obliczeniowych. Maszyny - lepsze niż 64 tysiące matematyków Richardsona - wyliczają, jak zachowają się cząstki powietrza, jak podziała na nie teren, przez który przejdą. Używając skomplikowanych równań różniczkowych, potrafią ocenić skalę deszczu, temperatury czy ciśnienia.

Jak to możliwe? Żeby pomóc komputerom, naukowcy najpierw wyznaczają siatkę: obszar, na którym chcą poznać pogodę, dzielą na kwadraty o bokach od kilku do kilkunastu kilometrów. Wyznaczają sieć punktów na powierzchni gruntu i w atmosferze - aż do dwudziestu kilometrów nad ziemią. Do tych dwóch danych dochodzi trzecia - czas. A do nich: temperatura, prędkość i kierunek wiatru, wilgotność oraz ciśnienie w każdym z kawałków. Teraz komputer musi zbadać, jakie siły oddziałują i będą oddziaływać na cząstki powietrza w tych punktach.

Dane dla każdego kawałka wyznaczonego w czasie i przestrzeni oblicza program, nazywany modelem numerycznym. Co dokładnie robi? Rozwiązuje układ kilku ewolucyjnych cząstkowych równań różniczkowych z kilkoma niewiadomymi. Jeden układ dla każdego kawałka z siatki wyznaczonej przez naukowców.

Im mniejsze kwadraty - tym większe prawdopodobieństwo, że prognoza się sprawdzi. I więcej pracy dla komputera.

Żeby przeprowadzić obliczenia dla meteorologii, potrzeba komputera o olbrzymiej mocy - zwykły pecet zagotowałby się przy drobnej dawce informacji, jakich potrzebują naukowcy. A i tak mimo superkomputerów wciąż skuteczne są tylko prognozy krótkoterminowe. Długoterminowe już nie. Nawet jeśli siatka jest dokładna, każde równanie, jakie wykonuje komputer, daje tylko wynik przybliżony. W dłuższym czasie (dla Polski - po czterech, pięciu dniach) przybliżenia zaczynają się nawarstwiać, wynik przestaje mieć sens, a przyroda i tak zachowuje się chaotycznie (dlatego naukowcy często starają się szukać do modeli rozwiązań matematycznych zaczerpniętych z teorii chaosu). Do tego dochodzą nagłe lokalne zawirowania pogody.

W całej Europie zbieraniem i przetwarzaniem danych wyjściowych zajmują się specjalistyczne, naukowe i narodowe instytuty badawcze. W Polsce - IMGW i Uniwersytet Warszawski. Wszystkie korzystają z modeli numerycznych, które coraz bardziej zbliżają wartości prognozowane do faktycznie występujących i wciąż próbują wydłużyć okres wiarygodnej prognozy.

A modele to nie są tanie zabawki: kosztują setki milionów dolarów - jeśli wliczyć w to wysiłek pracy kilkuset naukowców. Na całym świecie na własne modele mogą sobie pozwolić tylko bogacze i instytuty zasilane z budżetów.

IMGW korzysta głównie z modelu opracowywanego przez międzynarodowe konsorcjum. Używa też modelu Francuskiej Służby Meteorologicznej o nazwie Aladin. Obecnie pracuje nad sprzętem o nazwie COSMO, pozyskanym i uruchomiony dzięki kooperacji z Deutscher Wetter Dienst.

Własnych alternatywnych modeli używają naukowcy z Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania Matematycznego Uniwersytetu Warszawskiego (ICM). Ich wyniki udostępniają za darmo w sieci.

Jak prognozują pogodę prywaciarze? Większość z nich nie ma własnych modeli. Korzystają z powszechnie dostępnych danych, które weryfikują z publicznymi modelami, np. niemieckim, francuskim, angielskim czy polskim. Jak ognia unikają płacenia IMGW. Opierają się tylko na publicznie dostępnych informacjach - IMGW podaje część swoich danych oficjalnie na międzynarodowe serwery, choć z opóźnieniem.

Radary? Do niedawna mapa radarowa IMGW była łatwo dostępna. Już nie jest. W IMGW za dane z kilku radarów za cały rok trzeba zapłacić kilka milionów, więc w prognozach dla południa Polski prywaciarze korzystają z radarów Czech i Słowacji, bo te sięgają dość daleko w głąb Polski.

Monika Muchin, Meteogroup: - Nasza firma to oddział dużej europejskiej sieci. Mamy dostęp do wiodących na świecie modeli numerycznych ECMWF i GFS, dane - z zastosowaniem własnych metod i narzędzi - przetwarzamy w centrum obliczeniowym. Na końcu i tak jest zawsze człowiek, synoptyk, który analizuje te dane.

Już nie tylko prywaciarze buntują się przeciwko IMGW. W połowie grudnia 2009 r. wybuchła awantura: IMGW przestał dostarczać informacje trzem portom lotniczym.

Trzy lotniska: w Krakowie, Poznaniu i Gdańsku, odmówiły płacenia za usługi Instytutu. "Z powodu braku finansowania i chęci dalszej współpracy z IMGW Instytut został zmuszony do zejścia z osłoną meteorologiczną z powyższych lotnisk" - napisał Instytut w oficjalnym komunikacie.

Skutek? Teoretycznie od dwóch miesięcy na trzech lotniskach nie powinno być ostrzeżeń lotniskowych, informacji o trudnych warunkach. IMGW jest tego świadom, bo w tym samym komunikacie napisał: "Brak danych z rzetelnego, sprawdzonego i wiarygodnego źródła może spowodować szereg zakłóceń w pracy portów lotniczych".

Czy teraz na lotniskach jest niebezpiecznie? Nie. Poznań i Kraków negocjują z IMGW. Włodzimierz Machczyński, szef portu lotniczego w Gdańsku, jest uparty. Płacić nie będzie: - Nie ma mowy o niebezpieczeństwie. Załogi samolotów dostają dane meteo z Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej - a ta płaci za informacje IMGW. Każdy kapitan samolotu dostaje dokładną prognozę. IMGW usiłował nas obciążyć tymi kosztami. Część informacji potrzebnych na lotnisku jesteśmy w stanie uzyskać sami, za małe pieniądze lub za darmo. Zakłóceń nie będzie.

Prywaciarze cztery lata temu poskarżyli się na monopolistyczne praktyki IMGW Urzędowi Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Ale postępowanie w UOKiK ciągnie się i ciągnie. Końca nie widać. - Każdy Polak ma prawo do wiedzy, jaka jest temperatura powietrza, wilgotność, ciśnienie i prędkość wiatru w Górze Kalwarii - dowodzi Wojciech Majik z Cumulusa.

Ostatnio dla prywaciarzy pojawiło się światełko w tunelu. To unijna dyrektywa 2003/4/WE. I przepis, że organy władzy publicznej mają udostępniać publicznie zebrane informacje o środowisku. - Czyli między innymi o stanie atmosfery - uważa jeden z największych prywaciarzy.

IMGW ma gotową odpowiedź: dyrektywa wymaga implementacji w prawie krajowym, a IMGW za tę implementację nie odpowiada. Odpowiada za nią państwo polskie.

W imieniu państwa polskiego chwilowo musi się wypowiadać Wojciech Wiewiórski z MSWiA, którego departament pracuje nad ustawą o ponownym wykorzystaniu informacji z sektora publicznego. Czyli - dostosowuje unijną dyrektywę do polskiego prawa. - Jesteśmy po konsultacjach społecznych. Zarys projektu ustawy powinien powstać w lutym - zapewnia urzędnik.

Czy IMGW będzie musiał się dzielić danymi z klatek meteo? Wojciech Wiewiórski unika odpowiedzi.

Wśród prywaciarzy jedynie Meteogroup ma doświadczenia z walką o dane. Monika Muchin wypowiada się wstrzemięźliwie. Słowa "wojna" unika jak ognia: - Pierwsze lata działalności większości europejskich oddziałów Meteogroup były trudne. Rynek w Europie był zdominowany przez narodowe instytuty meteorologiczne, a dostęp do najważniejszych danych i modeli był poważnie utrudniony. W Europie to się udało. Czy uda się w Polsce? Jestem przekonana, że to tylko kwestia czasu i odpowiednich regulacji prawnych.

Meteorolog z firmy na Pomorzu: - Wszystko byłoby OK, gdyby skostniały IMGW nie był utrzymywany z naszych podatków. Komercyjne podejście do danych jest poniżej standardów europejskich. Uważam, że publiczny, państwowy, utrzymywany z podatków IMGW ma obowiązek upubliczniać swoje dane. Albo niech się prywatyzuje, zarabia na radarach i stacjach meteo i nie bierze publicznego grosza.

Łukasz Legutko z IMGW: - Darmowe dane dla prywatnych firm? A widział pan sytuację, żeby ktoś budował dom na sprzedaż i dostawał cegły za darmo? To właśnie taka sytuacja. Gdybyśmy upowszechniali dane, złamalibyśmy prawo. To się nazywa nielegalne udzielanie pomocy publicznej.

@RY1@i02/2010/025/i02.2010.025.186.0002.001.jpg@RY2@

Fot. Maria Zbaska/Reporter

Ze stacji IMGW do centrali codziennie płyną setki danych. Na zdjęciu - jeden z punktów pomiarowych na Kasprowym Wierchu

Wojciech Cieśla

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.