Dziennik Gazeta Prawana logo

Być jak drugi Starbucks

27 czerwca 2018

Matthew Corrin, młody Kanadyjczyk, uruchomił sieć barów, która może rzucić wyzwanie McDonald’s

Matthew Corrin ma jedno marzenie. Jedno, ale za to bardzo konkretne: dorównać Howardowi Schultzowi. Twórca sieci Starbucks zrewolucjonizował rynek kawiarniany, i to za jego sprawą picie kawy (choćby z papierowego kubeczka) znów stało się częścią dnia setek milionów ludzi na całym świecie. Corrin chciałby pójść w jego ślady. Nie chodzi mu jednak o kawę, ale o jedzenie. Na razie jest na najlepszej drodze, by założona przez niego sieć restauracji Freshii mocno pomieszała szyki fast foodowym potentatom.

Pierwszy dzień Corrina w nowym biznesie - czyli otwarcie baru w kanadyjskim Toronto - z pewnością nie należał do udanych. Prawdę mówiąc, był pasmem porażek, choć zaczął się tak obiecująco. Mimo niewielkich nakładów na reklamę w lokalu pojawiło się sporo ludzi, tak że tworzyły się nawet kilkuosobowe kolejki do kasy. Czy debiutującego właściciela restauracyjki może ucieszyć coś bardziej?

Jednak jako pierwszy stresu związanego z zapowiadającym się sukcesem nie wytrzymał kucharz: tak błyskawicznie i zarazem nerwowo zaczął siekać warzywa, by nadążyć za zamówieniami, że odciął sobie kawałek kciuka. I musiał natychmiast pojechać do szpitala na ostry dyżur, by nie stracić i palca, i czucia w nim. Na tym nie koniec: nadwrażliwy na widok krwi okazał się pomocnik szefa kuchni. Ten zwyczajnie zemdlał i bardzo długo nie mógł dojść do siebie. Tymczasem klienci czekali, rosło głośne zniecierpliwienie, więc by ratować sytuację i nie dopuścić do klapy, w kuchni zaczął działać sam Corrin, a ponieważ nie nadążał, ściągnął na pomoc swoją dziewczynę. - Nie miałem żadnego doświadczenia w prowadzeniu restauracji czy nawet w handlu, więc rozpoczynanie takiego biznesu z pewnością nie było najmądrzejszą rzeczą. Dziś to wiem. Ale wiem także, że biznesmen powinien ryzykować i rzucać się na głęboką wodę. Bez tego nie ma sukcesu - mówi.

Pomysł, który odmienił jego życie, przyszedł mu do głowy, gdy miał 23 lata i chciał zaczepić się w Nowym Jorku. Studiował medioznawstwo, udało mu się zatrudnić w dziale PR w firmie słynnego projektanta mody Oscara de la Renty. Jednak za którymś razem, po kolejnych nastu z rzędu przepracowanych godzinach, wyszedł zmęczony i głodny z biura na Manhattanie i próbował znaleźć miejsce, w którym mógłby coś przekąsić. Coś świeżego, zdrowego i zielonego, do tego nieprzetworzone mięso, bo nie miał ochoty na następnego burgera z frytkami i litrowy pseudodietetycznym napojem gazowanym. I koniecznie w miłym otoczeniu, by oczy odpoczęły od bladego światła jarzeniówek. Nie udało się. - Jedzenie było tłuste, a obsługa koszmarna, jednak nie miałem żadnego wyboru. Właśnie wtedy pomyślałem, że fajnie byłoby, gdyby działał w okolicy niedrogi barek podający sałaty czy choćby świeże warzywa. A po kolejnej chwili dotarło do mnie, że przecież ja mógłbym uruchomić taki lokal - opowiada.

Wprowadzenie planu w życie zajęło mu aż 6 lat. W tym czasie porzucił myśl o przeniesieniu się na stałe do Wielkiego Jabłka i powrócił do rodzinnej Kanady. W końcu w 2005 roku pierwsza restauracyjka, wtedy nazywająca się jeszcze "Lettuce Eatery" (Sałaciana Jadłodajnia), otworzyła podwoje. Pieniądze na rozruch interesu pożyczyli Corrinowi rodzice (on dorzucił do puli własne niewielkie oszczędności), a potem opracował biznesplan oraz strategię. - Chciałem, by mój bar był inny od wszystkich. Przyświecała mi jedna myśl: w końcu pozbawić ludzi wymówki, że muszą jeść niezdrowe hamburgery, bo nie mają żadnego wyboru - wspomina. Już pierwszy dzień działania, pomijając bolesne i przykre zdarzenia, które przydarzyły się kucharzom, był bardzo obiecujący. Zachwyceni klienci rozprawili się z zapasem jedzenia. I tak było w dniach kolejnych.

Tajemnicą sukcesu Corrina oraz jego Freshii okazał się sposób podawania potraw. A właściwie jego brak. Kucharz codziennie kupuje świeże mięsa, warzywa oraz owoce, a potem wstępnie je przygotowuje. Reszta należy do klienta, który sam komponuje najbardziej odpowiadający mu zestaw smaków. I nie musi ograniczać się do sałat: to może być zupa lub wrap (czyli zawinięta kanapka, np. meksykańska tortilla czy kaukaski lawasz). No i bardzo ważna jest jeszcze możliwość wyboru: codziennie jest 70 różnych składników. - Do tego podajemy informacje o zawartości tłuszczu, kalorii czy cholesterolu. Okazało się, że nasz pomysł chwycił - mówi Corrin.

Powoli z jednej restauracyjki wypączkowała druga, potem kolejne. Najpierw w Toronto, potem w innych kanadyjskich miastach, w końcu w Stanach Zjednoczonych. Na tym ekspansja Freshii się nie skończyła, bo nadszedł czas na inne kontynenty: Europę oraz Azję (konkretnie Arabię Saudyjską). Dziś sieć liczy już ponad 60 lokali oraz dwie dziesiątki działających na zasadzie franczyzy. A plany są ambitne - Matthew Corin mówi aż o 700 restauracyjkach na wszystkich kontynentach, po równo będących jego własnością oraz działających na zasadzie licencji. Nie ukrywa, że duże nadzieje wiąże właśnie z franczyzą. - Jesteśmy bardzo konkurencyjni. Kupno licencji kosztuje 30 tys. dol., potem pobieramy rocznie 6 proc. tantiem oraz 3 proc. z reklam. To naprawdę niewiele, bo koszt typowej franczyzy to nawet 250 tys. dol. - tłumaczy młody kanadyjski biznesmen.

Choć już odniósł sukces, Corrin cały czas wraca do chudych lat, gdy mieszkał w Nowym Jorku i często przesiadywał w Starbucksie. - Nieustannie przymierzam się do tego wyzwania. Skoro Schultzowi udało się zbudować sieć kawiarni, która jest rozpoznawana na całym świecie i która nie kojarzy się z tandetą, ja jestem w stanie zrobić to w branży fast foodów - przekonuje. I dodaje, że fundamenty już stworzył, teraz musi jedynie mocniej przekonać do siebie rynek. Dlatego nie tylko rozbudowuje sieć, lecz także współdziała z tymi wszystkimi organizacjami i stowarzyszeniami, które promują zdrowe jedzenie (nie jest to równoznaczne z wegetarianizmem).

- Dlaczego miałoby mi się nie udać. Teraz już wiem, że ten biznes nie jest skomplikowany jak budowa rakiet kosmicznych. Tu liczy się ciężka praca i umiejętność wyciągania wniosków z popełnionych błędów. Potrafię ciężko pracować, a popełniłem już niemal wszystkie błędy, jestem więc doskonale przygotowany - mówi. I właśnie dlatego kanadyjskie stowarzyszenie przedsiębiorców uznało Matthew Corrina za jednego z najbardziej obiecujących biznesmenów w kraju.

@RY1@i02/2012/223/i02.2012.223.18600110b.801.jpg@RY2@

materiały prasowe

Matthew Corrin, należąca do niego sieć barów Freshii staje się alternatywą dla tradycyjnych fast foodów, w których serwowane są hamburgery, frytki i cola

Nie miałem żadnego doświadczenia w prowadzeniu restauracji czy w handlu, ale biznesmen powinien ryzykować i bez wahania rzucać się na głęboką wodę. Bo bez tego nie ma sukcesu

Piotr Czarnowski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.