Finansista przeciw licencjom
Nawet konkurencja jest pod wrażeniem, w jaki sposób Marcin Billewicz kierujący grupą Copernicus rozwiązał problem obligacji firmy DSS, która popadła w kłopoty
Wciąż jest głośno o problemach spółki Dolnośląskie Surowce Skalne. Jej los nie jest jeszcze rozstrzygnięty. Ale już wiadomo, że ewentualna upadłość nie zaszkodzi osobom posiadającym jednostki funduszu Copernicus Dłużnych Papierów Korporacyjnych. Copernicus Capital TFI dało radę pozbyć się papierów dłużnych tej firmy z 30-proc. dyskontem. W wyniku tej transakcji wycena jednostki obniżyła się w ciągu jednego dnia o 1,7 proc., ale nie zachwiało to znacząco wynikiem wypracowanym w skali roku (pozostał ponad granicą 7 proc.).
W środowisku finansowym prezes grupy Copernicus Marcin Billewicz zbiera za ten ruch pochwały. - Odważnie komunikował się w tej sprawie z rynkiem. No i sprzedaż tych papierów to prawdziwy majstersztyk - mówi prezes jednego z TFI.
Sam Billewicz podkreśla, że kupno papierów DSS to nie był błąd. - W tamtym momencie ta firma produkująca kruszywa była nowoczesna, dobrze zarządzana. Jednak od momentu inwestycji przestała realizować plan i nie ustanowiła przewidzianych zabezpieczeń. Zaangażowała się w budowę autostrady A2, a śmierć prezesa w październiku 2011 r. spowodowała, że jej kondycja ulegała systematycznemu pogorszeniu - tłumaczy.
Od początku marca Billewicz wziął w swoje ręce zarządzanie funduszem obligacji korporacyjnych, który jest sztandarowym produktem Copernicus Capital TFI. Od wielu lat jest praktykiem inwestowania i zarządzania. Już pod koniec ostatniego roku studiów zaczął pracę w Domu Maklerskim Banku Śląskiego. Handlował papierami na rachunek tej instytucji. W czasie bessy jego zespół wyszedł na zero, ale mimo to został rozwiązany, bo uznano, że lepiej stawiać na obligacje.
Poszukując pracy, trafił do nadzoru finansowego. - Ale ten typ pracy zupełnie mi nie odpowiadał - mówi Billewicz. Potem było ING Securites. Pracował tam jako analityk rynku akcji. Mówi, że to tam nauczył się najwięcej pod okiem Małgorzaty Kotańskiej. Kolejnym przystankiem był w jego karierze Dom Maklerski Elimar. Nie zagrzał tam miejsca, bo jak twierdzi, instytucja była mocno upolityczniona. - Praca w takim miejscu jest specyficzna i nie każdemu odpowiada - wyjaśnia szef Copernicusa.
Następnie trafił do Enterprise Investors. Wraz z Markiem Witkowskim zorganizował temu funduszowi private equity dział relacji inwestorskich obsługujący wszystkie jego spółki. A następnie, znów razem z Witkowskim, odkupił od funduszu spółkę - i tak powstał dom maklerski Suprema Securities przekształcony w lutym 2008 r. w Copernicus Securities.
Billewicz jest zwolennikiem deregulacji zawodów finansowych, takich jak makler, doradca finansowy, broker ubezpieczeniowy. Uważa, że żadna licencja nie gwarantuje, iż dana osoba będzie z powodzeniem wykonywała swój zawód. Sam co prawda ma licencję maklerską, ale licencji doradcy inwestycyjnego już nie. Przyznaje, że na pierwszym etapie trudnego trzyczęściowego egzaminu zabrakło mu kilku punktów. Nie ma także MBA, czyli certyfikatu popularnego wśród menedżerów. - Śląska Międzynarodowa Szkoła Handlowa w Katowicach, którą ukończyłem, miała podobny program co studia MBA. Uznałem więc, że szkoda czasu na ślęczenie nad książkami i rozmyślanie nad wzorami matematycznymi. Szanuję osoby, które to lubią i które mają różnorakie licencje, ale ja uznałem, że lepiej postawić na praktykę - mówi Billewicz. Jego droga zawodowa pokazuje, że miał rację. Teraz to on zatrudnia osoby, które mają licencje doradcy inwestycyjnego.
@RY1@i02/2012/063/i02.2012.063.00000160a.802.jpg@RY2@
P. Waniorek/mat. prasowe
Marcin Billewicz stawia na praktykę, nie teorię
Piotr Rosik
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu