Dziennik Gazeta Prawana logo

Nadwiślańska kasta pakowaczy

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 10 minut

Polska przejmuje status światowej stolicy outsourcingu. Cały czas powstają u nas kolejne centra usług, księgowości, wsparcia biurowego czy logistyki. Niekoniecznie jest się z czego cieszyć

Jeśli wsłuchać się w opinie przeróżnej maści analityków, ekspertów i urzędników, można odnieść wrażenie, że outsourcing jest najlepszym lekarstwem na problemy naszej gospodarki. "Stabilny wzrost rynku outsourcingu w Polsce - nawet do 15 proc.", "Polska liderem w outsourcingu", "Zatrudnienie rośnie średnio o 20 proc. w skali roku", "Centra usług wspólnych szansą na start w karierze" - zapewniają od kilku lat.

- Centra usług przenoszone do nas z zagranicy to zbawienie dla lokalnych rynków pracy. Trzymam kciuki, by prezydentowi Szczecina udało się ściągnąć do nas takie inwestycje. Będzie praca dla młodych, szansa na karierę. Cały region na tym skorzysta - zachwyca się prof. Grażyna Maniak, ekonomistka z Zachodniopomorskiej Szkoły Biznesu. - Czy naprawdę praca na stanowisku pakowacza czy w obsłudze będzie taką wspaniałą okazją dla ludzi z wyższym wykształceniem? - dopytuję się. - Lepsza taka praca niż żadna. A przecież nie tylko takie usługi są do nas outsourcowane. Coraz więcej otwiera się także u nas centrów obsługi prawnej czy badawczych - zapewnia prof. Maniak.

W zachwytach nad outsourcingiem rozpływają się też urzędnicy. Gdy w październiku Amazon, największy internetowy sklep świata, ogłosił, że otworzy w Polsce trzy centra logistyczne i zatrudni 6 tys. osób (nie wiadomo, czy Polaków, równie dobrze mogą to być tańsi emigranci), wicepremier Janusz Piechociński zorganizował konferencję. - Oferujemy inwestorom absolwentów z prawie pół tysiąca wyższych szkół i uczelni, od specjalistów zarządzania i informatyków, których corocznie przybywa po 30 tys., do biochemików - zachwalał nasz kraj, choć jasne było, że Amazon nie chce ani informatyków, ani biochemików. Tylko pakowaczy.

- Nie ma co się dziwić takiemu podejściu. Bezrobocie wciąż jest u nas ogromne, więc każde nowe miejsce pracy jest nie do pogardzenia. Ale piać z zachwytu nad outsourcowanymi centrami usług też nie ma co - studzi rządowe emocje ekonomistka Elżbieta Kryńska, ekspert ds. rynku pracy. - Tu w ogóle nie ma się z czego cieszyć. Przecież to oczywiste, że pojawiają się one tam, gdzie jest dostęp do taniego pracownika, a to żaden powód do chluby - jeszcze ostrzej wypowiada się prof. Ryszard Bugaj z Instytutu Nauk Ekonomicznych PAN. - Nie ma najmniejszej nawet pewności, że te zachodnie firmy zostaną u nas na dłużej - dodaje. - Jest jedna stała w przypadku współczesnej gospodarki: kapitał jest płynny i nic go nie zatrzyma. Staliśmy się światową stolicą outsourcingu, jutro jednak bez słowa ci dziś zakochani w polskim rynku inwestorzy mogą zamknąć biura i wyjechać gdzieś na drugi koniec świata - przytakuje prof. Kryńska.

I wcale nie jest to fantastyczny scenariusz.

CCC

- W ciągu ostatnich pięciu lat Indie straciły milion miejsc pracy w centrach obsługi biznesu - powiedział "India Today" T.V. Mohandas Pai, były główny kadrowy w firmie Infosys. Tygodnik oszacował, że zachodnie koncerny przeniosły m.in. na Filipiny 200 tys. miejsc pracy, kolejnych 260 tys. posad przesunięto do Europy Wschodniej, w tym do Polski i Czech.

Dla indyjskiej gospodarki, która dzięki outsourcingowi nabrała rozpędu, to wstrząs. Centra - najpierw telefoniczne, potem księgowe, informatyczne, w końcu badawcze - zaczęły masowo powstawać tam na początku tego wieku. Dzięki rozwojowi internetu pojawiła się szansa zatrudniania ludzi do obsługi klienta nawet na drugim końcu świata. Indie nadawały się do tego idealnie - pracownicy byli tani i znali angielski. Już w 2005 r. 44 proc. globalnego rynku outsourcingu w zakresie oprogramowania i usług wsparcia biurowego znajdowało się na subkontynencie i przynosiło 17 mld dol. przychodu. Nowy system pracy stał się charakterystyczny dla Bombaju, Bangaluru, Gurgaon czy Pune, że oficjalnie już mówiono o nim CCC, czyli Call Center Culture. W szczytowym momencie nawet 60 proc. indyjskich pracowników zarabiało dzięki zatrudnieniu w mniejszych i większych centrach usług.

Niespodziewanie jednak to "zlecone eldorado" się skończyło. Inwestorzy tak szybko jak się pojawili, zaczęli odpływać. W pierwszej kolejności zaczęto zwalniać lepiej wykształconych, a więc i droższych pracowników. Na ich miejsce zatrudniano osoby słabiej wyedukowane i płacono im tylko połowę stawki. Potem i ich zwalniano. - Byłem przez lata niezwykle optymistyczny w ocenie rozwoju ekonomicznego Indii oraz wpływu, jaki mają na niego zagraniczne firmy usługowe. Dziś mam wątpliwości - tak dla CNBC oceniał zmiany prof. Stephen Roach z Uniwersytetu Yale. - Indyjski rząd zrobił niewiele, by wykorzystać napływ kapitału do unowocześnienia kraju. I dziś, kiedy inwestorzy się wycofują, Indie wciąż są zbiurokratyzowane, mają słabo rozwiniętą infrastrukturę, a społeczeństwo ma niezwykle małe oszczędności - konkludował.

- Na call center nie da się zbudować stabilnej gospodarki. Nawet jeżeli to są centra dla poważniejszych usług, to wciąż inwestycja tymczasowa, niemająca większego wpływu na budowę kapitału społecznego - przytakuje mu prof. Bugaj.

Oczywiście inwestorzy podają wytłumaczenia dla swoich decyzji. Najczęściej przewija się jedno: sławetne hinduskie przekręty, które psuły opinię call centers. Jak ten, który policja w New Delhi odkryła równo rok temu. Rozbito wówczas gang, który wyłudził 10 mln funtów od 60 tys. Brytyjczyków. Fikcyjna firma finansowa oferowała przez telefon obywatelom Wielkiej Brytanii pożyczki bez zabezpieczeń. Oferta była na tyle kusząca, a konsultanci firmy posługujący się świetnym angielskim na tyle przekonujący, że ofiary wpłacały do 250 funtów jednorazowej opłaty manipulacyjnej za rozpatrzenie wniosku. Oszuści wpadli, gdy biznes tak się rozrósł, że wynajęli dodatkowe centra obsługi telefonicznej w miastach satelickich Delhi.

Choć takich spraw było sporo, nie one zraziły wielkie korporacje do Indii. Powody są bardziej przyziemne. Po pierwsze skończył się 10-letni okres zaoferowany przez władze z ulgami podatkowymi i specjalnymi warunkami wynajmu i budowy biurowców. Po drugie angielski, będący wcześniej przewagą Hindusów, stał się niemalże równie popularnym językiem i w innych krajach. Po trzecie korporacje zaczęły szukać oszczędności nie tylko w samych kosztach pracy.

Bliżej - taniej

Taki początek miało zjawisko nearshoringu - czyli przenoszenia usług do państw leżących niedaleko od głównych siedzib i fabryk zachodnich koncernów (w tym do Europy Środkowo-Wschodniej), w przeciwieństwie do farshoringu, czyli inwestowania w dalekiej Azji. Masowe przeprowadzki z Indii do Polski (ale też Czech, Rumunii czy Węgier) zaczęły się w 2008 r., tuż po wybuchu kryzysu.

Już wcześniej powstawały i u nas przeróżne call centers i outsourcowane biura księgowe czy produkcyjne, ale dopiero światowy krach wymusił na inwestorach poszukiwania jeszcze większych oszczędności. Polska nigdy nie była najtańszym kierunkiem - w przeliczeniu średnia pensja w firmach informatycznych wynosi 17-19 tys. dol. rocznie, podczas gdy w Wietnamie czy Indiach to ok. 10-11,5 tys. dol. Ale oszczędności to nie tylko jak najtańsi pracownicy, lecz także zatrudnianie ich w jak najtańszym środowisku. Tu Europa Wschodnia okazała się lepsza niż Azja - mniej kosztują wizyty menedżerów z centrali, kultura pracy jest też bliższa tej zachodniej, a więc można zaoszczędzić na szkoleniach. A państwa naszego regionu wciąż są spragnione inwestycji i oferują zagranicznym zwolnienia podatkowe. - Dodatkowo odróżnia nas i wyróżnia ogromna masa ludzi z wyższym wykształceniem, znajomością języka angielskiego, a bez perspektyw na pracę w zawodzie i na stanowisku, które odpowiadałoby ich kompetencjom - mówi prof. Kryńska. - To wymarzony pracownik do centrów usług - dodaje.

Jest ich w Polsce zatrzęsienie i wciąż powstają nowe. W blisko 400 ośrodkach na milionie metrów kwadratowych powierzchni zatrudnionych jest ponad 120 tys. osób. - W porównaniu z całym polskim zatrudnieniem w gospodarce to tylko jedna branża, ale ponieważ rośnie, jest to dla polityków i urzędników powód do zadowolenia - tłumaczy prof. Kryńska. I dlatego ogromna ich część jest przedstawiana oficjalnie jako spory sukces. Polska Agencja Informacji i Inwestycji Zagranicznych chwali się, że w 2012 r. pomogła w powstaniu 51 takich ośrodków.

Świąt nie będzie

Początki nearshoringu dla Polski były obiecujące. Kiedy w 2007 r. amerykański producent komputerów Dell zapowiedział, że przeniesie produkcję z irlandzkiego Limerick do Łodzi, w mieście zapanowała euforia. Firma miała zatrudnić początkowo 1,9 tys. osób, a docelowo 3 tys. Media podkręcane przez wynajęte przez Della agencje PR rozpisywały się o pracy dla fachowców i informatyków, choć chodziło tylko o składanie sprzętu i o 12 tys. nowych miejsc pracy, które miał zagwarantować efekt Della - czyli nowe etaty u kooperantów, firm logistycznych, ochroniarskich, nawet gastronomicznych. Dla pogrążonej w marazmie Łodzi było to zrządzenie losu. Przymknięto nawet oko na to, że korporacja za inwestycje w Polsce zażyczyła sobie dotacji z unijnych środków, i to niemałej, bo na ponad 50 mln euro. Ledwie po dwóch latach Dell doszedł do wniosku, że koszty są i tak za duże, i postanowił sprzedać centrum w Łodzi tajwańskiej firmie Foxconn. Kiedy to się nie udało, uznał, że pozostanie w Łodzi, ale z wielkiej inwestycji zostało niespełna 1,2 tys. monterów i serwisantów, którzy są sukcesywnie zwalniani.

Samorządy wciąż jednak biją się o inwestycje. Dziś to Wrocław, Kraków, Katowice i Warszawa uchodzą za największe skupiska call centers i to między nimi trwa największa konkurencja. Same budują biura lub dają preferencyjne warunki na ich wybudowanie, pomagają w kontaktach z uczelniami i zatrudnianiu absolwentów. I świetnie, bo taki jest ich obowiązek. Na tym jednak często wcale się nie kończy. Amerykański koncern IBM zdecydował o rozszerzeniu działalności w Polsce. Nowe, drugie centrum usług, które może zatrudnić nawet 2 tys. ludzi, do 2015 r. powstanie w Katowicach. I znowu świetnie, bo to oznacza pracę dla 400 programistów (reszta to pracownicy znacznie mniej wykwalifikowani), tyle że na inwestycji IBM tak Katowicom zależało, że Ministerstwo Gospodarki przyznało firmie 31,5 mln zł rządowego grantu i 85 mln zł unijnego wsparcia na rozbudowę ośrodka w stolicy Dolnego Śląska.

Podobnie dzięki grantowi od rządu na otwarcie centrum operacyjnego we Wrocławiu zdecydowała się spółka TJX European Distribution. Dostanie 3,2 mln zł wsparcia i ma być zwolniona z CIT. Po to, by powstało tysiąc miejsc pracy, w tym 50 dla osób z wyższym wykształceniem. 21,5 mln zł takiego wsparcia otrzymała też w 2010 r. Nokia Siemens na Centrum Rozwoju Oprogramowania we Wrocławiu, które ma dać miejsca pracy dla 400 osób. Do tej pory rządowe granty zdobyło ok. 20 światowych korporacji.

To i tak nie wszystko. Na centrach usług wspólnych tak bardzo zależy urzędnikom, że do sejmowej komisji trafił projekt zmian w kodeksie pracy. Zatrudnione w nich osoby będą musiały pracować w święta, jeśli tak będzie chciała zagraniczna centrala i jeżeli w państwie, w którym ma ona siedzibę, nie ma wtedy wolnego - zakłada projekt zgłoszony przez posłów PO.

- Czy naprawdę chcemy, by powstały tu drugie Indie? Przecież jesteśmy członkiem Unii Europejskiej i jedną z lepiej rozwiniętych gospodarek świata. Takie inwestycje mogły być cenne kilkanaście lat temu. A dziś to co najwyżej sygnał dla inwestorów, że mamy tanich pracowników, do których zatrudnienia jeszcze państwo dopłaci - dziwi się prof. Bugaj.

@RY1@i02/2013/236/i02.2013.236.000000800.802.jpg@RY2@

AFP/East News

Sylwia Czubkowska

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.