Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Biznes

Zabawa nie dla maluchów

Ten tekst przeczytasz w 12 minut

Pozyskiwanie środków z Unii często przerasta mniejszych przedsiębiorców. Zazwyczaj nie stać ich na usługi renomowanej firmy doradczej, a źle przygotowane wnioski przepadają. Nawet jeśli uda się zdobyć dofinansowanie, czeka ich gehenna kontroli i rozliczeń

@RY1@i02/2014/080/i02.2014.080.00000180b.101.jpg@RY2@

Darek, Paweł, Michał i Grzegorz startowali w organizowanym przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości konkursie "Wspieranie działalności gospodarczej w dziedzinie gospodarki elektronicznej" z Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka (PO IG). Darek chciał dotację przeznaczyć na portal internetowy służący do sprzedaży materiałów wideo, grafiki i animacji. Paweł miał założyć platformę do tworzenia prezentacji online. Michał zamierzał stworzyć portal handlujący zdjęciami, muzyką do wykorzystania - np. do potrzeb filmów reklamowych, prezentacji - bazami do produkcji telewizyjno-filmowej. Grzegorz myślał o sprzedaży aplikacji komputerowych.

- Uznaliśmy, że nawet jeśli tylko jeden z nas otrzyma wsparcie, to stworzymy klaster i wspólnie będziemy oferowali produkty. Chcieliśmy, by klient wszelkie niezbędne narzędzia do tworzenia kampanii promocyjnych, prezentacji, komunikacji z pracownikami czy klientami miał pod jednym dachem. Szybko okazało się, że wypełnienie wniosków przerasta nasze możliwości - opowiada Darek.

Znaleźli firmę, która podjęła się tego zadania. Za sporządzenie każdego z wniosków wzięła po 10 tys. zł. Później miała jeszcze otrzymać procent od każdej przyznanej dotacji.

- Wyglądali bardzo wiarygodnie. Mieli siedzibę w budynku Rondo 1, jednym z najbardziej prestiżowych biurowców w Warszawie. Przekonywali nas listą klientów, dla których wywalczyli środki - opowiada Darek.

Popełnili pierwszy błąd. Nie skontaktowali się z rzekomymi klientami doradcy, by u nich bezpośrednio potwierdzić jego wiarygodność. Uwierzyli na słowo, że tacy znamienici klienci byli i faktycznie udało się dla nich zdobyć pieniądze z UE.

- Pierwsze wnioski zostały odrzucone ze względów formalnych. Nikt ich nie rozpatrywał pod względem merytorycznym, bo zwyczajnie zostały źle wypełnione. Ale dostaliśmy zapewnienie, że to całkowity przypadek, pierwszy raz w historii tej firmy etc. Niestety za drugim razem te podobno już idealnie dopracowane wnioski przepadły z tej samej przyczyny - opowiada Michał.

Ponieważ przegrali z powodu nieudolności doradców, a nie z powodu własnych błędów, zaczęli domagać się od nich zwrotu 40 tys. zł. Niestety, firma - spółka z o.o. - była już w likwidacji.

Sam nie dasz rady

Przypadek Darka, Michała, Grzegorza i Pawła nie jest odosobniony. Na forach internetowych roi się od mikroprzedsiębiorców okradzionych przez niby-doradców.

- Niestety nie jesteśmy w stanie ocenić, ile firm w Polsce doradza przedsiębiorcom w przygotowaniu unijnych wniosków. Ta działalność nie podlega specjalnej ewidencji i właściwie może ją prowadzić każdy - słyszymy w Głównym Urzędzie Statystycznym.

Na tym żerują nieuczciwi. Forma spółki z o.o. utrudnia poszkodowanym dochodzenie należności, bo każdy z udziałowców odpowiada tylko wniesioną częścią udziałów. Koszty sądowe są zazwyczaj zbyt wysokie, a sprawy zbyt długo rozpatrywane, by drobnemu przedsiębiorcy opłacało się zakładać sprawę. Potencjalnie poszkodowani mogliby wejść w pozew zbiorowy. Mogliby, gdyby o sobie wiedzieli.

- Dlatego należy wybierać renomowane firmy doradcze, takie, które na swoich stronach podają listę klientów, którym pomogły pozyskać i pomagają rozliczyć kolejne etapy inwestycji dokonywanych za środki z Unii. Do takich klientów warto zadzwonić i zapytać o opinię na temat współpracy z doradcą. Warto też sprawdzić, jak duży jest taki klient, w co inwestuje etc. Wówczas można ocenić również profil, specjalizację firmy doradczej - radzi Anna Misiołek, prezes zarządu Abbeys - Europejskie Doradztwo Finansowe.

Sama chwali się ponad 94-proc. skutecznością w pozyskiwaniu dotacji dla klientów. To nic dziwnego, o swojej ponad 90-proc. skuteczności zapewnia większość firm doradczych. Różnica jest taka, że renomowaną firmę można sprawdzić. Zwykle już na stronie internetowej podaje listę klientów i wysokość pozyskanych dla każdego z nich środków. Potwierdzenie tych informacji to pestka.

Tyle że renomowane firmy, zatrudniające prawników i księgowych, biegłych również w przepisach europejskich, nie pochylają się nad wnioskami za kilkaset tysięcy (chyba że to któryś z kolei wniosek stałego klienta). W dodatku małego przedsiębiorcy zwyczajnie na takie usługi nie stać. Umowy zwykle są zawierane na pakiet usług, w którym koszt przygotowania samego wniosku jest niedużą pozycją. Później dochodzą usługi prawne i doradcze przy rozliczaniu kolejnych etapów inwestycji. Godzina pracy księgowego czy prawnika wynosi 50-100 zł, a im inwestycja większa, tym dokumentów więcej i do zebrania, i do wypełnienia.

Wielu przedsiębiorców nie bierze przy tym pod uwagę, że prowadzenie rozliczeń oparte jest na innych przepisach i wymaga innej księgowości niż ta prowadzona na co dzień. Zwykle myślą, że albo poradzą sobie sami, albo więcej faktur do obsługi przejmie na siebie zatrudniona księgowa.

- Znajomi przedsiębiorcy uprzedzali mnie, że bez dodatkowego wsparcia sobie nie poradzę. Nie uwierzyłam i poniosłam konsekwencje. Ale nawet z fachową siłą prowadzenie rozliczeń nie jest łatwą sprawą - przyznaje Anna, która za pieniądze z UE rozwija ośrodek turystyczny na Mazurach.

Podkreśla, jak wszyscy nasi rozmówcy - obecni i nieobecni w tym tekście - którym udało się otrzymać europejskie wsparcie, gehennę rozliczeń. - Zbliżały się święta. Na placu budowy kilkudziesięciu robotników czeka na wypłatę. Musimy też zapłacić za kolejne materiały i dostawy. A instytucja pośrednicząca w dystrybucji wsparcia z UE wstrzymuje nam wypłatę kolejnej transzy. Inspektorzy wciąż proszą o kolejne dokumenty, nie uznają kwalifikowalności wydatków. Zalegamy z płatnościami, dostawcy straszą zerwaniem umów. By zapłacić najpilniejsze rachunki, czyścimy prywatne konta, wykorzystujemy limity debetowe. To nie pomaga, nadal brakuje. Nam pieniędzy, instytucji pośredniczącej kolejnych papierków - opisuje Anna.

Składa wniosek o kredyt pomostowy w kilku bankach, który większość, po rozpoznaniu sytuacji, odrzuca. Jeden się godzi, ale na niezwykle niekorzystnych warunkach. Anna kredyt bierze, bo ma nóż na gardle. Ale na wszystkie płatności nadal nie wystarcza. W końcu wymusza na urzędniczce wypłatę raty dotacji w częściach - po trochu za każdy zaakceptowany papierek. Jak? Płaczem. Prawdziwym kobiecym szlochem.

Tyle szczęścia w relacjach z urzędem nie miał Jacek Malec, prezes firmy Momo specjalizującej się w automatycznych stacjach paliw.

Jego przygoda związana z pozyskaniem środków z Unii trwała trzy lata. Zaczęło się od przyznania dotacji na usługi doradcze przy prywatyzacji przedsiębiorstwa. Pieniądze, w łącznej kwocie 260 tys. zł, zostały wydane na firmę doradczą, której celem było znalezienie inwestora oraz wprowadzenie akcji do obrotu.

- Nawiązaliśmy współpracę z fińską firmą, która docelowo miała objąć 49 proc. udziałów w spółce. W pierwszym etapie przejęła 7 proc. Kłopoty zaczęły się, gdy złożyliśmy do instytucji pośredniczącej wniosek o wypłatę dofinansowania. Nie występowaliśmy od razu o całą kwotę, czyli 50 proc. tego, co wydaliśmy na doradców. Wybraliśmy metodę małych kroków, która zresztą była uzgodniona, przy występowaniu o dotację, czyli wystąpiliśmy o zwrot 40 tys. zł - tłumaczy Jacek Malec. - Instytucja wspierająca nie dawała znaku zainteresowania naszym wnioskiem. Gdy się upomnieliśmy, usłyszeliśmy, że powinniśmy jednak złożyć wniosek o wypłatę całego dofinansowania. Zapytaliśmy po co, skoro są już problemy z wypłatą mniejszej kwoty. Nie otrzymaliśmy odpowiedzi. W końcu stwierdziliśmy, że rezygnujemy z dotacji, bo każde złożenie wniosku wiąże się z wydatkiem na firmę doradczą, czyli z marnowaniem naszych własnych pieniędzy. A ta, gdy wie, że przedsiębiorstwo ma pieniądze przyznane z UE, bierze trzy razy tyle co normalnie za swoje usługi - opowiada.

Na tym jednak kłopoty Momo się nie skończyły. W międzyczasie inwestor fiński wycofał się z dalszego inwestowania w spółkę, która z tego tytułu straciła kilkanaście milionów złotych. Tyle miała dostać za kolejne, nieobjęte udziały.

- Usłyszeliśmy, że jeśli tak postępuje się w Polsce z przedsiębiorcami, to on nie chce inwestować w takim kraju. Straciliśmy więc inwestora, wydaliśmy więcej, niż powinniśmy, na doradców i nie otrzymaliśmy dofinansowania - podsumowuje Jacek Malec.

Magazyn na dokumenty

Instytucje pośredniczące w dystrybucji środków z UE postępują - rzecz jasna - zgodnie z prawem. Tak szczegółowe kontrole, drobiazgowe badanie każdej faktury zakupu, sprawdzenie, jak został wydany każdy złoty, wymuszają na nich przepisy i rozporządzenia UE. Stali beneficjenci funduszy przyznają wręcz, że na przestrzeni lat wiele się zmieniło na korzyść - choćby to, że w wielu konkursach, jeśli od momentu przygotowania wniosku do momentu realizacji inwestycji zmieniły się warunki i po kilkunastu miesiącach można za te same pieniądze kupić wyższej klasy sprzęt, to przedsiębiorca może dokonać takiej inwestycji. Musi jedynie o planowanej zmianie powiadomić instytucję finansującą. Na początku perspektywy finansowej 2007-2013 za taką zmianę groziło cofnięcie dotacji, a na pewno niewypłacenie transzy.

Tomasz Giewartowski, dyrektor zarządzający WYG International, przyznaje, że przed beneficjentami stawiane są wygórowane wymogi dotyczące uczestnictwa w konkursach. Procedury są bardzo trudne do spełnienia. W efekcie wygrywają firmy, które stać na zatrudnienie doradców, prawników i osób rozliczających projekty. - A powinny mieć do nich dostęp małe firmy, regionalne fundacje i stowarzyszenia, które z imienia i nazwiska znają swoich beneficjentów - podkreśla. - W dodatku wydaje mi się, że jest już utarty sposób konstrukcji wniosków o dofinansowanie. Dobre oceny uzyskują te aplikacje, w których użyto odpowiedniego żargonu, a nie te, które dotykają istoty rzeczy - dodaje.

Tomasz Giewartowski nie ma dobrego zdania o systemie pozyskiwania dotacji i rozliczania ich, pomimo że WYG International odniosła sukces. Jest jednym z największych beneficjentów Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki.

- Wnioski w naszej firmie przygotowuje 10 osób, to 5 proc. załogi. Znają procedury aplikacji, system realizacji i rozliczeń. Później dochodzi do procesu realizacji, kiedy włączają się prawnicy, księgowi, szkoleniowcy - w sumie kolejne 100 osób. Korzystamy też z pomocy prawnej - opisuje skalę przedsięwzięcia Giewartowski.

Tłumaczy, że osobnym problemem są kontrole, które przeprowadzają instytucje finansujące w firmach beneficjentów. Dla nich muszą być przechowywane dokumenty w formie papierowej. W WYG International oglądamy pokój wielkości sporego salonu wypchany segregatorami niemal po sam sufit. To dokumenty, które firma musi przechowywać.

W niedużej firmie kontrole mogą sparaliżować pracę na kilka dni. - Podczas takiej kontroli ekspert oceniający etap realizacji inwestycji nie rozróżnił pojęć modelu i prototypu. Myślał, że prototyp to pierwsze, co powstaje w firmie. Nakazał zwrot wypłaconej transzy. Sprawa niemal skończyła się w sądzie - mówi innowacyjny mikroprzedsiębiorca, kolejny beneficjent PO IG (nie chce ujawniać nazwiska, bo nie zakończył inwestycji, nie skończyły się też jego kłopoty z kontrolami). - W każdym razie zanim kolejny raz wystąpię o dotację, walnę się dwa razy w łeb. Bo człowiek albo pracuje i rozwija firmę, albo wypełnia papierki i rozlicza dotacje. Ale wtedy nie pracuje - wypala.

Nic się nie da zmienić

Są też inne powody, dla których przedsiębiorcy zaczynają mieć już dość Unii, a dokładnie inwestycji robionych przy udziale pozyskane od niej pieniądze. Przeważnie dlatego, że przez nią umoczyli swoje dotychczas zgromadzone oszczędności.

- Projektu, na który otrzymało się już dofinansowanie, nie da się zmienić. Nawet wówczas, gdy w trakcie inwestycji okazuje się, że po wdrożeniu nie będzie zapotrzebowania na taki produkt lub usługę. A byłoby, gdyby tylko delikatnie został zmieniony model biznesowy. Na przykład usługa, która jest oferowana jako jednorazowa, byłaby sprzedawana w abonamencie - mówi Tomasz Popów, twórca czterech start-upów. - Tymczasem tego typu ingerencja wiązałaby się z utratą przyznanej dotacji. Bo instytucja finansująca od razu zainteresowałaby się, dlaczego realizacja projektu przeciąga się w czasie. Przyglądając się dokładnie, mogłaby uznać, że dotacja się nie należy, a przecież przedsiębiorca wydał już swoje pieniądze. By więc nie stracić ich do reszty, decyduje się realizować to, co wcześniej zadeklarował. Choć z góry wiadomo, że to nie ma większego sensu i pożytku, a sukcesu rynkowego nie da się osiągnąć - tłumaczy.

Nie mówiąc już o tym, że za zmianę w modelu biznesowym trzeba zapłacić. Z reguły oznacza to wydatek przynajmniej kilkudziesięciu tysięcy złotych. Dla małych firm to kolejny problem. - Inny przykład to nowy obiekt Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu, wybudowany ze środków unijnych. Aż się prosi, by w środku zainstalować automat vendingowy - do sprzedaży napojów czy słodyczy. Nie wolno i to aż przez pięć lat, bo taki został wyznaczony okres trwałości projektu w formie zaakceptowanej przez Unię - podkreśla Tomasz Popów.

Pozyskanie dotacji z Unii porównuje do wybrania sobie na pierwszym roku studiów narzeczonej, z którą weźmie się ślub, ale dopiero za pięć lat.

Pozyskanie unijnych dotacji przypomina wybranie sobie na pierwszym roku studiów narzeczonej, z którą weźmie się ślub, ale dopiero za pięć lat

@RY1@i02/2014/080/i02.2014.080.00000180b.804.jpg@RY2@

Michał Kość/Reporter

Patrycja Otto

Beata Tomaszkiewicz

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.