Bycie dobrym i zielonym nie zawsze kosztuje mniej
Bywa, że ESG staje się sprawą polityczną. I jako taka się objawiła po upadku Silicon Valley Bank. Instytucję finansową oskarżono o skupianie się bardziej na kwestiach inkluzyjności niż na ryzyku. Zwłaszcza że przez ostatnie dziewięć miesięcy bank z Doliny Krzemowej nie miał dyrektora do zarządzania tym ostatnim. Tyle wystarczyło, aby narodził się solidny problem. Biznesowy i polityczny.
W ill Hild, dyrektor zarządzający organizacji Consumers’ Research, był jedną z pierwszych osób, które powiązały upadek Silicon Valley Bank z ESG, woke culture (kulturą przebudzonych) i inwestycjami w duchu zrównoważonego rozwoju. Jeden rzut oka na Twitter Hilda wystarczy, aby zauważyć, że jest on związany ze środowiskiem Republikanów i szczerze nie cierpi ESG. Samo ESG jawi się w jego mediach społecznościowych jako realne zagrożenie dla zwykłych Amerykanów, amerykańskiej gospodarki i wolności gospodarczej.
O zaostrzeniu ataku środowisk związanych z GOP (Grand Old Party, czyli Republikanami) na przebudzoną Wall Street (woke Wall Street) donosił jeszcze przed upadkiem SVB „Washington Post”: „Finansowana przez tajemniczych darczyńców, mało znana grupa o nazwie Consumers’ Research wyłoniła się jako kluczowy gracz w konserwatywnej krucjacie mającej na celu uniemożliwienie Wall Street uwzględnienia zmian klimatycznych w swoich decyzjach inwestycyjnych” – pisał w styczniu Steven Mufson.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.