Rząd często ma rozbieżne interesy z sektorem prywatnym
Henryka Bochniarz: Dlaczego ten sam minister, który nie chce z nami rozmawiać w kraju, miałby zacząć dogadywać się z nami w Brukseli?
Jak ocenia pani polski lobbing w UE?
Obecność polskiego biznesu w Brukseli jest niewystarczająca, natomiast rząd chyba nie do końca dostrzega, co robią ci, którzy już tam są. Szkoda, bo nasza aktywność jest zauważana przez unijne instytucje i rządy innych państw.
Lewiatan został w zasadzie powołany do tego, by reprezentować polskich przedsiębiorców w Brukseli. W czasie procesu akcesyjnego zauważyliśmy, że sektor prywatny był tam bardzo kiepsko reprezentowany. Rząd zajmował się swoimi spółkami, ale prywatnych przedsiębiorców nikt nie pytał o zdanie. Wtedy pojawił się pomysł stworzenia Konfederacji Lewiatan, aby reprezentować polski biznes przy Unii. Nasze biuro w Brukseli założyliśmy w 2001 r. Trzy lata przed akcesją.
Ale to nie wystarcza?
Przede wszystkim to bardzo kosztowne działanie. Bruksela nie jest tania, dlatego od dłuższego czasu namawiam moich kolegów z innych organizacji [zrzeszających przedsiębiorców – red.], abyśmy wspólnie wynajęli powierzchnię dla nas wszystkich. Mielibyśmy wspólny sekretariat, sale konferencyjne, miejsce do prowadzenia spotkań. Wszyscy pokrywalibyśmy koszty wynajmu. Tak działa niemiecki dom biznesu The German Business Representation pod auspicjami największych niemieckich organizacji BDI i BDA. To jest ich przestrzeń i nikomu do głowy by nie przyszło, aby oddać to pod parasol rządu. Polskie władze mają w Brukseli Stałe Przedstawicielstwo przy UE, którego zadaniem jest przedstawianie polskiego stanowiska wobec instytucji UE. Powinno być ono wcześniej konsultowane z przedsiębiorcami w kraju, a potem komunikowane ich biurom w Brukseli. Pozwala to prezentować je np. w BusinessEurope. Rząd ma nierzadko rozbieżne interesy z sektorem prywatnym. Dlatego słucham propozycji rządu ze zdziwieniem, bo obecnie trudno mi sobie wyobrazić, by miała powstać wspólna przestrzeń dla przedsiębiorców państwowych i prywatnych pod kuratelą rządu. Na początek potrzebne jest uporządkowanie dialogu społecznego na krajowym podwórku – musimy poważnie rozmawiać na temat wspólnych stanowisk wobec propozycji instytucji unijnych. Lewiatan reprezentuje tam polski biznes, czyli polskie interesy. Powinno być łatwiej o wspólny język.
Rząd chce, by Business House Polska prowadziły spółki państwowe. Czy bez udziału rządu sektor prywatny mógłby siedzieć ramię w ramię z państwowym i współpracować?
Sądzę, że tak. Każdy ma swoje interesy i powinien o nie zabiegać, a identyfikacja wspólnych interesów biznesów państwowego i prywatnego byłaby wielką wartością. Ale rząd nie powinien mieszać się do współpracy firm państwowych z prywatnymi. Nie wiem też, jak miałoby to być finansowane. Gdyby miało być tak, że rząd by za to zapłacił, a my byśmy podnajmowali od niego powierzchnię, to trzeba powiedzieć jasno, że rząd nie jest od tego. Nie możemy się uzależniać. Być może strona rządowa chce pokazać, że w Polsce jest wielu przedsiębiorców, którzy uważają dokładnie to samo, co rząd. Ale my często mamy odmienne zdanie. Nie oznacza to jednak, że nie możemy być partnerami.
Jakie są największe bolączki polskiego lobbingu w Brukseli?
Najgorsze jest przekonanie, że można realizować swoje interesy w Brukseli zza biurka w Warszawie. Na dodatek lobbing bardzo źle się w Polsce kojarzy, bo lobbystom często przyklejano w przeszłości łatki „aferzystów” i „załatwiaczy”. Nawet firmy członkowskie zadają pytania o potrzebę przeznaczania tak wysokich nakładów na prowadzenie biura w Brukseli. Polski biznes ciągle uważa, że Bruksela i Unia Europejska to są „oni”, a nie „my”. Tymczasem to, na ile nasz głos jest słyszalny w UE, zależy od nas samych. Bez tego nie uda nam się wygrać, a walenie pięścią w stół to żadna strategia.
Unia to są relacje, budowanie kontaktów, podpytywanie, czasami wręcz natarczywość, by dostać odpowiednie dokumenty, by mieć w ręku istotny projekt. Dlatego uważam, że przedsiębiorcy powinni to robić razem. Działalność w Brukseli wymaga ogromnych nakładów pieniędzy i czasu. Gdyby każdy się do tego dołożył, moglibyśmy mieć wspólną obsługę i w wielu kwestiach pracować razem. Nie oszukujmy się, że wszystkim nam uda się mówić jednym głosem. Każdy ma swoje interesy i o co innego zabiega. W wielu jednak kwestiach możemy współpracować, bez tego jesteśmy praktycznie sami na placu boju.
Podobno polski biznes w Brukseli reprezentują na co dzień 64 osoby. Niemcy mają tam 1400 ludzi.
Nie mamy się co z Niemcami porównywać, to wielokrotnie silniejsza gospodarka. Natomiast za wzór możemy brać współpracę niemieckich firm z niemieckim rządem i ich przedstawicielstwem w Brukseli. Gdy jest posiedzenie Parlamentu Europejskiego, niemieccy deputowani mają wszystkie stanowiska przygotowane przez biznes. Nas rząd prosi czasami o opinię na temat swojego stanowiska dotyczącego regulacji unijnych, ale to na 24 lub 48 godzin przed jego wysłaniem. Najczęściej sami musimy zabiegać o uwagę naszych przedstawicieli w Brukseli. Jesteśmy kompletnie na początku drogi, jeśli chodzi o wzajemne zrozumienie.
To może rzeczywiście miejsce w Brukseli, w którym ramię w ramię współpracują rząd z biznesem, pozwoliłoby lepiej bronić polskich interesów?
To się od siedzenia w jednym budynku w Brukseli samo nie zrobi. Żeby w Unii udawało się realizować interesy biznesu, to w Warszawie musi być partnerska współpraca. A widzimy, w jaki sposób przyjmuje się dzisiaj w Polsce ustawy, jak wyglądają konsultacje społeczne. W liście organizacji pracodawców do prezydenta Andrzeja Dudy w listopadzie 2018 r. podsumowaliśmy działanie Rady Dialogu Społecznego. Gołym okiem widać, że większość aktów prawnych nie jest konsultowana ze środowiskami gospodarczymi lub konsultowana tylko formalnie.
Projekty idą ścieżką poselską albo w trybie przyspieszonym, aby tylko uniknąć konsultacji. Z dnia na dzień rzucane są pomysły, które dla ludzi od lat siedzących w biznesie nie mają kompletnie sensu. To proste – wystarczyłoby wydłużyć konsultacje, zapytać o zdanie organizacje przedsiębiorców. Jak w takiej sytuacji można oczekiwać, że w Brukseli będziemy chodzić pod rękę, skoro tu nie ma współpracy? Jeśli nie ma dialogu w kraju, nie będzie go też na zewnątrz. Nie wierzę w to, żeby wynajęcie budynku coś miało zmienić. Dlaczego ten sam minister, który nie chce z nami rozmawiać w kraju, miałby zacząć dogadywać się z nami w Brukseli? ©℗
Całość rozmowy dostępna na Dziennik.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu