Świat potrzebuje nowych opowieści
Od początku marca, kiedy główne światowe rynki akcji sięgnęły dna, sytuacja ogromnie się poprawia. Niektóre giełdy, zwłaszcza w Chinach i w Brazylii, rekordowy spadek odnotowały dwukrotnie – jesienią i w marcu – potem jednak kursy na nich gwałtownie wzrosły: w maju brazylijski wskaźnik Bovespa był o 75 proc. wyższy niż w październiku, a chiński Shanghai Composite wzrósł w tym czasie o 54 proc. Prawie wszędzie zresztą od marca nastąpiła wyraźna poprawa. Czy sugeruje to, że światowy kryzys gospodarczy ma się ku końcowi? Czy mogło się zdarzyć, że wszystkich jednocześnie opanował optymizm, który doprowadzi do szybkiego wyjaśnienia wszystkich naszych problemów?
Boomy o charakterze spekulacyjnym mają podłoże psychologiczne. Rosnącym cenom akcji towarzyszą opowieści o bogacących się inwestorach. Ludzie zaczynają im zazdrościć i zastanawiać się, czy zwyżka kursów nie zwiastuje dalszego wzrostu. Pojawia się pokusa wejścia na rynek, i to nawet wśród ludzi zasadniczo wątpiących w możliwość trwałości boomu. Tak więc wzrost cen akcji staje się przyczyną dalszej ich zwyżki i ta sekwencja zaczyna się powtarzać. Do czasu.
Podczas boomu ludzie biorą pod uwagę wejście na rynek aktywów ze strachu przed stratami, jakie mogą ponieść, jeśli tego nie zrobią. Nie ma przy tym pewnej odpowiedzi na pytanie, jaka powinna być właściwa decyzja, a wśród ekspertów nie ma też zgody co do tego, jaki powinien być stopień zaangażowania na takim rynku. 30 proc. na rynku akcji, a 70 proc. na rynku nieruchomości mieszkalnych czy odwrotnie? Kto to wie? Ostateczna decyzja opiera się w większości na niezgranych ze sobą czynnikach emocjonalnych.
Co mogłoby przemawiać za wejściem na rynek? Wygląda na to, że od marca na rynku akcji nie pojawiły żadne zasadnicze nowości – poza samym wzrostem cen. Ludzka skłonność do reagowania na zwyżki jest zawsze obecna, prowadząc do wytwarzania się boomów i baniek spekulacyjnych. Jest to jednak tylko podłoże, mechanizm wzmacniający działanie innych czynników. Ale świat nie jest w stanie odtworzyć entuzjazmu sprzed paru lat, zwłaszcza że pojawia się tu ogromny problem związany z koordynacją: nie wszyscy zwracamy uwagę na ruchy cen w tym samym czasie, zatem decyzje o zakupie akcji też są podejmowane w różnym czasie. W efekcie wszystko dzieje się powoli, a w dodatku mogą się wówczas pojawić złe wiadomości. Jedną możliwość zdecydowanego powrotu zaufania w skali światowej stanowiłaby sytuacja, w której nasze myślenie skupiłoby się wokół jakiejś inspirującej opowieści – pomijając tę o samych zwyżkach notowań.
W wydanej w 2009 roku książce Animal Spirit wraz z Georegem Ackerlofem piszemy o tym, że makroekonomiczne wzloty i upadki są w dużym stopniu napędzane przez opowieści. Takie narracje – zwłaszcza te, których podłoże stanowią poruszające historie ludzkie – uważa się za wirusy, których złapanie ciągnie gospodarkę. „Wskaźnik zarażalności” tymi opowieściami zależy od ich związku z faktami, ale największą rolę odgrywają te, w których zawarto przekonujące argumenty. Te narracje charakteryzuje uporczywość powodująca, że wpływają one na nasze poglądy.
Opowieść napędzająca giełdową bańkę spekulacyjną, której szczyt przypadł w 2000 roku, była złożona. Ujmując rzecz w skrócie, dotyczyła tego, że w globalizującej się gwałtownie gospodarce sprytni i agresywni ludzie przewodzą na drodze do nowej ery kapitalistycznej chwały. Tacy ludzie stali się nowymi przedsiębiorcami i komiwojażerami na drodze do prosperity. Postronnym obserwatorom ta narracja wydawała się dobrze udokumentowana, bo powiązana była z milionami wzbudzających zainteresowanie drobnych opowieści o rzucających się w oczy sukcesach przyjaciół, sąsiadów i członków rodzin – tych, którzy mieli wizję entuzjastycznego uczestnictwa w tym nowym środowisku.
Dziś jednak, gdy wokół słyszy się tyle opowieści o kłopotach, trudno znów stworzyć taką narrację. Podstawą utrzymującego się od marca na giełdach odbicia nie jest – jak się wydaje – żadna inspirująca narracja, ale raczej fakt, iż nie pojawia się więcej naprawdę złych wiadomości, a także świadomość, że wszystkie poprzednie recesje kiedyś się przecież kończyły. W czasach, gdy w gazetach pełno zdjęć wystawianych na sprzedaż przez kredytodawców domów (a nawet rozbiórek budynków, które stały się zbędne), trudno dostrzec inny powód giełdowego odbicia poza wynikającym z opowieści o tym, że każda recesja wcześniej czy później się skończy.
Tak więc opowieść o tryumfującym kapitalizmie rozwiała się, podobnie jak nasza wiara w handel międzynarodowy. I tu właśnie leży problem: nie ma wiarygodnego czynnika sprawczego, który wywołałby gwałtowne ożywienie.
Z zainicjowaniem ożywienia gospodarczego jest bowiem trochę tak jak z lansowaniem nowego filmu: nikt nie wie, jak ludzie nań zareagują, dopóki go nie obejrzą i nie zaczną między sobą o nim rozmawiać. Nowy Star Trek, oparty na kolejnej przeróbce widowiska telewizyjnego sprzed ponad 40 lat, zadziwił wszystkich, bo już podczas pierwszego weekendu przyniósł 76,5 mln dol. wpływów.
Ta stara opowieść zawierała bowiem w sobie pewne podniety, które powróciły wraz z nowym filmem. Musimy więc mieć również nadzieję, że te same stare opowieści, jakie dodawały nam popędu w przeszłości: o rozwoju kapitalizmu i jego rozprzestrzenieniu się na całą gospodarkę światową można będzie jeszcze jakoś odkurzyć i odnowić, żeby znów dodały animuszu temu „zwierzęcemu instynktowi”, który pobudza ożywienie gospodarcze. Nasze wysiłki na rzecz stymulowania gospodarki powinny skupiać się na poprawieniu scenariusza tych opowieści, tak żeby znowu stały się one wiarygodne.
Oznacza to, że trzeba sprawić, żeby kapitalizm funkcjonował lepiej i żeby na pewno nie było zagrożenia protekcjonizmem. Ale uzasadnieniem tych poczynań musi być dążenie do wciągnięcia gospodarki światowej z ryzykownego położenia, w jakim się dziś znajduje, nie zaś pchanie nas w kierunku kolejnej bańki spekulacyjnej.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.