Kryzys pogrążył państwa bałtyckie
"Kryzys" to najbardziej znienawidzone słowo w państwach bałtyckich. Tak bardzo, że za jego publiczne wymówienie chciano na Litwie wprowadzić karę w wysokości 25 euro. Zdelegalizowany "kryzys" miało zastąpić "wyzwanie".
Przez ostatnie lata Litwa, Estonia i Łotwa były stawiane za wzór całej Europie. W latach 2003 - 2007 Wilno rozwijało się w tempie od 6 proc. do 9 proc. rocznie. Podobnie Ryga i Tallin. Odrestaurowane miasta lśniące nowymi kamienicami, autostrady, na nich drogie samochody. I stabilne oraz mocne waluty, dzięki którym przyjęcie euro nie wymagałoby żadnych wyrzeczeń.
W ciągu zaledwie kilku tygodni liderzy Europy stali się bankrutami. Dwa lata temu na Litwie było niewiele ponad 4 proc. bezrobotnych. Teraz jest ich ponad 15 proc. Załamał się rynek nieruchomości napędzający gospodarkę. W samym tylko Wilnie jest ledwie 2 tys. mieszkań na sprzedaż, a ok. 2,5 tys. ma zostać wybudowanych do końca grudnia. Miesięcznie udaje się sprzedać około stu.
Choć coraz więcej ekonomistów wieszczy koniec kryzysu, sytuacja Litwy, Łotwy i Estonii szybko się nie polepszy. Według ogłoszonych w ubiegłym tygodniu danych gospodarka Litwy w tym roku skurczy się o ponad 22 proc., Łotwy o prawie 20 proc., a Estonii o 16 proc. A to oznacza kolejne bankructwa i jeszcze więcej bezrobotnych. - U mnie w firmie zwolniono ponad 30 proc. wszystkich pracowników. Tym, którzy zostali, zmniejszono wypłaty prawie o połowę. W pracy panuje bardzo napięta atmosfera, naciska się na ludzi, by sami odchodzili - tak sytuację w swojej firmie opisywała czytelniczka "Kuriera Wileńskiego".
pc
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu