Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Gospodarka

Przez cały ten rok niemal nie walczyliśmy z kryzysem

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Mija dziś rok od upadku banku Lehman Brothers - co zapoczątkowało światowy kryzys finansowy. Co znamienne, niemal w tym samym momencie Donald Tusk zapowiadał w Krynicy wprowadzenie w Polsce euro w 2011 roku. Czy sądzi pan, że przez ten rok zbliżyliśmy się do bardziej realistycznego oglądu gospodarki?

WITOLD GŁOWACKI:

DARIUSZ ROSATI:

Mam wrażenie, że to, co rok temu obiecywał premier, zostało mu wrzucone do agendy w ostatnim momencie. Przecież rok 2011 był wówczas terminem niemożliwym do osiągnięcia nawet ze stricte technicznego punktu widzenia. Jak sądzę, doradcy premiera zastanawiali się wówczas, co takiego właściwie Donald Tusk powinien powiedzieć, by odbiło się odpowiednio głośnym echem - jechał przecież do Krynicy na ważną konferencję ekonomiczną, musiał mieć coś w zanadrzu. Padło na euro - co nie było szczęśliwym wyborem. Ale pamiętajmy, że rok temu w Krynicy nikt jeszcze nie zdawał sobie sprawy z głębokości kryzysu i jego konsekwencji.

Może nie do końca. Ministerstwo Finansów mogło mieć pewne sygnały, że siada popyt wewnętrzny i zagraniczny. Nie zmienia to jednak faktu, że minister Jacek Rostowski nie chciał tego przyznać aż do końca stycznia następnego roku.

To był wciąż sam początek kryzysu. To było zaskoczenie nie tylko dla nas. Bank Lehman Brothers upadł 15 września, ale giełdowy efekt domina zaczął się potem. W Krynicy nikt jeszcze nie przeczuwał, że zaczyna się największy kryzys gospodarczy od czasów wojny.

Z pewnością zdecydowanie za dużo jest przypisywania sobie zasług za zjawiska, które w żadnym razie nie są efektem polityki rządu.

Tak. Uważam, że od samego początku rząd nie przedstawił żadnej sensownej strategii aktywnej walki z kryzysem. Początkowo rolę strategii miało spełniać założenie trzymania deficytu na ustalonym poziomie i cięcia wydatków na oślep. Była to błędna strategia i na szczęście nie była realizowana. Rząd nie próbował też podtrzymać koniunktury za pomocą świadomej polityki fiskalnej ani też nie przyjął żadnych rozwiązań systemowych. Zamiast tego mamy dryf...

Ona weszła w życie, ale pozostaje niewykorzystana. Stawia zbyt duże wymagania - trzeba mieć wysokie notowania i czystą historię kredytową, co w warunkach kryzysu jest niezwykle trudne do spełnienia.

...czyli zbiór rozwiązań z zakresu prawa pracy. Tak - tylko że wszedł on w życie co najmniej o pół roku za późno. Przez ten czas zdążyliśmy w Polsce stracić 300 tys. miejsc pracy. Ten pakiet powinien obowiązywać już w listopadzie zeszłego roku! Obawiam się, że minister finansów już dawno utracił wiarygodność. Za Jackiem Rostowskim ciągnie się pasmo kompletnie sprzecznych i rozmijających się z rzeczywistością wypowiedzi. Najpierw - jeszcze w styczniu w Sejmie - upierał się, że gospodarka w Polsce będzie rosła w tempie 3,7 procent a projekt budżetu jest realistyczny. Dwa tygodnie później premier ogłosił stan alarmowy, zaczęły się oszczędności i cięcia, potem okazało się, że trzeba będzie nowelizować budżet. Teraz minister finansów mówi nam, że zbudowaliśmy sobie wiarygodność, bo uwierzono, że nie będziemy wydawać, podczas gdy wydawaliśmy i będziemy wydawać jeszcze więcej. Szczerze mówiąc, to się kupy nie trzyma.

Polska gospodarka ma po prostu sporo szczęścia. Jest kilka czynników, które łagodzą u nas przebieg kryzysu - będących strukturalnymi cechami polskiej gospodarki. To niska zależność od eksportu, stosunkowo niskie uzależnienie od kredytów bankowych.

Podzielam ten pogląd. To, że mamy niedorozwinięty system bankowy, nie oznacza, że jest to naszą zasługą. To wynik naszych słabości, a nie siły. A już na pewno nie jest to efekt działań rządu.

Niekoniecznie. Pamiętajmy, że do kieszeni społeczeństwa trafiły ostatnio dość spore nadwyżki. Sprawiły to w ciągu ostatnich dwóch lat likwidacja składki rentowej, obniżka podatków i wzrost płac. Napę- dziliśmy w ten sposób do gospodarki sporo pieniędzy, które do teraz są przejadane. A ponieważ ich źródła wysychają, wcale nie zdziwiłbym się, gdybyśmy w III i IV kwartale tego roku przestali notować wzrost.

Wciąż jesteśmy opóźnieni względem Zachodu o co najmniej kwartał, jeżeli nie dwa. Tam dopiero zaczyna się stabilizacja. Ale Polskę może jeszcze dotknąć spadek PKB.

Tak, tym bardziej że wygasają powoli te czynniki, które umożliwiały nam jazdę na gapę. Skończył się program wspomagania zakupów samochodów przez rząd niemiecki, który korzystnie wpływał na nasz przemysł motoryzacyjny. Umacnia się kurs złotego, co sprawia, że dla naszych sąsiadów przestajemy być korzystnym rynkiem zakupów. Będzie też rosło bezrobocie. To będzie się przekładało na popyt wewnętrzny. I naprawdę czekają nas jeszcze trudne chwile.

Na pewno nie w Polsce. Później weszliśmy w kryzys, później też z niego wyjdziemy. Nie sądzę, żeby czekał nas dramat - jeżeli dotknie nas recesja, to raczej na poziomie jednego punktu procentowego. Ale nie mamy też powodu, by liczyć na szybkie przyspieszenie. Na to musimy poczekać co najmniej do drugiej połowy 2010 roku.

@RY1@i02/2009/180/i02.2009.180.000.015a.101.jpg@RY2@

Marcin Kaliński

Dariusz Rosati, ekonomista, były szef MSZ

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.