Ceny akcji sprzed dwóch lat nie wrócą
- Dla realnej gospodarki rok 2009 będzie bardzo trudny. Będą problemy związane z coraz częstszym przejmowaniem przez banki domów, na których ustanowiono hipotekę; na pierwszych stronach będziemy czytać o ludziach, którzy nie mogą spłacić kredytów na samochody i zadłużenia z tytułu kart kredytowych. Inaczej mówiąc, te bóle, które rynki kapitałowe przeżywały w 2008 roku, w tym roku staną się udziałem realnej gospodarki.
- Prawdopodobnie w styczniu rynki akcji nieco się ożywią, bo za kulisami jest bardzo dużo pieniędzy i ludzie muszą inwestować. Będziemy świadkami ogromnego ograniczenia alokacji produktów o niskiej płynności i udziałów w funduszach arbitrażowych i firmach private equity. Nastąpi powrót do akcji spółek publicznych.
- Chyba nie, ponieważ wyniki finansowe za czwarty kwartał są okropne. Ale mamy coś, co się nazywa pakietem stymulacyjnym. Wobec tego w drugiej połowie roku gospodarka będzie bardziej stabilna.
- Nie. Oddłużanie (deleveraging) przybiera tak dramatyczne rozmiary, że niezależnie od wielkości pakietu stymulacyjnego kolejna redukcja zadłużenia będzie znacznie bardziej destruktywna niż pakiet bodźców.
- Obawiam się dwóch rzeczy. Pierwsza dotyczy zwyżki na rynku: boję się, że wszyscy nie doceniamy, jak szybko może nastąpić powrót zaufania i odbicie rynków. Z powodu tych wszystkich pakietów stymulacyjnych ceny surowców zaczną rosnąć, a lęk przed deflacją zmieni się w lęk przed inflacją. Po wtóre - i tego bardziej się boję, gdy zastanawiam się, jaki będzie rok 2009 - wszystkie te pakiety stymulacyjne spowodują powstanie krajowego deficytu rzędu od półtora do dwóch bilionów dolarów. Co będzie, gdy zabraknie chętnych na skarbowe papiery dłużne? Jesteśmy uzależnieni od ich zakupu przez Chiny, Japonię i Bliski Wschód.
- W obecnej chwili nie obawiam się załamania dolara. Boję się natomiast, że wraz z pogarszaniem się stanu rozwiniętych gospodarek w I połowie roku wszystkie inne kraje, które są tradycyjnymi wielkimi nabywcami naszych papierów skarbowych, zaczną kupować mniej właśnie w chwili, gdy nasza podaż wzrasta.
- Racja. Jeżeli deficyt będzie tak wielki, jak przypuszczam i jeśli nastąpi krańcowy spadek zakupów naszego długu przez zagranicznych nabywców, czy oprocentowanie dziesięcioletnich obligacji skarbowych może powrócić do 3,5 proc.? To miałoby wysoce destruktywny wpływ na naszą gospodarkę.
- Powiedziałbym, że nigdy nie powrócą do poziomu sprzed dwóch laty. Straty niektórych strukturyzowanych papierów wartościowych, stworzonych w epoce ekscesów, są nieodwracalne.
- Bo panowało niesłychanie silne przekonanie - nawet wśród organów regulacyjnych - że można tak działać w nieskończoność. Zabrakło obawy, że rynki mogą się zmienić, nie doceniono ryzyka wynikającego z samej natury dźwigni finansowej.
- Trzeba stabilizować aktywa. Uważam, że pierwszy plan był dobry: trzeba było wykupywać zagrożone aktywa. Patrząc z perspektywy czasu, błąd polegał na tym, że wykupu zagrożonych aktywów nie prowadziliśmy dość agresywnie.
Larry Fink, założyciel firmy doradców inwestycyjnych BlackRock, należy do nielicznej grupy szefów firm finansowych, którzy mogliby określić ubiegły rok jako najlepsze i najgorsze czasy. BlackRock i sam Larry Fink wyszli z rynkowej rzezi poturbowani, ale bez skazy na reputacji. Fink założył BlackRock w 1988 roku jako oddział zarządzania aktywami pieniężnymi młodej wówczas Blackstone Group. Miał za sobą wiele lat pracy w First Boston. Pod jego kierownictwem BlackRock stała się jedną z „lokomotyw” branży, ale - chociaż zarządza aktywami wartości 1 250 mld dolarów - nadal stwarza wrażenie małej spółki. To zasługa osobistego stylu szefa. Od 1999 roku, gdy firma stała się spółką publiczną, Larry Fink szeroko rozdzielał bogactwo, natomiast sam nadal żyje skromnie. Do pracy dojeżdża pociągiem z farmy w stanie Nowy Jork, a na wakacje lata komercyjnymi liniami, a nie prywatnymi samolotami.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.