Trzy najważniejsze warunki ożywienia
Prognozowanie stanu gospodarki w 2009 roku jest zarazem łatwe i trudne. Łatwo przewidzieć, że to będzie straszny rok dla USA, Europy i znacznej części Azji. Uprzemysłowiony świat pogrąży się w głębokiej, zsynchronizowanej recesji. Światowy produkt krajowy brutto prawdopodobnie zmaleje po raz pierwszy od lat 30. XX w. Niewiele można zrobić, by temu zapobiec.
Trudna część prognozy polega na tym, by przewidzieć, czy politykom uda się zapobiec przekształceniu się recesji w kryzys i położyć fundamenty pod trwałe ożywienie w 2010 roku. Jedno mogę przewidzieć z prawdopodobieństwem, bliskim pewności: ogromne znaczenie polityki w przyszłym roku.
Wiadomo, że tym, co napędza obecne spowolnienie, jest zjawisko redukcji dźwigni finansowej (deleveraging). Zadłużone ponad miarę gospodarstwa domowe i niedokapitalizowane banki korygują bilanse: pierwsze - gromadząc oszczędności, drugie - ograniczając emisję kredytu. Dopóki ten proces nie zostanie doprowadzony niemal do końca, nie ma szans na trwałe ożywienie gospodarcze.
Do tego zaś jeszcze daleko. Z moich obliczeń wynika na przykład, że realne ceny domów w USA muszą spaść - licząc od najwyższego poziomu - o około 40-50 proc. po to, aby nastąpił powrót do długoterminowego trendu i by relacja cen do czynszów osiągnęła możliwy do utrzymania poziom. Jesteśmy mniej więcej w połowie tego procesu. Pocieszające, że większość korekt cen nominalnych nastąpi do końca 2009 r. albo na początku 2010 r.
Z mniejszym optymizmem patrzę na sektor finansowy. Co prawda i on redukuje dźwignię, ale bez znacznie większego wsparcia kapitałowego ze strony rządów nieprędko osiągnie stan równowagi. Z kolei taka interwencja wymagałaby głębokiej restrukturyzacji - i czasu.
Z tego krótkiego szkicu wynikają trzy najważniejsze zadania polityki w 2009 roku. Po pierwsze, banki centralne nie mogą dopuścić do deflacji. Teraz bardziej niż kiedykolwiek muszą skoncentrować wysiłki na utrzymaniu stabilności cen - w europejskim znaczeniu tego pojęcia, tzn. przy niewielkiej, lecz wyraźnej inflacji rzędu, powiedzmy, 2 lub 3 procent rocznie.
Zakładam, że wobec potęgi zastosowanych posunięć banki centralne wywiążą się z tego zadania. Obawiam się natomiast, że wkrótce potem USA zaczną dążyć do wzrostu inflacji. To zmniejszy, co prawda, realny poziom amerykańskiego zadłużenia, lecz zarazem spowoduje ogromne zniekształcenia kursów walutowych i przepływów pieniężnych, prowadząc w efekcie do kolejnego globalnego kryzysu gospodarczego i finansowego.
Drugim priorytetowym zadaniem jest zmniejszenie sektora finansowego. Przyznaję, że bezładny upadek byłby katastrofalny - ale utrzymywanie obecnego rozdętego sektora nie jest ani pożądane, ani możliwe.
Weźmy na przykład rynek instrumentów przenoszenia ryzyka kredytowego (CDS, ang. credit default swaps) - to niepodlegające regulacji kasyno wartości 50-60 bilionów dolarów, którego jedyną ekonomiczną funkcją jest pomnażanie bogactwa uczestników z wielkim ryzykiem dla światowej stabilności finansowej.
Opowiadam się, co do zasady, za regulacją wszelkiej działalności finansowej zgodnie z jej celem gospodarczym - a ponieważ rynek CDS stanowi, z ekonomicznego punktu widzenia, formę ubezpieczenia, należy go tak traktować i poddać regulacjom, jakim podlega działalność ubezpieczeniowa. Rzecz jasna - będzie to jego koniec.
Powinniśmy szczególnie uważać, by nie ulec pokusie nazbyt szczegółowych regulacji, bo w takiej grze organy nadzorcze znajdą się na przegranej pozycji. Sektor finansowy opanował do perfekcji sztukę obchodzenia sztywnych przepisów poprzez rozprowadzanie istniejących instrumentów i tworzenie nowych.
Trzeba skupić się raczej na podziale banków zbyt wielkich, by można było dopuścić do ich upadłości, i ograniczaniu wielkości sektora finansowego proporcjonalnie do wielkości PKB danego kraju. Nie porywajmy się zwłaszcza na gwarantowanie zobowiązań sektora bankowego, kilkakrotnie większego niż nasze gospodarki.
Po trzecie - i być może najważniejsze - potrzebna jest koordynacja reakcji politycznej na poziomie światowym, ponieważ mamy do czynienia z globalnym kryzysem i z rozlewaniem się jego skutków na różne dziedziny na całym świecie. Od prezydenta Baracka Obamy i jego ekipy gospodarczej chciałbym usłyszeć nie dyskusję, zawężoną do tego, czy impuls finansowy ma wynosić 700 czy 850 miliardów dolarów i na jakie programy ma być przeznaczony, lecz wyjaśnienie, w jaki sposób zamierzają skłonić Europę i Chiny do wspólnego realizowania wspólnej strategii.
Czego krajowe rządy nie powinny robić? Nie powinny pompować kolejnych pieniędzy w infrastrukturę i oświatę. Bez względu na to, jakie problemy takie wydatki rzekomo miałyby rozwiązać, jest to inna kwestia - nie ta, którą trzeba się zająć właśnie teraz.
Nie dostrzegam także żadnej autentycznej koordynacji polityki, w ramach której rządy zobowiązywałyby się do realizacji posunięć, jakich w innym przypadku nie brałyby pod uwagę. Dziś - przynajmniej w Europie - proces koordynacji przebiega na opak: rządy poszczególnych krajów jednostronnie decydują, co chcą zrobić, a potem, na szczeblu Unii Europejskiej, przedstawia się te plany jako koordynację polityki.
Nietrudno stworzyć przekonujący scenariusz katastrofy ekonomicznej. Wybór jest szeroki: najgłębszy we współczesnej historii kryzys; wzrost globalnego protekcjonizmu; dewaluacja konkurencyjnych walut; kryzys funta sterlinga; rozruchy w Chinach, prowadzące do politycznej destabilizacji; dobrze zaplanowany w czasie atak terrorystyczny; uporczywa odmowa koordynacji ze strony przywódców strefy euro; niewypłacalność należącego do niej wielkiego, suwerennego podmiotu; ostry kryzys wschodzącego rynku; dalszy brak synchronizacji polityki pieniężnej lub załamanie rynku CDS. Oczywiście, zdarzenia takie, jak niewypłacalność wielkiego światowego banku czy unicestwienie branży funduszy arbitrażowych, także nie przeszłoby niezauważone.
Alternatywne rozwiązanie stanowi próba opanowania recesji w 2009 roku i położenie podwalin pod trwałe, choć nieefektowne, ożywienie. To byłoby najlepsze, co może się zdarzyć. Po to jednak trzeba by uznać, że światowa gospodarka jest czymś więcej, niż sumą jej części składowych - a to z kolei oznacza, że twórcy polityki powinni zmądrzeć, współpracować i zacząć myśleć twórczo i nieschematycznie. Sęk w tym, że to dla nich niecodzienne wyzwanie.
Fot. Images.com Corbis
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.