Giełdy uodporniły się na groźby komunistycznej Korei
Inwestorzy doszli do wniosku, że otwarta wojna na półwyspie jest mało prawdopodobna. Choć Korea Północna wczoraj jeszcze wzmagała swoje groźby wobec Południa, na azjatyckich giełdach ceny poszły w górę.
Phenian zagroził wczoraj, że zamknie ostatnie przejście graniczne i zacznie ostrzeliwać rozstawione wzdłuż granicy głośniki, przez które władze południowokoreańskie nadają antyreżimową propagandę. Dzień wcześniej zapowiedział także zerwanie wszelkich kontaktów z Seulem. Na razie te groźby nie zostały zrealizowane - wczoraj 890 obywateli Południa pracujących w położonym na terenie Północy kompleksie przemysłowym Kaeseong bez przeszkód mogło tam się dostać. To jedyny jeszcze działający wspólny projekt gospodarczy, który według szacunków Seulu odpowiada za 56 proc. wymiany handlowej Północy.
Z kolei przebywająca z wizytą w Seulu amerykańska sekretarz stanu Hillary Clinton oświadczyła wczoraj, że świat ma obowiązek odpowiedzieć na bezprecedensową prowokację, jaką było zatopienie pod koniec marca południowokoreańskiego okrętu. W zeszłym tygodniu międzynarodowa komisja potwierdziła podejrzenia, że okręt został zaatakowany północnokoreańską torpedą. Na pokładzie znajdowało się 104 marynarzy, z których 46 zginęło.
Mimo zaostrzającej się z obu stron retoryki wczoraj na rynkach nie było już śladu po wtorkowej nerwowości, która była reakcją na informację o postawieniu przez Kim Dzong Ila wojska w stan gotowości bojowej. Główny indeks seulskiej giełdy wzrósł o 1,4 proc., co oznacza, że odrobił prawie połowę strat z dnia poprzedniego, zaś kurs południowokoreańskiego wona był stabilny. Także na innych giełdach regionu ceny akcji poszły w górę.
Analitycy zwracają uwagę, że zagrożenie ze strony nieobliczalnego reżimu jest stałym elementem na rynkach w regionie.
- Może potrwać jeszcze kilka dni, zanim ta retoryka opadnie i rynki przez ten czas będą rozchwiane, ale tak samo było w przypadku pojawienia się podobnych gróźb w przeszłości - powiedział agencji Bloomberg Harry Seggerman, szef International Investments w Nowym Jorku.
Bo o ile nie jest jasne, jakimi motywami kierowała się Północ, atakując okręt "Cheonan", to przekształcenie wojennej retoryki w otwartą wojnę nie jest w interesie żadnej ze stron. Najczęściej pojawiającym się przypuszczeniem jest to, że Kim Dzong Il, zaostrzając retorykę, próbuje zmobilizować armię i społeczeństwo wokół reżimu, tak aby ułatwić przekazanie władzy swojemu synowi. Nie będzie jednak rozpoczynał wojny, której przewagą w liczbie żołnierzy nie jest w stanie wygrać.
Z kolei dla Seulu oznacza ona potężne zachwianie gospodarką, która zresztą i tak na co dzień odczuwa potencjalną groźbę konfliktu. Korea Południowa, wydając na zbrojenia ok. 24 mld dol. rocznie, ma 11. najwyższy budżet wojskowy na świecie. Na wojsko przeznaczane jest 15 proc. wszystkich rządowych wydatków. Wszyscy mężczyźni przechodzą obowiązkową, dwuletnią służbę wojskową. Pod bronią Seul utrzymuje stale ponad pół miliona ludzi - to ósma największa armia świata - a kolejne trzy miliony to rezerwiści. Pod tym względem Seul ustępuje tylko Phenianowi. Na dodatek na terenie Korei Południowej stacjonuje ponad 28 tys. Amerykanów - to jeszcze jeden argument przemawiajacy za tym, że Kim Dzong Il nie będzie chciał ryzykować wojny.
@RY1@i02/2010/102/i02.2010.102.000.011b.001.jpg@RY2@
Fot. AFP/East News
Południowokoreańscy żołnierze są w gotowości bojowej
Bartłomiej Niedziński
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu