Reforma albo rozpad UE
Trzy rzeczy są niezbędne, by strefa euro przetrwała: system rozwiązywania kryzysów, koordynacja polityki fiskalnej i ograniczenie nierównowagi wewnątrz strefy. Potem potrzebne będą europejskie obligacje i embrionalna unia fiskalna
Celem pakietu pomocowego dla Grecji nie może być w wiarygodny sposób zapobieżenie upadłości. Przy wszystkich radykalnych środkach oszczędnościowych i reformach strukturalnych, których wymaga, liczby się po prostu nie sumują. Głównym powodem, dla którego mogę to wskazać, jest odwrócenie wzrostu rentowności greckich obligacji i powstrzymanie zarazy.
Powinniśmy się cieszyć z porozumienia zawartego z Atenami. W przeciwnym razie strefa euro mogłaby nie przetrwać, a ten artykuł stałby się nekrologiem. Z zadowoleniem stwierdzam również, że decydenci pozytywnie odpowiedzieli na pytanie, czy władze kiedykolwiek będą w stanie stawić czoła sytuacji. Zrobili to i należy im się za to szacunek.
Jednak mimo gotowości wdrożenia ekstremalnych środków oszczędnościowych Grecja nie poradzi sobie bez umorzenia części długu. Mogę zrozumieć, dlaczego Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Unia Europejska nie chcą w tej chwili otwierać tej puszki Pandory. Wymaga to długich negocjacji. W środku dotkliwego kryzysu na rynku obligacji trzeba zarządzać oczekiwaniami bardzo ostrożnie.
Restrukturyzacja długu będzie jednak ostatecznie konieczna, ponieważ grecki stosunek PKB do zadłużenia wzrośnie prawdopodobnie z obecnych 125 proc. do 140 - 150 proc. podczas okresu dostosowawczego. Bez restrukturyzacji Grecja skończy źle.
Decyzja, by na trzy lata wycofać Grecję z rynków kapitałowych, zapobiegnie natychmiastowej ruinie, ale będzie miała jedynie marginalny wpływ na przyszłą wypłacalność kraju. Podstawowe założenie porozumienia jest takie: Grecja może utrzymać rozwiązania oszczędnościowe poza horyzont czasowy umowy, nie wpadając przy tym w czarną dziurę. Ten ostatni wniosek jest szczególnie optymistyczny. W ubiegłym tygodniu agencja ratingowa Standard & Poor’s oceniła, że Grecja nie wróci do nominalnego poziomu PKB z 2009 r. wcześniej niż w 2017 r.
Zeszły tydzień pokazał nam, jak działa błędne koło podczas takiego kryzysu. Najpierw sytuacja finansowa kraju się pogarsza. Później agencja ratingowa obniża wiarygodność papierów dłużnych, co z kolei powoduje wzrost oprocentowania na rynku. To zaś prowadzi do dalszego pogorszenia sytuacji.
Kolejna luka tkwi w sektorze bankowym. Jeżeli wypłacalność rządu jest podawana w wątpliwość, podobnie jest z wypłacalnością banków, których zobowiązania są gwarantowane przez rząd. W ubiegłym tygodniu sektor bankowy w dużej części Europy Południowej został w istocie odcięty od rynków kapitałowych.
Angela Merkel i jej mało doświadczeni doradcy ekonomiczni nie mają pojęcia o dynamice kryzysów wypłacalności suwerennych państw. Nigdy nie przyszło im do głowy przyjrzeć się doświadczeniom innych krajów, szczególnie Argentyny. Czekanie do momentu, aż kraj znajdzie się na krawędzi upadku - a tak niemiecka kanclerz interpretuje polityczne porozumienie, które zaakceptowała w lutym - stanowi uchylenie się od przywództwa, co prowadzi do finansowej ruiny. Oznacza to że wszyscy, szczególnie Niemcy, muszą zapłacić miliardy euro więcej, niż by to miało miejsce, gdyby UE ostatecznie dogadała się w lutym.
Według moich szacunków łączna wartość pomocy płynnościowej dla Grecji, Portugalii, Hiszpanii, Irlandii i być może Włoch wyniesie między 500 miliardów a bilionem euro. Te kraje czeka podwyżka stóp procentowych w czasie, gdy albo są one pogrążone w recesji, albo dopiero z niej wychodzą. Sektor prywatny w niektórych tych krajach po prostu nie wytrzyma wyższych stóp procentowych.
Trzy rzeczy są potrzebne, jeżeli strefa euro ma przetrwać w perspektywie średnioterminowej: system rozwiązywania kryzysów, lepsza koordynacja polityki fiskalnej i ograniczenie nierównowag wewnątrz strefy euro. To jednak tylko niezbędne minimum na najbliższych kilka lat. Potem strefa euro niemal na pewno będzie potrzebowała zarówno embrionalnej unii fiskalnej, jak i wspólnych europejskich obligacji.
Wcześniej myślałem, że takie rozwiązania byłyby pożądane, choć politycznie nierealistyczne. Dziś sądzę, że nie ma dla nich alternatywy, bo eksperyment z unią monetarną bez unii politycznej się nie powiódł. UE stoi zatem przed historycznym wyborem pomiędzy integracją a dezintegracją. Można liczyć, że Niemcy będą się opierać każdemu z tych rozwiązań. Tymczasem europejscy przywódcy będą zwalczać każdy nowy kryzys za pomocą jedynego instrumentu, jaki jest im dostępny: zastrzyku pożyczonych pieniędzy. Ten instrument ma jednak ograniczoną żywotność. Jeżeli nie zostanie zablokowany przez niepokoje społeczne, to storpedują go prawnicy konstytucjonaliści.
Na pewnym poziomie zgadzam się z tymi prawnikami. Przepisy zakazujące programów pomocowych są jasne. Oznaczają one, że Grecja nie powinna dostać wsparcia. UE musiała się uciec do prawniczych trików, by udowodnić, że niezabezpieczone pożyczki na masową skalę dla kraju, który jest de facto niewypłacalny, nie spełniają warunków programu ratunkowego. Ta klauzula - artykuł 125 traktatu lizbońskiego - jest nieodpowiedzialna. Gdyby ją stosować, skończyłoby się rozbiciem strefy euro. Wybór polegał więc na złamaniu klauzuli, a teraz przyszedł odpowiedni moment, by ją zmienić. Jaki jest więc wniosek ze zwielokrotnionego kryzysu w strefie euro? Dla Grecji będzie to restrukturyzacja długu, co stanowi eleganckie określenie na negocjowaną upadłość. Szersze konsekwencje są trudniejsze do przewidzenia: będzie to albo głęboka reforma systemu, albo jego rozpad.
tłum. T.K.
© The Financial Times Limited 2010. All Rights Reserved
Wolfgang Muenchau
komentator "Financial Timesa"
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu