Niemcy na ratunek Maastricht
W ciągu ostatnich tygodni wiele się wydarzyło. Grecki kryzys wcale nie stracił na ostrości. Wręcz przeciwnie, problemy Aten zaczęły ciągnąć w dół kurs euro, a dla niemieckiej klasy politycznej siła własnej waluty to świętość. Po drugie Angela Merkel uznała, że członek strefy euro nie powinien zdawać się na pomoc MFW, w którym Europa ma ograniczone prawo głosu, a karty rozdają Amerykanie. Po trzecie rząd zdał sobie sprawę, że jeśli nic nie zrobi, wypadki wymkną się spod kontroli.
To też. Ale myślę, że za propozycjami Schaeublego kryje się pewien długofalowy plan. Berlin chce wytrącić pałeczkę Sarkozy’emu, który fantazjuje na temat europejskiego rządu ekonomicznego, co zdaniem Merkel jest mrzonką. Kanclerz chce wysłać sygnał: oto projekt, który pozwoli nam zabezpieczyć się przed powtórką z Grecji, a przede wszystkim uratuje unijny pakt stabilności i wzrostu, który miał być kotwicą zabezpieczającą euro przed burzami, ale w czasie kryzysu praktycznie przestał istnieć.
Dokładnie tak. Z prasowych przecieków wiemy na przykład, że Schaeuble chce, aby za utrzymywanie zbyt wysokiego deficytu czy długu publicznego groziło odcięcie od funduszy spójności (to ewidentny bat na kraje południa) albo zawieszenie prawa głosu podczas posiedzeń Rady Europejskiej. To może zadziałać.
Kara będzie bardziej dotkliwa, a postępowanie szybsze. Dotychczas funkcjonujący w teorii, ale zawodzący w praktyce system jest zbyt długi i skomplikowany. Owszem, przewiduje kary finansowe na członka strefy euro, ale dopiero po przejściu siedmiu kroków, co może trwać dobrych kilka lat. Gdyby powstał EFW, kraje musiałyby trzymać w ryzach swoje finanse, bo tylko wtedy mogłyby liczyć na dostęp do zgromadzonych w nim funduszy. W grze jest też pomysł wyposażenia Europejskiego Banku Centralnego w uprawnienia ratingowe, co pomagałoby w wywieraniu presji. Od tego zależy przecież cena papierów dłużnych, bez których żaden rząd nie jest w stanie się obyć.
Europejski Fundusz Walutowy (EFW) ma być zasilany przez składki tylko tych krajów strefy euro, które w danym roku złamały reguły traktatu z Maastricht: dopuściły do większego deficytu finansów publicznych niż 3 proc. PKB i większego długu państwa niż 60 proc. PKB. W takim przypadku byłyby zobowiązane do wpłacenia 1 proc. od różnicy między maksymalnym dopuszczalnym przez Unię limitem deficytu i długu a tym, który faktycznie zanotowały.
Jak obliczył brukselski instytutu CEPS, w 2009 roku najwięcej, bo aż 8,7 mld euro, musiałyby zapłacić Włochy. Powodem jest kolosalny dług publiczny tego kraju. Niemcy musiałyby przekazać 3,2 mld euro, a Francja - 4,1 mld euro. Oba kraje z powodu kryzysu finansowego zanotowały w 2009 roku wysoki deficyt budżetowy. Grecja przekazałaby 1,5 mld euro. Deficyt tego kraju co prawda wyniósł 12,7 proc. PKB, a dług publiczny 120 proc. PKB. Ale grecki dochód narodowy, od którego liczy się składkę do EFW, jest stosunkowo niewielki. Poważne składki musieliby także przekazać Belgowie (1,3 mld euro) i Hiszpanie (0,9 mld euro). Nic lub prawie nic nie daliby Finowie, Luksemburczycy i Cypryjczycy. Polska, gdyby w 2009 roku należała do strefy euro, musiałaby wnieść do EFW ok. 200 mln euro. Powodem jest wysoki (ok. 7 proc. PKB) deficyt budżetowy. Nasz dług publiczny jest niższy niż 60 proc. PKB.
CEPS obliczył, że gdyby EFW istniał od 2000 roku, to zgromadziłby już ponad 100 mld euro. To wystarczyłoby do uratowania Grecji przed bankructwem.
@RY1@i02/2010/047/i02.2010.047.000.0010.101.jpg@RY2@
Fot. Materiały prasowe
Ansgar Belke, niemiecki ekonomista z uniwersytetu w Duisburgu
, niemiecki ekonomista z uniwersytetu w Duisburgu
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu