Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Gospodarka

Kantory hulają w sieci bez żadnego nadzoru

Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

NBP i KNF umywają ręce. Póki ktoś nie zbankrutuje, nie widzą problemu

Kantory działające w internecie obracają grubymi milionami bez nadzoru ze strony instytucji odpowiedzialnych za bezpieczeństwo finansowe w naszym kraju: NBP i Komisji Nadzoru Finansowego. - A przecież ryzyko takich transakcji jest bardzo wysokie - mówi Paweł Majtkowski z Expandera. Aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby któryś z kantorów internetowych zbankrutował.

Wymiana walut w sieci to coraz większa część rynku finansowego. Biznes ruszył pełną parą kilka miesięcy temu, kiedy Sejm zniósł opłaty za spłacanie kredytów walutowych bezpośrednio w banku. Najłatwiej wymieniać pieniądze i spłacać raty w internecie, bo wtedy franki lub euro od razu trafiają na rachunek. Do tego w sieci jest taniej, i to zarówno w porównaniu z tradycyjnymi kantorami, jak i kursami w bankach - różnice mogą przekraczać nawet 10 gr. A to oznacza spore oszczędności na miesięcznych ratach hipotecznych. Nic dziwnego, że obroty największych internetowych kantorów sięgają nawet kilku milionów złotych dziennie.

Kłopot w tym, że nad bezpieczeństwem gigantycznych transferów w sieci nie czuwa nikt. Tradycyjne kantory podlegają nadzorowi NBP i to on teoretycznie powinien mieć pod swoją opieką także ich ramię internetowe. Nic z tego. NBP twierdzi, że nadzór nad kantorami w sieci nie należy do jego kompetencji. I odsyła do wchodzącej dzisiaj w życie ustawy o usługach płatniczych.

Co na to KNF? - Ustawa wprowadza nadzór nad instytucjami płatniczymi i biurami usług płatniczych, a nadzór nad kantorami to obowiązek NBP - mówi Katarzyna Mazurkiewicz z biura prasowego Komisji Nadzoru Finansowego.

Wygląda na to, że powołanie się na ustawę niewiele daje, bo... nie ma w niej nic o kantorach w sieci. - W tym przypadku podmiot świadczący usługę wymiany walut nie wykonuje usługi płatniczej i ta działalność nie podlega reżimowi ustawy o usługach płatniczych - tłumaczą przedstawiciele Ministerstwa Finansów.

Dopóki nie wydarzy się jakieś nieszczęście, nie ma co rozdzierać szat. Na razie z biznesu w internecie zadowoleni są zarówno kredytobiorcy (kupują taniej, a do tego nie muszą chodzić do banku, by zapłacić ratę), jak i właściciele kantorów, którzy koszą spore zyski na różnicy między kursem sprzedaży waluty a jej kupna. A ponieważ nie ponoszą żadnych dodatkowych kosztów na wynajmowanie lokalu czy opłacanie pracowników, działalność wirtualna bardziej im się opłaca niż tradycyjna.

Eksperci przyznają jednak, że ten biznes - choć wygląda atrakcyjnie - jest niepewny. Paweł Majtkowski porównuje kantory w sieci do punktów kasowych, które pośredniczyły w opłacaniu rachunków za prąd czy gaz. - Dopiero kiedy kilka z nich upadło, a klienci zostali z długami w gazowniach czy w wodociągach, zaczęto dyskutować o nadzorze nad tym rynkiem - mówi Majtkowski.

Teraz problem może być o wiele większy, bo klienci wirtualnych kantorów mają do spłacenia wyższe rachunki niż za prąd czy telefon.

Magdalena A. Olczak

magdalena.olczak@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.