Ryzyko inwestycyjne musi być wkalkulowane w każdym biznesie
LESZEK PAWŁOWICZ: Dopuszczenie możliwości realnego bankructwa kraju wraz z przykrymi, rynkowymi konsekwencjami dla dłużnika i wierzycieli wzmacnia dyscyplinę rynkową, a w średnim i długim okresie prowadzi do wzmocnienia strefy euro
W Azji mamy dwóch głównych graczy, którzy choćby z przyczyn demograficznych trwale obejmą przywództwo gospodarcze. Pytanie tylko, kiedy ta część świata zdobędzie przewagę nad Zachodem pod względem wielkości PKB i na ile brak demokracji w Chinach będzie barierą do wolnorynkowego rozwoju tego państwa. Według mnie nastąpi to między 2020 a 2030 rokiem.
Nie jestem pewien, czy dopuszczenie do bankructwa Grecji byłoby czarnym scenariuszem. Ateny od 200 lat mają problemy z finansami publicznymi. To kraj śródziemnomorski o pewnej skłonności do życia z dnia na dzień i niefrasobliwości finansowej. Jeśli ma pan mały kredyt, to jego spłata jest pana problemem. Jeśli natomiast pożyczył pan miliardy, to jest to problem tego, kto panu takiego kredytu udzielił. Problem grecki jest dziś problemem wierzycieli, czyli głównie banków francuskich, niemieckich i ostatnio Europejski Bank Centralny, który wziął na siebie część długów udzielonych przez prywatnych wierzycieli. Tym ostatnim udało się przerzucić część ryzyka na barki podatników. Dotychczasowe działania UE wobec nadmiernie zadłużonej Grecji to droga donikąd i powie to każdy, kto zajmuje się restrukturyzacją bankrutów. Restrukturyzacje Ursusa czy innych reliktów socjalizmu w latach 90. nie udawały się, jeśli nie prowadziły do odzyskania zdolności kredytowej. Grecja nie miała jej w chwili udzielania kredytów, nie ma jej teraz i nie odzyska jej dzięki zamianie zobowiązań wobec prywatnych banków na zobowiązania wobec EBC. Kumulowanie zadłużenia - a do tego sprowadza się pomoc UE i MFW - jest drogą donikąd. Co więcej, zachęca do hazardu moralnego prywatnych wierzycieli, którzy mogą mieć nadzieję, że UE nie dopuści do niewypłacalności swoich członków i kosztem podatników będzie ratować bankrutów. A to prowadzi do złamania dyscypliny budżetowej i rozpadu strefy euro. Natomiast dopuszczenie możliwości realnego bankructwa kraju wraz z przykrymi, rynkowymi konsekwencjami dla dłużnika i wierzycieli wzmacnia dyscyplinę rynkową, a w średnim i długim czasie prowadzi do wzmocnienia Eurolandu.
To prawda, różnica jest niewielka. Populizm polityków gospodarczych zawsze oznacza uspołecznienie strat i prywatyzację zysków.
Nie. Regulacji powinno być mniej, a nie więcej. Wszystko, co zdejmuje ryzyko z tych, którzy powinni je na sobie czuć, powoduje, że potem płacą za nie podatnicy. Jeśli zdejmujemy ryzyko z banków "za dużych, żeby upaść" czy z agencji ratingowych, ponoszą je podatnicy. Problem nie tkwi we wprowadzaniu nowych regulacji, lecz w wyeliminowaniu błędów systemowych, utrudniających wyjście z kryzysu. Do takich zaliczam np. wybór i wynagradzanie audytorów przez audytowane firmy, a także wybór i wynagradzanie agencji ratingowych przez emitentów. Oczywiście, można je restrykcyjnie nadzorować, ale łatwiej eliminować błędy i paradoksy systemowe.
Odpowiedź jest teoretycznie relatywnie łatwa: kupujcie opcje walutowe i zabezpieczajcie się przed ryzykiem kursowym. Pod warunkiem, że rozumiecie różnicę między kupowaniem opcji, a ich wystawianiem i braniem na siebie ryzyka, bo tak było w przypadku tzw. opcji zerokosztowych, które sprawiły naszym firmom tyle kłopotu na przełomie 2008 i 2009 roku. Dotyczyło to zresztą nawet renomowanych polskich przedsiębiorstw. Jest jeden problem: rynek jest rozchwiany i opcje są drogie. Często problemem nie są fluktuacje krótkookresowe, które da się jakoś zniwelować. Większym problemem są wahania w sytuacji długoterminowych inwestycji, np. w branży elektroenergetycznej. Tutaj nawarstwia się nie tylko kwestia ryzyka kursowego, ale i ryzyk regulacyjnych, np. opłat za emisję CO2. Ten, kto chce rozpocząć np. 30-letni projekt, staje przed problemem niemożliwości oszacowania kosztów ryzyka. W takiej sytuacji pewien przemyślany interwencjonizm byłby sensowny. Np. fundusze gwarancyjne lub poręczeniowe, wspomagające partnerstwo publiczno-prywatne w inwestycjach infrastrukturalnych.
To fałszywy dylemat. W biznesie jest prosta zależność: relacja efektywności do ryzyka. Dzieli się koszt zainwestowanego kapitału przez koszt ryzyka, lepiej lub gorzej wyliczony. Na tej podstawie podejmuje się decyzje biznesowe. Od połowy XX wieku średnio co 20 lat podwaja się ryzyko, liczone fluktuacjami kursów walut, akcji, cen surowców. Ważne, aby stopa zwrotu adjustowana ryzykiem była zachęcająca. Ryzyko musi być jednak kalkulowane w każdym biznesie. Czasem warto się ryzykiem podzielić, również z podatnikami, ale wyeliminowanie go w biznesie oznacza wyeliminowanie mechanizmu rozwojowego gospodarki rynkowej i droga donikąd.
@RY1@i02/2011/100/i02.2011.100.050.004a.001.jpg@RY2@
Leszek Pawłowicz, prezes Rady Giełdy Papierów Wartościowych, dyrektor Gdańskiej Akademii Bankowej
Rozmawiał Michał Potocki
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu