Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Gospodarka

Od cudu gospodarczego do potrzeby inwestycji w przemysł

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Tuż po upadku komunizmu upadły dziesiątki fabryk i przemysł w Polsce się załamał. Potem zaczął się dość szybko odradzać, ale w kolejnych latach ten proces został zahamowany. Polska wciąż więcej importuje, niż eksportuje. Dlatego potrzebuje dalszej reindustrializacji.

U schyłku komunizmu struktura naszego przemysłu była anachroniczna, a większość fabryk przestarzałych, zacofanych, mało zaawansowanych technologicznie. Przemysł ciężki i wydobywczy stanowił wtedy w Polsce dużo większą część gospodarki niż w krajach zachodnich. To wymagało zmian, ale potoczyły się one w innym kierunku, niż można było oczekiwać. Dotknęły najboleśniej także te branże, których rozwój był w Polsce wskazany, a więc np. przemysł lekki i elektroniczny.

Po 1989 r. dziesiątki polskich fabryk znalazły się w poważnych tarapatach. Z kilku powodów. Po pierwsze nie były one dostosowane do działania w warunkach rynkowych. Po drugie zaczęły tracić większą część swych dotychczasowych rynków zagranicznych, którą były Związek Radziecki i inne kraje bloku komunistycznego. Po trzecie z rynku krajowego wypychał je import z krajów zachodnich, których firmy dysponowały nowocześniejszymi technologiami, dużo większym kapitałem i lepszym marketingiem.

Z tych powodów wiele polskich fabryk musiało zmniejszać produkcję, zwalniać pracowników, zaczęło przynosić straty i popadać w długi. Dziesiątki z nich upadły i już nigdy się nie odrodziły. Tak stało się z większością ówczesnego polskiego przemysłu lekkiego i elektronicznego. Z 95 naszych zakładów przemysłu elektronicznego zniknęło aż 84. Profesor Andrzej Karpiński, polski ekonomista, wyliczył, że to wszystko oznaczało likwidację aż 1 mln miejsc pracy, a z 1615 zakładów przemysłowych powstałych w Polsce za PRL do 2012 r. nie dotrwało aż 650 (tylko 100-150 z powodu zacofania technologicznego). Zdaniem Andrzeja Sadowskiego, wiceprezydenta Centrum im. Adama Smitha, można było tego choć w części uniknąć, gdyby te fabryki były inaczej prywatyzowane.

- Prywatyzacja często tak się przeciągała, że przedsiębiorstwo upadało, zanim państwo zdążyło je sprzedać. W NRD sprzedawano padające, zadłużone fabryki na licytacjach, nawet za symboliczną markę, żeby jak najszybciej je dźwignąć. Niestety my nie zastosowaliśmy tej metody, nie sprzedawaliśmy na licytacjach fabryk np. ich menedżerom, którzy byli nauczeni radzić sobie w trudnych warunkach i mogli jako właściciele zakładów postawić je na nogi.

Historii z happy endem w polskim przemyśle mogło być dużo więcej, m.in. dlatego, że na przełomie lat 80. i 90. XX w., w wyniku wprowadzającej wolność gospodarczą w Polsce tzw. reformy Wilczka, zaczął się gwałtownie rozwijać sektor prywatny. W tym okresie powstały u nas setki prywatnych małych i średnich zakładów produkcyjnych, z których wiele rosło jak na drożdżach. Sprzyjał temu także fakt, że firmy płaciły wtedy niskie podatki. Nisko opodatkowana była też praca. Na początku lat 90., mimo że nie było wtedy u nas ulg podatkowych i dotacji dla firm, powstało w Polsce 6 mln miejsc pracy w sektorze prywatnym.

- To był wtedy największy cud gospodarczy na świecie - podkreśla Andrzej Sadowski.

Gdyby nie on, Polska z podupadającym państwowym przemysłem wpadłaby w głęboki kryzys.

Warunki do prowadzenia biznesu w naszym kraju pogarszały się. Rodzimym przedsiębiorcom nie sprzyjało np. to, że władze różnych szczebli traktowały ich gorzej niż firmy zagraniczne.

Jednak zdaniem wielu ekonomistów bilans gospodarczy Polski ostatniego 25-lecia jest mimo wszystko pozytywny. Ignacy Morawski, ekonomista Polskiego Banku Przedsiębiorczości, w wywiadzie dla TVN24 sprzed kilku miesięcy podkreślał, że w ostatnim ćwierćwieczu byliśmy najszybciej rozwijającym się gospodarczo krajem Europy Środkowo-Wschodniej. Średnioroczny wzrost gospodarczy w Polsce w latach 1992-2013 wyniósł 4 proc. Morawski zaznaczył, że niewiele krajów na świecie osiągnęło w tym okresie taki wzrost gospodarczy i w jego opinii nie było realnych szans, by był on wyższy. Bardzo wyraźnie wzrósł też u nas ogólny poziom życia i konsumpcji. Z drugiej jednak strony stopa bezrobocia jest dziś w Polsce znacznie wyższa niż w 1990 r. W tymże roku wynosiła 6,5 proc., dziś to 13 proc. Do takiego wysokiego poziomu doszła już w pierwszej połowie lat 90., co było przede wszystkim efektem masowych zwolnień w wielu państwowych fabrykach.

Jak dziś wygląda sytuacja polskiego przemysłu? Jego większość jest już w prywatnych rękach, a największe w Polsce zakłady produkcyjne to w większości fabryki należące do dużych międzynarodowych koncernów. Mimo to krajowa produkcja jest wciąż zbyt mała, by Polska przestała się borykać z deficytem w handlu zagranicznym.

Andrzej Sadowski uspokaja jednak, że deficyt handlowy to zjawisko typowe dla krajów rozwijających się, nadrabiających dystans do państw bogatszych.

- Jako taki kraj dużo inwestujemy, co oznacza duży import dóbr inwestycyjnych: maszyn, urządzeń itd. - mówi Andrzej Sadowski. - Bez tego importu nasz bilans handlowy wyglądałby dużo lepiej.

By osiągnąć lepszą proporcję w obrotach z zagranicą, powinniśmy wrócić do idei wolności gospodarczej, czyli do recepty, którą już wypróbowaliśmy na początku lat 90.

Jak dziś wygląda sytuacja polskiego przemysłu? Jego większość jest już w prywatnych rękach, a największe w Polsce zakłady produkcyjne to w większości fabryki należące do dużych międzynarodowych koncernów. Mimo to krajowa produkcja jest wciąż zbyt mała, by Polska przestała się borykać z deficytem w handlu zagranicznym

@RY1@i02/2014/242/i02.2014.242.00000040a.802.jpg@RY2@

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.