Metropolie podduszone kryzysem
Spadają im wpływy z podatków, a na dużą pomoc z budżetów stanowych i federalnego nie mają co liczyć
Stany Zjednoczone oficjalnie wyszły z recesji w 2009 r. Niestety, lokalnie skutki kryzysu wciąż są mocno widoczne. Aż 20 spośród 30 największych miast kraju nadal osiąga przychody mniejsze niż przed jego rozpoczęciem - wynika z opublikowanego w zeszłym tygodniu raportu pozarządowej organizacji The Pew Charitable Trusts.
Przeprowadzona przez Pew analiza sprawozdań finansowych największych miast za rok 2012 pokazuje, że wychodzenie z kryzysu na poziomie samorządowym odbywa się znacznie wolniej niż w skali całego kraju, poza tym jest bardzo nierównomierne. W badanej trzydziestce jest kilka ośrodków radzących sobie bardzo dobrze, ale też porównywalna liczba takich, których sytuacja finansowa dramatycznie się pogorszyła.
- Miasta nie wyszły jeszcze na prostą. Pomimo trwającego w kraju ożywienia gospodarczego władze wielu z nich nadal mają poważne kłopoty finansowe - podkreślała podczas prezentacji raportu jedna z jego autorek Mary Murphy.
Tylko dziewięć uczestniczących w badaniu lokalnych ośrodków miało w 2012 r. wyższe - uwzględniając inflację - dochody niż w przedkryzysowym szczycie, w przypadku jednego one się nie zmieniły, natomiast aż w 20 realne dochody spadły. Przy czym tylko stołeczny Waszyngton odnotował ponad 10-procentowy wzrost, a kilkunastoprocentowe spadki ujawniono w 10 miastach. Najgorsza sytuacja jest w stolicy amerykańskiego przemysłu samochodowego, czyli Detroit, oraz w Riverside w Kalifornii, których władze dysponują dziś budżetami o jedną czwartą mniejszymi niż przed recesją.
Na dodatek nie jest tak, że dochody miast bardzo powoli, ale systematycznie rosną, tylko jeszcze nie zdążyły wrócić do przedkryzysowego poziomu - w 18 spośród 30 badanych w 2012 r. one zmniejszyły się w porównaniu z poprzednim rokiem.
Przyczyną tej sytuacji jest obniżka wpływów z podatku od nieruchomości oraz zmniejszone środki otrzymywane przez władze miejskie z budżetów stanowych i federalnych, czyli dwóch głównych źródeł dochodu większości z nich. Tylko pomiędzy 2011 a 2012 r. dochody w obu kategoriach spadły średnio po 4 proc. Co gorsza, liczba miast, w których te dochody lecą w dół, jest teraz większa niż w początkowej fazie kryzysu, czyli okresie 2008-2009.
Ma to jednak swoje wyjaśnienie. Zmiany cen na rynku nieruchomości przekładają się na wartość uzyskiwanego z tego tytułu podatku z 18-, a nawet 24-miesięcznym opóźnieniem. Ponieważ załamanie się rynku w 2008 r. było wyjątkowo duże, jego wpływ na podatki jest wciąż bardziej odczuwalny niż rosnących stopniowo z powrotem cen domów. Z kolei mniejsze środki z budżetów stanowych i federalnego to efekt cięć wprowadzonych przez Kongres w celu zmniejszenia długu publicznego kraju. Tylko w miastach utrzymujących się w dużej mierze z podatku obrotowego oraz dochodowego - jak Waszyngton czy Boston - dochody rosną. Stan gospodarki znacznie szybciej przekłada się bowiem na wpływy z podatków związanych z konsumpcją niż z cenami nieruchomości.
Opisywany w raporcie The Pew Charitable Trusts generalny spadek dochodów miast ma swoje konsekwencje. Choć pomiędzy 2011 a 2012 r. wydatki publiczne w 17 z nich wzrosły, a tylko w 13 się zmniejszyły, to w tej drugiej grupie aż w ośmiu ośrodkach - Cleveland, Dallas, Detroit, Miami, Orlando, Phoenix, Pittsburghu i Sacramento - spadły do najniższego poziomu od sześciu lat. Aż połowa z badanych miast zmniejszyła w 2012 r. wydatki na porządek publiczny i bezpieczeństwo, z czego w sześciu były na najniższym poziomie od 2007 r., zaś 18 urzędów ograniczyło środki na budownictwo mieszkaniowe i wspieranie rozwoju gospodarczego.
Najbardziej dramatycznie przedstawiają się finanse Detroit. Pomiędzy 2007 a 2012 r. wpływy z budżetu federalnego - będące największym źródłem dochodów miasta - spadły o 39 proc., z podatku od nieruchomości i podatku dochodowego - odpowiednio o 22 i 23 proc. W tej sytuacji trzeba było radykalnie ciąć koszty. I tak np. wydatki na transport i roboty publiczne zmniejszono o 56 proc., a na zarządzanie miastem - o 47 proc. Ograniczono częstotliwość wywożenia śmieci i wymianę uszkodzonych latarni ulicznych - przed kryzysem dbaniem o oświetlenie na ulicach zajmowało się 217 osób, w 2012 r. - już tylko 103. Najmniejsze, bo tylko 5-procentowe cięcia dotknęły bezpieczeństwo i porządek publiczny, bo wzrost przestępczości jeszcze powiększyłby exodus ludności (w 2000 r. Detroit liczyło ponad milion mieszkańców, obecnie - niespełna 700 tys.). Te oszczędności i tak jednak nie wystarczyły. W lipcu zeszłego roku władze Detroit złożyły w sądzie wniosek o ochronę przed wierzycielami, co nazwano największym w historii bankructwem amerykańskiego miasta. Długi sięgały wtedy 18 mld dol.
Na szczęście nie wygląda na to, by ktoś miał podzielić los kolebki światowej motoryzacji. Wzrost cen nieruchomości powinien w tym roku zacząć się przekładać na dochody podatkowe. Amerykański Związek Miast (NLC) szacuje, że wpływy z daniny od nieruchomości będą o 1,6 proc. większe niż w zeszłym roku, co byłoby pierwszym wzrostem od pięciu lat. A to powoduje, że w ratuszach miejskich zaczyna się częściej myśleć o nowych inwestycjach niż o potrzebie dalszego zaciskania pasa. - Widać już ostrożne zwiększanie wydatków w tych obszarach, które podczas recesji zostały dotknięte cięciami - twierdzi Mary Murphy. Ponieważ wzrost gospodarczy USA przez najbliższe trzy lata ma oscylować na poziomie około 3 proc., może nie tylko stolica i władający z niej rząd, ale też inne miasta będą mogły ogłosić koniec kryzysu.
Aż 20 spośród 30 największych metropolii Stanów Zjednoczonych ma dochody mniejsze niż przed recesją
Bartłomiej Niedziński
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu