Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Gospodarka

Na gospodarczej huśtawce, czyli efekt zakotwiczenia

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 8 minut

Wygląda na to, że źle się dzieje w państwie polskim. A dokładniej w gospodarce. Po całkiem jeszcze niezłym II kw., w którym przed znacznym hamowaniem naszego polskiego PKB uratował nas niespodziewany przyrost zapasów, kolejne już nie zapowiadają się tak różowo. Wprost przeciwnie, słabe dane o produkcji i sprzedaży nieubłaganie wskazują, że mamy spowolnienie. Problem jest tylko taki, że jest spowolnienie, ale jakby go nie było. To znaczy mamy oczywiście słabsze wyniki przemysłu, budownictwa i sprzedaży detalicznej. Ale jednocześnie utrzymuje się niezła sytuacja na rynku pracy, stopa bezrobocia spada, realna dynamika wynagrodzeń jest całkiem wysoka, a dynamika kredytu dla sektora prywatnego nie pokazuje oznak spowolnienia. Mamy więc takie spowolnienie-niespowolnienie, które wprawdzie widać w danych produkcyjnych, ale na razie nie przekłada się ono na standard życia konsumentów. Naturalną koleją rzeczy nasuwa się więc pytanie: czy mamy w końcu to spowolnienie, czy go nie mamy?

Niestety, prognozy rynkowe nie dają w tym momencie zdecydowanej odpowiedzi na to pytanie. Zgodnie z ankietą agencji Bloomberg rynkowe prognozy PKB na IV kw. tego roku plasują się pomiędzy 2,8 proc. a 3,6 proc. Czyli nawet w bardzo bliskim horyzoncie nie ma zgody co do kierunku, w którym ma podążyć polska gospodarka, a prognozy oscylują pomiędzy przyspieszeniem wzrostu a jego całkiem wyraźnym spowolnieniem.

Można zatem odnieść wrażenie, że zarówno bieżące dane, jak i prognozy wprowadzają więcej zamieszania do obrazu polskiej gospodarki, niż pomagają w zrozumieniu tego, co się naprawdę dzieje. Weźmy się więc do wyczyszczenia przedpola, czyli do określenia rzeczywistego stanu rzeczy. Aby to zrobić, musimy zacząć od stwierdzenia, że obecnie jesteśmy na etapie przejściowym. Zmiany w sytuacji gospodarczej mają bowiem to do siebie, że gdy się zaczynają, nikt za bardzo nie chce w nie uwierzyć. Tak jest i tym razem. Jak wynika z badania ankietowego NBP z połowy tego roku, przedsiębiorcy postrzegają obecne spowolnienie gospodarcze jako zjawisko tymczasowe. Nic więc dziwnego, że systematycznie słabsze wyniki produkcji i sprzedaży nie przekładały się i nie przekładają na rynek pracy. Bo po co zmieniać politykę kadrową, jeśli uważamy, że osłabienie popytu jest przejściowe? Czyli dobre wyniki zatrudnienia, płac itd. nie oznaczają wcale, że polska gospodarka w jakiś cudowny sposób stała się odporna na negatywne konsekwencje gospodarczej mizerii, lecz po prostu mówią, że sektor przedsiębiorstw na razie nie może uwierzyć w trwałość negatywnych tendencji gospodarczych i w związku z tym odkłada trudne decyzje kadrowe na później. Ale jak już sektor w spowolnienie uwierzy, to nadrobi zaległości w cięciu kosztów.

Zostawmy rynek pracy z tym "optymistycznym" wnioskiem i spójrzmy na drugą część układanki, czyli na prognozy gospodarcze. W przypadku prognoz też mamy do czynienia z pewnym przekłamaniem, choć ze zgoła z innych przyczyn. Mianowicie efekt zakotwiczenia (inercja, niechęć do zmian, przyzwyczajenie, jak zwał, tak zwał) sprawia, że nawet w normalnych warunkach prognozy ekonomiczne reagują na zmiany sytuacji gospodarczej bardzo powoli. A tym razem sytuacja jest jeszcze bardziej skomplikowana. Otóż całkiem niedawno (a dokładniej w pierwszej połowie roku) prognozy rynkowe rewidowane były w górę, co sprawia, że awersja do ich cięcia - nawet w obliczu wyraźnie słabszych danych ze sfery realnej - może być większa niż normalnie. W sumie ze względu na powyższe czynniki istnieje całkiem spore ryzyko, że konsensus prognoz ekonomicznych w sposób dobitny i przekonujący poinformuje nas o pogorszeniu sytuacji gospodarczej najprawdopodobniej dopiero wtedy, gdy pogorszenie to będzie tak ewidentne, że i tak będziemy wszyscy o nim doskonale wiedzieli.

Możemy więc spokojnie podsumować powyższe wywody konstatacją, że - czy tego chcemy, czy nie - spowolnienie zadomowiło się w polskiej gospodarce, a dane i prognozy, które stoją z tym wnioskiem w sprzeczności, po prostu nadają z opóźnieniem. Czyli bardziej odzwierciedlają dobrą sytuację z początku tego roku niż bieżące osłabienie koniunktury. A to oznacza, że wraz z każdą słabą daną o produkcji i sprzedaży zbliżamy się do punktu, w którym zarówno rynek pracy, jak i prognozy ekonomiczne w końcu się dostosują i pokażą słabsze wyniki, spójne z anemiczną sytuacją w sektorze produkcyjnym.

@RY1@i02/2014/199/i02.2014.199.000000700.802.jpg@RY2@

Marcin Mróz główny ekonomista w Grupie Copernicus

Marcin Mróz

główny ekonomista w Grupie Copernicus

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.