Mamy turystyczny efekt Euro 2012
Wzrosła liczba obcokrajowców odwiedzających Polskę, a pochodzących z państw, które brały udział w Euro 2012. Tegoroczny siatkarski mundial tego trendu raczej nie podtrzyma, bo w ogóle go nie promujemy
Najbardziej pokochali Polskę Irlandczycy, którzy w Poznaniu latem 2012 r. odśpiewywali pewnej policjantce wyznanie "We love you". W porównaniu z latami sprzed mistrzostw w 2013 r. przyjechało ich do nas aż o ponad jedną czwartą więcej. Co ważne, wzrost odnotowano nawet w porównaniu z rokiem, w którym odbywały się mistrzostwa Europy.
Z najnowszego raportu Głównego Urzędu Statystycznego o polskiej turystyce wynika, że w porównaniu do lat sprzed Euro wzrost liczby przyjezdnych nastąpił w przypadku ośmiu spośród dziewięciu państw, których drużyny grały mecze na polskich stadionach. Zmniejszyła się tylko liczba gości z Włoch.
Zainteresowanie Polską zwiększyło się też w krajach, z których piłkarze wprawdzie u nas nie grali, ale za to ich drużyny miały w Polsce swoje bazy. I tak niewątpliwie na korzyść Krakowa zadziałało to, że był wielokrotnie pokazywany w europejskich mediach ponieważ to właśnie w tym mieście mieszkali piłkarze Anglii, ich żony i narzeczone. Reklama okazała się na tyle skuteczna, że rok później z Wielkiej Brytanii przyjechało do nas ponad 402 tys. gości, podczas gdy w poprzednich latach ich liczba wahała się między 320 a 340 tys.
Łącznie ze wszystkich krajów zaangażowanych w rozgrywki Euro (bez Rosji, Ukrainy, Czech i Niemiec, z których przyjezdni w ogromnej części to ruch przygraniczny, który także wzrósł, ale raczej nie z powodu mistrzostw, tylko np. różnic w cenach produktów po różnych stronach granicy) przyjechało w ubiegłym roku do Polski ponad 633 tys. osób, gdy w 2011 r. było ich ledwie 517 tys., a w czasie samego Euro - 593 tys.
- Może w liczbach bezwzględnych to nie są oszałamiające różnice, ale procentowo oznaczają wzrost o ponad jedną piątą. Ewidentnie widać więc, że mamy do czynienia z turystycznym efektem Euro. Ludzie w Europie usłyszeli i zobaczyli Polskę pokazywaną w nowy, ciekawy sposób i postanowili zobaczyć nasz kraj osobiście - mówi nam Wojciech Fedyk, ekspert rynku turystycznego, szef agencji Tourist Consulting. - Oczywiście nie można wnioskować, że do wszystkich tych przyjazdów skłoniły tylko i wyłącznie mistrzostwa w piłce nożnej. Jednak takie duże imprezy sportowe, jeżeli są udane dobrze promowane, zawsze przyciągają jeszcze przez jakiś czas po ich skończeniu turystów, nie zawsze zresztą zainteresowanych samym sportem - dodaje Fedyk.
W taki właśnie efekt, jak zresztą nie ukrywano, celował polski rząd. Tuż po zakończeniu Euro kancelaria premiera chwaliła się badaniami, z których wynikało, że aż 80 proc. zagranicznych kibiców deklaruje, że wróci do Polski, a 92 proc. twierdzi, że po powrocie do domu poleci nasz kraj jako miejsce warte odwiedzenia.
Zapytane przez nas o opinię Ministerstwo Sportu i Turystyki twierdzi, że te zapowiedzi są realizowane. - Zarejestrowano również wzrost pozycji Polski w rankingach. Według analiz Brand Finance Institute z 2012 r. Polska odnotowała w tym roku najwyższy wzrost wartości marki narodowej ze wszystkich 100 zbadanych krajów - aż o 75 proc. z 269 mld dol. do 472 mld dol. Dzięki temu nasz kraj awansował do pierwszej dwudziestki państw o najbardziej wartościowej marce narodowej. W 2013 r. nastąpił wzrost o kolejne 5 proc. do 497 mld dol. - chwali się MSiT.
- Ale to nie jest sukces dany raz na zawsze - ostrzega Fedyk. - O turystę trzeba dbać bez przerwy, cały czas trzeba przygotowywać na niego kolejne wabiki, bo konkurencja na świecie jest ogromna. Takie zachęty oczywiście warto kierować do różnych grup podróżników: rodzin z dziećmi, biznesmenów, seniorów. A skoro już dzięki Euro zostaliśmy przynajmniej po części zapamiętani w powiązaniu ze sportem, to takie skojarzenia też trzeba wspierać - dodaje ekspert.
Niestety z tym wsparciem nie jest najlepiej. Ledwie za miesiąc rozpoczyna się kolejna duża impreza sportowa w Polsce - mistrzostwa świata w siatkówce - ale o nich ledwo słychać, a jeżeli już, to tylko w kontekście kontrowersyjnej decyzji Polsatu o zakodowaniu meczów i pokazywaniu ich tylko abonentom Polsatu Cyfrowego. - W ogromnej części nasza decyzja to efekt właśnie nikłego rządowego zainteresowania tym mundialem. Od dwóch lat chodziliśmy i prosiliśmy o to, by wykorzystać kolejną szansę na promocję Polski i sportu, by powołać pełnomocnika ds. tego wydarzenia, by połączyć siły Polskiej Organizacji Turystyki, ministerstwa sportu, związku siatkarskiego, potencjalnych sponsorów i nasze, tak by i z tej imprezy zrobić prawdziwe święto. Niestety bezskutecznie - rozkłada ręce Marian Kmita, dyrektor Polsatu Sport. - Owszem, ministerstwo przyznało dotację na sfinansowanie samych mistrzostw, ale nic poza tym, żadnych większych działań nie podjęto. A nas w ostatniej niemal chwili opuścił największy sponsor, zresztą spółka skarbu państwa - dodaje Kmita i tłumaczy, że najbardziej szkoda właśnie tego, że ten mundial nie przedłuży naszej dobrej passy po Euro 2012.
Sport świetnie się sprzedaje, ale nie wszędzie i nie zawsze
jako organizator olimpiady w 1992 r. to najsłynniejszy przykład pozytywnego wpływu imprezy sportowej na gospodarkę i turystykę. Jako najbardziej wyrazisty dowód na ten barceloński efekt z zasady podaje się to, jak w latach 1986-2000 zwiększyła się liczba zagranicznych turystów odwiedzających miasto. Pod koniec XX wieku osiągnęła ona poziom 3,5 mln osób, czyli niemal dwa razy wyższy niż przed igrzyskami.
@RY1@i02/2014/149/i02.2014.149.000000400.805.jpg@RY2@
shutterstock
Tyle że ten wynik został osiągnięty nie tylko dzięki samej imprezie, lecz także ogromnym nakładom na turystykę i gospodarkę całej Hiszpanii.
Duże sportowe wydarzenia, równie często jak efekty pozytywne, wywołują także negatywne gospodarczo skutki. Przykłady można mnożyć: zimowe igrzyska z 1998 r. w Nagano skończyły się taką stratą dla miasta i całej Japonii, że 90 tomów akt na ten temat spalono. 2,5 mld dol. długu po igrzyskach w Montrealu z 1976 r. spłacano przez niemal 30 lat, a po zimowej olimpiadzie w Lillehammer z 1994 r. niemal połowa specjalnie na nie wybudowanych hoteli zbankrutowała i żeby zapobiec podobnym upadłościom stacji narciarskich, trzeba je było sprzedać za naprawdę symboliczne kwoty.
@RY1@i02/2014/149/i02.2014.149.000000400.806.jpg@RY2@
shutterstock
Nie lepiej wygląda sytuacja w przypadku piłki nożnej. Ani mistrzostwa świata w RPA z 2010 roku, ani tegoroczne w - choć wydano na nie ogromne kwoty i chwilowo poprawiły one stan tamtejszych gospodarek - wcale nie zaowocowały jakąś drastyczną poprawą sytuacji ekonomicznej tych państw. Ale to i tak lepiej niż w Portugalii, która po tym, jak w 2008 r. była gospodarzem Euro i zainwestowała ponad miliard euro w budowę i rozbudowę stadionów, musiała nawet zacząć rozważać ich wyburzenie, bo tylko trzy z dziesięciu były w stanie na siebie zarobić.
@RY1@i02/2014/149/i02.2014.149.000000400.807.jpg@RY2@
shutterstock
Takie właśnie mało optymistyczne historie zraziły mieszkańców , którzy w tym roku w referendum dotyczącym kwestii starań tego miasta o organizację Zimowych Igrzysk Olimpijskich w 2022 r. odrzucili ten pomysł (przeciw było niemal 70 proc. głosujących). Starania o olimpiadę dotychczas kosztowały budżet Krakowa 10,8 mln zł. Największe wydatki to przygotowanie wniosku aplikacyjnego za 3,7 mln zł, promocja kosztująca 2,7 tys. zł i opłata dla MKOl, który pobrał ponad 450 tys. zł za dopuszczenia Krakowa do uczestnictwa w konkursie.
Sylv
@RY1@i02/2014/149/i02.2014.149.000000400.808.jpg@RY2@
Irlandczycy i Anglicy - to ich Euro 2012 najbardziej skłoniło do powrotu do Polski
Sylwia Czubkowska
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu