Ekonomista zwierzę stadne
W ekonomii wyraźniej niż w innych dyscyplinach naukowych można zauważyć dominujące podejście. Co nie znaczy, że na obrzeżach nie dzieją się rzeczy godne uwagi
Mariuszem Baranowskim
@RY1@i02/2014/006/i02.2014.006.000000700.802.jpg@RY2@
mat. prasowe
Mariusz Baranowski, adiunkt w Instytucie Socjologii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Specjalizuje się w socjologii ekonomicznej oraz koncepcjach welfare state, autor wielu publikacji dotyczących m.in. efektywności corporate governance w Polsce, teorii praw własności i ekonomii społecznej
Moda dotyczy większości dziedzin życia. Także prądów intelektualnych. Czy ekonomista to zwierzę stadne?
Z perspektywy historii ekonomii można powiedzieć, że tak. Pewne szkoły myśli w danych okresach są bardziej popularne od innych. Zależy to od wielu czynników. Jednym z nich jest to, że w ekonomii wyraźniej niż w innych dyscyplinach społecznych można wyróżnić dominujący paradygmat. Choć nie brak również ciekawych pobocznych koncepcji.
Co to jest paradygmat?
To jest ogólny wzorzec postępowania naukowego, uznany za przyjęty sposób interpretacji i wyjaśniania określonych zjawisk gospodarczych. Przykładem jest ekonomia neoklasyczna, która na wielu poziomach analizy - zarówno mikro, jak i makro - definiuje działalność gospodarczą poprzez pryzmat rynkowego mechanizmu regulowania gospodarki oraz koncepcję jednostki racjonalnej. Jej cechą charakterystyczną jest posługiwanie się narzędziami matematycznymi do modelowania zjawisk ekonomicznych.
Ale jeszcze do niedawna wielu ekonomistów było zapatrzonych w gospodarkę krajów socjalistycznych i twierdziło coś zupełnie innego.
Ekonomia marksistowska w świecie instytucjonalnej nauki akademickiej została mocno zmarginalizowana, choć wciąż się rozwija i piętnuje ułomności dominującej perspektywy. Jednak historycznie rzecz ujmując, w bloku państw socjalistycznych ekonomiści również działali w ramach pewnego wzorca interpretacji rzeczywistości gospodarczej (paradygmatu), który był przeciwny neoklasycznemu podejściu, czyli zakładał, że to państwo powinno być głównym graczem w gospodarce i wiele dziedzin życia powinno być ściśle regulowanych. Nawet polscy opozycjoniści z czasów realnego socjalizmu głównie mówili o naprawie, korekcie socjalizmu, tylko nieliczni zaś chcieli go demontować. Po 1989 r. sympatyków wolnorynkowych rozwiązań zaczęło przybywać, co korespondowało ze zmianami programów nauczania ekonomii oraz specyficznej w Polsce jednostronnej dewaluacji właściwie całości refleksji ekonomiczno-społecznej z poprzedniego systemu. Zupełnie inaczej wyglądały nastroje społeczne, krytycznie nastawione do nowej rzeczywistości już w kilka lat po transformacji.
Patrząc jeszcze dalej wstecz, różnych paradygmatów czy mód w ekonomii było więcej.
Zdecydowanie. Początki klasycznej refleksji ekonomicznej, sięgające XVIII wieku, z pracami Adama Smitha, Davida Ricardo czy Johna Stuarta Milla, stanowią tego doskonały przykład. Oni zajmowali się podobnymi zagadnieniami, np. wzrostem gospodarczym; prezentowali pozytywny stosunek wobec kwestii zysku kapitalistów, który sprzyjał ogólnemu bogactwu; byli w końcu zwolennikami własności prywatnej i wolnego rynku. Przeciwstawne podejście prezentowane przez Marksa i jego kontynuatorów wyrasta z krytyki myśli klasycznej. Zakłada się w nim, że system wypracowujący bogactwo, które służy nielicznym, np. właścicielom kapitału, jest nie do utrzymania w dłuższej perspektywie, a także jawnie niesprawiedliwy społecznie. Mamy tu do czynienia z elementem wartościującym, czyli założeniem, że ekonomia powinna pełnić określoną funkcję społeczną, tzn. zapewnić ludziom godne warunki życia. A zatem wybór określonej orientacji ekonomicznej może być także kwestią światopoglądu danego ekonomisty. W ogóle można sprowadzić wszelkie szkoły i koncepcje w ekonomii do zagadnienia: czy i w jakim stopniu instytucje państwa powinny ingerować w rynek.
W latach 30. dominował pogląd, że interwencja państwa jest dobra. Z kolei w latach 80., kiedy Reagan i Thatcher wprowadzają rozwiązania ograniczające rolę państwa, znów wielu teoretyków im przyklaskuje. Można odnieść wrażenie, że ekonomiści niczym chorągiewki ustawiają się w zależności od tego, jak wieje wiatr historii.
Istnieją trzy główne powody, dla których w danym czasie mamy do czynienia z masowym poparciem pewnych nurtów czy szkół myślowych. Po pierwsze, chodzi o kontekst instytucjonalny ekonomii. Nie jest tak, że pewne podejścia wyrastają spod ziemi i stają się potężne z dnia na dzień. Na uczelniach, w instytutach badawczych czy towarzystwach naukowych cały czas jest uprawiana i rozwijana wiedza ekonomiczna, która po prostu dochodzi do głosu i zyskuje wpływ na rzeczywistość. Nie byłoby keynesizmu, gdyby John Maynard Keynes nie miał oparcia na Uniwersytecie w Cambridge, gdzie uprawiano specyficznie pojętą ekonomię, drukując jego prace m.in. w "The Economic Journal". Po kryzysie, który wybuchł w 2008 r., znowu się mówi o tym, że szkoła postkeynesowska zyskuje na atrakcyjności. Podam pewien przykład. W 2003 r. noblista Robert Lucas, obok Miltona Friedmana jedna z najważniejszych postaci ekonomii neoliberalnej, utrzymywał, że makroekonomia głównego nurtu odniosła taki sukces, że na wiele dekad zabezpieczyła nas przed kryzysami ekonomicznymi.
Przypomina to ogłoszenie końca historii przez Francisa Fukuyamę na kilka lat przed atakiem na World Trade Center.
Tak. Lucas uznał, że neoliberalna ekonomia wyjaśnia wszystko znakomicie. Ale rok 2008 boleśnie te przekonania zweryfikował. Polityka deregulacji rynku finansowego i wolności gospodarczej skończyła się niezwykle spektakularnie i zarazem tragicznie dla olbrzymiej liczby osób. Dziś mało kto wierzy w możliwość szybkiego i pewnego wzbogacenia się na rynku instrumentów pochodnych, choć przez wiele lat derywaty były istną maszynką do zarabiania pieniędzy.
Wracając do głównego wątku - pierwszy element, który jest potrzebny, by dana szkoła ekonomiczna stała się popularna, to naukowe zaplecze instytucjonalne. Milton Friedman już od lat 50. głosił swoją koncepcję, ale została ona wcielona w życie dopiero w latach 70.
Dlaczego zajęło to 20 lat?
To wynika z drugiej przesłanki niezbędnej do rozprzestrzenienia się ekonomicznych doktryn i prądów myślowych - chodzi o kontekst społeczno-gospodarczy. Spójrzmy wstecz. Rozwój kapitalizmu i negatywne konsekwencje dla szerokich mas społecznych przyczyniły się do powstania i upowszechnienia ekonomii marksistowskiej. Wielki Kryzys z końca lat 20. ubiegłego wieku, którego jednym z objawów był radykalny spadek cen właściwie wszystkich akcji na giełdzie nowojorskiej oraz recesja prowadząca do bezrobocia prawie jednej trzeciej siły roboczej w USA, w odpowiedzi doczekał się keynesizmu. Szkoła, która jest instytucjonalnie umocowana i inaczej tłumaczy rzeczywistość niż ta obowiązująca...
Czeka na swój moment w historii i wtedy nagle staje się szanowana i przez wszystkich hołubiona.
Tak jest. Kolejny przykład po keynesizmie to wspomniany neoliberalizm. Otóż Friedman swoją monetarystyczną koncepcję stworzył już w latach 50., ale zyskała ona szeroki rozgłos dopiero po kryzysie paliwowym 1973 r. Inflacja, będąca konsekwencją tego kryzysu, spopularyzowała myślenie, że trzeba skończyć z regulacjami, że trzeba zastąpić tę starą formę wyjaśniania zjawisk gospodarczych czymś nowym. W tym wypadku przekonaniem, że rynek najlepiej reguluje się sam, że dla ograniczenia inflacji wymagana jest restrykcyjna polityka pieniężna, która przyczynia się do zmniejszenia podaży pieniądza. Ale neoliberalizm nie zaistniałby w takiej skali bez zaplecza instytucjonalnego, gdzie wykonano fenomenalną robotę popularyzatorską. Mam na myśli nie tylko funkcjonowanie prestiżowego Uniwersytetu w Chicago czy cotygodniowe felietony i audycje telewizyjne, w których Friedman klarował swoje poglądy. Już w latach 40. Hayek założył stowarzyszenie Mont Pelerin, którego członkami byli, oprócz Miltona Friedmana, Ludwig von Mises, Gary Becker czy Karl Popper. Do tego powstało wiele liberalnych think tanków, jak chociażby American Enterprise Institute lub The Institute of Economic Affairs w Wielkiej Brytanii. Przełom myślowy w latach 70. nie wziął się z próżni, gdyż te instytucje wyszkoliły rzesze młodych ludzi. Ostatecznym zapalnikiem okazał się kryzys energetyczny 1973 r. Pouczające jest to, że już w roku następnym, tj. 1974 r., Nagrodę Banku Szwecji im. Alfreda Nobla w dziedzinie ekonomii dostaje Hayek, a w 1976 r. Friedman. Nowa wizja szybko została doceniona.
Czyli społeczeństwo w czasach kryzysu poszukuje nowych odpowiedzi i wtedy dochodzi do przestawienia wajchy, czyli mówiąc naukowo, zmiany paradygmatu? Pod warunkiem że ci, którzy te odpowiedzi mają, są odpowiednio umocowani instytucjonalnie.
Z tym że nie wyolbrzymiałbym roli społeczeństwa jako takiego w poszukiwaniu nowych odpowiedzi, a raczej skupił się na trzecim elemencie, czyli kontekście politycznym. To nie społeczeństwo decyduje bezpośrednio o przyjęciu danego podejścia ekonomicznego (chyba że akurat są wybory i te kwestie są prezentowane opinii publicznej), lecz sprawujący władzę. Jeśli mamy już wypracowane idee i pojawia się odpowiedni moment, by je wprowadzić, jak np. kryzys, to potrzebny jest jeszcze ktoś, kto te nowe koncepty wcieli w życie. Przykładowo w czasach Wielkiej Depresji był to prezydent Franklin Delano Roosevelt i jego New Deal. Wielkie bezrobocie i niezadowolenie społeczne wraz z argumentami teoretycznymi Keynesa skłoniły tego polityka do ogłoszenia zwiększenia roli państwa w gospodarce i szeroko zakrojonego programu robót publicznych. Jest to tak samo widoczne w przypadku sukcesów szkoły neoliberalnej. Oczywiście wszystkie podręczniki mówią, że to polityka Margaret Thatcher i Ronalda Reagana w latach 80. XX w. były decydujące. To prawda, wtedy nastąpiły ograniczenie inwestycji rządu, prywatyzacja oraz powszechne stosowanie polityki monetarnej do walki z inflacją. Ale już rządzący wcześniej w USA prezydent Jimmy Carter rozpoczął ten proces, mianując na szefa Fed Paula Volckera, którego wizja kierowania polityką pieniężną była zbieżna z neoliberalną koncepcją. Ciekawym przykładem trwałości tego podejścia jest to, że Alan Greenspan, następca Volckera na stanowisku szefa Fed, pełnił tę funkcję przez 19 lat, za rządów 4 prezydentów o różnych konotacjach partyjnych.
Gdy w 2008 r. przyszedł kryzys, Greenspan, choć już nie był szefem Fed, spadł z piedestału.
O potężnej bańce spekulacyjnej i nadejściu kryzysu różni badacze pisali już na kilka lat przed jego wybuchem, Greenspan nic z tym nie zrobił. Co ciekawe, za kryzys 2008 r. były odpowiedzialne te same podmioty, które przyczyniły się do powstania internetowej bańki roku 2001.
Które?
Procesy firm odpowiedzialnych za bańkę internetową zakończyły się w 2002 r. ugodą, w wyniku której wielkie banki musiały zapłacić prawie 1,5 mld dol. kary za niewłaściwe praktyki. Kilka lat później m.in. Lehman Brothers, Merrill Lynch, Morgan Stanley, JP Morgan czy Goldman Sachs stały się głównymi aktorami kolejnego kryzysu. Oni zostali naznaczeni już kilka lat wcześniej, ale były to za słabe sankcje.
Jak to jest, że w krótkim czasie ekonomiczny mainstream potrafi tak zmienić swoje oblicze? Osób takich jak prof. Leszek Balcerowicz, które poglądów nie zmieniają, wśród ekonomistów trzeba chyba ze świecą szukać.
Nie jest tak, że wszyscy nagle zmieniają poglądy. Wśród ekonomistów istnieją większe lub mniejsze różnice. Przeważnie jedna orientacja zdobywa pozycję dominującą i stara się ją utrzymać. Ale istnieją również ciekawe i inspirujące koncepcje, które nie są mainstreamowe, a mimo to przebijają się do opinii publicznej i robią karierę. Na przykład nowa ekonomia instytucjonalna, która uwzględnia aspekty instytucjonalne i pozarynkowe determinanty mechanizmów gospodarczych. Jej przedstawiciele byli honorowani najważniejszymi nagrodami w dziedzinie ekonomii, jak np. Ronald Coase lub Oliver Williamson.
Problem dzisiejszej ekonomii polega na tym, że choć jest ona bogata i różnorodna, to kontekst instytucjonalny, o którym wspominałem, jest zdominowany przez ekonomię neoklasyczną. A przecież wielu uznanych ekonomistów krytykowało i krytykuje jej zbyt matematyczne, abstrakcyjne podejście, jej oderwanie od rzeczywistej gospodarki. Mimo to oponenci nie mają wystarczającej siły przebicia. Po dziś dzień na zachodnich uczelniach ekonomicznych studenci są nauczani ekonomii neoklasycznej. Ale okazuje się, że zmiany mogą nadejść z najmniej oczekiwanej strony. Otóż w 2000 r. studenci we Francji powołali ruch, który protestował przeciwko nadmiernemu wykorzystywaniu modeli matematycznych w ekonomii. Rok później w Cambridge utworzono grupę The Cambridge 27, która domagała się otwarcia uczelni także na nurty spoza neoklasycznej teorii ekonomii, które są obiecujące i nie dotyczą tylko modeli ekonometrycznych. Dysponujemy gotowymi podejściami na styku ekonomii i psychologii Daniela Kahnemana, emancypacyjnej koncepcji Amartyi Sena, antykapitalistycznej perspektywy Michela Hussona itp. Bo ekonomia nie musi się ograniczać do pojęcia homo oeconomicus i wolnego rynku. Coraz częściej do wyjaśniania zjawisk gospodarczych sięga się właśnie po wiedzę z innych dyscyplin naukowych, a to znacznie wzbogaca ekonomiczny punkt widzenia.
Skoro są takie różnice, to jak rozumieć to, że teraz i Fed, i EBC drukują pieniądze? Nawet Japonia zaczęła to robić. Jeszcze pięć lat temu byłoby to nie do pomyślenia.
To jest kolejne świadectwo tego, że monetaryzm ma się całkiem dobrze. Przecież Friedman zalecał, by za pomocą polityki pieniężnej, a nie fiskalnej, kształtować gospodarkę. Dodrukowywanie pieniędzy pomaga zatuszować olbrzymi deficyt budżetowy oraz obniżyć koszty obsługi zadłużenia Stanów Zjednoczonych, oczywiście pomagając doraźnie gospodarce.
Raz wygrywa jedna szkoła, raz druga. Jakaś prognoza, która z nich będzie w najbliższych latach miała większy wpływ na rzeczywistość?
Mimo że wolnorynkowa ekonomia neoklasyczna w nurcie instytucjonalnej nauki ma się całkiem dobrze, to kolejne kryzysy ukazały, że kontrola państwa dotycząca przepływów finansowych odgrywa rolę stabilizującą. Nie bez znaczenia będzie postawa społeczeństw, które odczuwają poszczególne zmiany polityki gospodarczej i kryzysów. To, która szkoła zyska na znaczeniu, będzie tak naprawdę zależeć od globalnej sytuacji gospodarczej i politycznej, od tego, czy wybuchną jakieś poważne konflikty międzynarodowe lub regionalne, jaka będzie skala nierówności i szans życiowych w poszczególnych krajach i między nimi. Dzisiejsza wiedza na temat powiększających się nierówności gospodarczych zarówno w skali globalnej, jak i w perspektywie poszczególnych państw narodowych zdaje się sugerować upadek dotychczasowej doktryny i próbę poszukiwania bardziej adekwatnej propozycji wyjścia z kryzysu zadłużenia, naprawy globalnego systemu finansowego i zapobiegania nierównościom społeczno-gospodarczym. Jednak istotna okaże się nie tylko jakość refleksji ekonomicznej, która siłą rzeczy będzie musiała uwzględniać pozagospodarcze determinanty, ale także koniunktura polityczna i aktywność społeczeństwa.
@RY1@i02/2014/006/i02.2014.006.000000700.103.jpg@RY2@
Getty Images/Flash Press Media
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu