Paradoksalny przemysł Polski Ludowej
III RP odziedziczyła złą strukturę przemysłu. Ale zamiast ją naprawić, zaczęła od wygaszania tych najbardziej perspektywicznych sektorów
Andrzejem Karpińskim
@RY1@i02/2015/112/i02.2015.112.000001400.804.jpg@RY2@
wojtek górski
Andrzej Karpiński rocznik 1928, ekonomista, przez cały okres PRL pracujący w centralnych organach planowania. W latach 1974-1983 zastępca przewodniczącego Komisji Planowania przy Radzie Ministrów. Po przełomie wieloletni zastępca przewodniczącego Komitetu Prognoz "Polska 2000 Plus" i wykładowca akademicki. Autor ponad 80 książek ekonomicznych
Dlaczego z takim uporem broni pan tezy, że w III RP zasięg likwidacji już istniejących zakładów przemysłowych był nadmierny i w części nieuzasadniony?
Bo trzeba mówić prawdę. A nie powtarzać obiegowe opinie.
Tylko że jeśli spojrzymy na pański życiorys, zaraz rodzi się opór: broni przemysłu PRL, bo sam go budował.
Nie widzę żadnych podstaw, aby wiązać mój życiorys z budową przemysłu w Polsce ani przed 1989 r., ani po tym roku. W PRL nigdy nie pracowałem w zarządzaniu i budowie przemysłu i nie miałem wpływu na jego kształt. Chodzi o coś innego. W moich poglądach teoretycznych i polityce gospodarczej byłem i jestem zwolennikiem uprzemysłowienia Polski i jego ważnego znaczenia w rozwoju naszego kraju. Konsekwentnie więc wypowiadałem się i walczyłem o ten kierunek rozwoju. Przez 35 lat pracowałem na różnych szczeblach instytucji planowania gospodarczego PRL. Byłem jednak odpowiedzialny raczej za planowanie przestrzenne i perspektywiczne. Ale sporo widziałem. I złych, i dobrych decyzji politycznych. Jedno nigdy natomiast nie ulegało dla mnie wątpliwości.
Co takiego?
Czy się to komuś podoba, czy nie, uprzemysłowienie było wielkim dorobkiem PRL. Przeprowadziło nas z cywilizacji rolniczej do przemysłowej. W tym sensie Hilary Minc (główny strateg ekonomiczny w okresie stalinowskim - red.) dosłownie dokończył dzieło rozpoczęte przez Eugeniusza Kwiatkowskiego (minister i wicepremier odpowiedzialny za gospodarkę w czasach rządów sanacji - red.). Napisałem o tym wiele książek. Pierwszą w 1958 r., która została nawet przetłumaczona na angielski i miała w USA dobre recenzje. Aż po "Jak powstawały i jak upadały zakłady przemysłowe w Polsce", która mówi o okresie PRL, a równocześnie przedstawia zasięg likwidacji przemysłu po 1989 r.
I znowu pan broni komuny.
To jest obrona zdrowego rozsądku. Czy ma pan doświadczenie, które pana uformowało?
Tak. Transformacja lat 90.
A dla mnie to była trauma września 1939 r. Miałem wtedy 11 lat. Widziałem, jak do uciekających poboczem polskich żołnierzy podjeżdżali Niemcy i likwidowali ich, nie wysiadając nawet ze swoich pojazdów. Potem, gdy zostałem ekonomistą, zrozumiałem, że to nie była tylko wojna polsko-niemiecka. To było starcie cywilizacji przemysłowej i rolniczej. Nie chodziło o to, że nasi żołnierze byli mniej waleczni albo nieprzygotowani. W 1939 r. 65 proc. polskiego społeczeństwa pracowało w rolnictwie i płynęło stamtąd prawie 50 proc. dochodu narodowego, a więc o połowę więcej niż z przemysłu. Mieliśmy wtedy w całym kraju jakieś 35 tys. samochodów osobowych. Niemcy mieli dwa miliony.
I stąd obsesja pańskiego pokolenia na punkcie uprzemysłowienia?
To było logiczne. Żaden kraj, który chce wejść na wyższy poziom rozwoju, nie może uciec przez industrializacją.
Ale od tamtej pory minęło trochę czasu. Minc i Kwiatkowski to dziś postacie historyczne.
Prawa rządzące gospodarką się nie zmieniły. Dziś coraz więcej ekonomistów i komentatorów zauważa, że takie kraje jak Polska - mimo wzrostów niektórych wskaźników ekonomicznych, jak choćby PKB - tkwią w pułapce niskich dochodów. A skąd się bierze ta pułapka? Właśnie stąd, że wydajność w przemyśle jest dużo wyższa niż w rolnictwie i usługach. Tutaj - mimo upływu lat - nic się nie zmieniło.
Dlaczego więc w ostatnich 20-30 latach przemysł uchodził za wczorajszy, a wszyscy eksperci wieszczyli nadejście ery postindustrialnej?
Era postindustrialna jest faktem, a nieporozumieniem byłoby tylko uznanie, że era postindustrialna oznaczać będzie zanik przemysłu. Ale świat bez produkcji materialnej istnieć nie może. Popełniono więc błędy w ocenie prognoz i perspektyw przemysłu na przyszłość, co źle świadczy o elitach opiniotwórczych i politycznych III RP. Ekonomiści zawsze zwracali uwagę, że deindustrializacja może zachodzić na dwa sposoby. Pierwszą można uznać jej formę naturalną, opartą na postępie technologicznym i automatyzacji, które w nieuchronny sposób zmieniają to, jak ludzie żyją i jak pracują. Ale nie każda deindustrializacja jest naturalna. Bo w wielu przypadkach bywa ona przedwczesna i bardzo niebezpieczna. A to właśnie przydarzyło się III RP.
Skąd ta pewność?
Są cztery warunki, których spełnienie pozwala uznać, że deindustrializacja była naturalna, a więc również uzasadniona. Po pierwsze, gdy następuje ona po osiągnięciu najwyższej i najbardziej dojrzałej fazy jej rozwoju. Po drugie, spada popyt na tradycyjne dobra przemysłowe, a przesuwa się na usługi. Po trzecie, gdy stary przemysł w sposób sztuczny wiąże siłę roboczą i nie pozwala na rozwinięcie się sektora usług. Po czwarte, wyprowadzone zostały już nadwyżki pracy z rolnictwa. Ale w Polsce w czasie transformacji nie był spełniony nawet jeden z tych warunków. Ani jeden!
Jak to?
Weźmy warunek pierwszy. Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie może się upierać, że Polska w 1989 r. była krajem wysoko uprzemysłowionym podobnym do Wielkiej Brytanii. Zestawiam te dwa kraje nieprzypadkowo, bo w historii powojennej Europy skalę naszej deindustrializacji - liczonej spadkiem zatrudnionych w przemyśle - da się porównać tylko do doświadczeń na Wyspach. Różnica była tylko taka, że brytyjska deindustrializacja była zbliżona do naturalnej, to znaczy, że pozostałe gałęzie nowocześniejszego przemysłu i usług potrafiły wchłonąć nadwyżki siły roboczej. A u nas skończyło się to masowym i strukturalnym bezrobociem.
Po drugie...
Trzeba być szaleńcem, by twierdzić, że u progu III RP popyt na dobra przemysłowe produkowane przez "stary" przemysł był już w Polsce zaspokojony. Bo w rzeczywistości on po 1989 r. wręcz eksplodował. Niestety, został mniej więcej w 2/3 pokryty importem. Zagraniczna produkcja wypchnęła więc produkcję krajową, a rozwijający się w szybkim tempie polski rynek wewnętrzny niemal w całości zasilił zagraniczne korporacje, a w konsekwencji również budżety krajów bogatych. To nie jest tylko fenomen lat 90. Do dziś mamy bardzo wysoki współczynnik penetracji importem, który wynosi ok. 54 proc., czyli więcej niż połowa towarów sprzedawanych na naszym ryku wewnętrznym pochodzi z importu.
To dużo?
Amerykański ekonomista Walter Rostow uważał, że o poziomie kolonialnego uzależnienia można mówić już wtedy, gdy na danym rynku sprzedaje się więcej towarów importowanych niż wytworzonych w danym kraju.
Ale przecież są kraje rozwinięte, w których poziom penetracji importem jest dużo wyższy.
Oczywiście. Ale to są bez wyjątku kraje małe. Najwyżej kilkumilionowe. To nie nasza liga.
A kto gra w naszej lidze?
Jesteśmy krajem 40-milionowym. To oznacza duży rynek wewnętrzny. Jest on naszym największym ekonomicznym zasobem, bo mamy w Polsce ogromną bazę konsumentów. Ale jednocześnie kolosalnym wyzwaniem dla naszych polityków, bo w dużym kraju łatwiej o masowe bezrobocie. Dlatego ekonomiści uważają, że w tej lidze państw dużych optymalny poziom uzależnienia od importu to ok. 25 proc. I jak pan pojedzie do dowolnego kraju z naszej ligi, to znajdzie pan akcje w stylu "Buy British" (prowadzona od lat akcja zachęcająca do kupowania towarów brytyjskich - red.). W Luksemburgu czy na Łotwie ich nie ma. Nie bez przyczyny.
Idźmy dalej. Kolejne kryterium.
Polska jest jedynym znanym mi krajem, który poszedł w kierunku deindustrializacji, mając nadwyżki podaży pracy w rolnictwie. To zjawisko niemal bez precedensu. Bo na całym świecie deagraryzacja wyprzedzała deindustrializację. A my się zdecydowaliśmy na deindustrializację, mając 1,2 mln nadwyżki zatrudnionych w rolnictwie. Efektem mogła być tylko znacząca utrata potencjału ekonomicznego. Przecież to oczywiste, że jak się wyprowadzi człowieka z przemysłu i przesunie go do usług, to dochód narodowy automatycznie się zmniejsza. Dzieje się tak dlatego, że wydajność sektora usług i rolnictwa jest zazwyczaj dwa-trzy razy niższa od przemysłu. To chyba wystarczające dowody, że deindustrializacja III RP na pewno nie była zdrowa i naturalna. Raczej trzeba ją nazwać przedwczesną i patologiczną. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości.
Obrońcy transformacji powiedzą panu natychmiast, że przemysł PRL upadł, bo nie był w stanie konkurować z towarami produkowanymi na Zachodzie. Klienci woleli zachodnie auta czy elektronikę, bo one były po prostu lepsze.
To jest najbardziej rozpowszechniony sposób patrzenia na sprawę. Ale ja staram się z tym poglądem polemizować.
I znowu będzie pan bronił komuny.
Ani mi się śni. Zacznę raczej od krytyki. Wielką słabością władz Polski Ludowej było dopuszczenie do niedorozwoju produkcji dóbr konsumpcyjnych. Na tym tle przez cały czas wypadaliśmy gorzej niż reszta bloku wschodniego. Dla mojego pokolenia wyjazdy na Węgry czy do Czechosłowacji to była podróż do innego - lepszego - świata.
Dlaczego tak było?
To był splot kilku czynników. Zdecydowanie za dużo było u nas przemysłu ciężkiego i górnictwa.
Moskwa kazała?
Takie jest najłatwiejsze tłumaczenie. Ale to raczej nasza własna wina. Przez cały okres PRL w przemyśle dominowały u nas dwa wielkie ośrodki. Dziś nazwalibyśmy je po prostu lobby. Pierwszy to Śląsk. Drugi to Pomorze z jego stoczniami i gospodarką morską. Oba te ośrodki dzięki swej potędze politycznej akumulowały zbyt wiele inwestycji. Nie potrafię powiedzieć, dlaczego nasi ówcześni decydenci tego nie rozumieli. Za tym wszystkim stało też sporo gigantomanii. Odlewnia żeliwa w Lublinie nie musiała być obliczona na 100 tys. ton, bo nie było takiej potrzeby. Huta Katowice produkowała zdecydowanie więcej stali, niż okazało się później potrzebne. A dlaczego nie inwestowano więcej środków w przemysł spożywczy? Albo w elektronikę? Przecież nie było żadnych obiektywnych przeszkód.
Czego to dowodzi?
Że III RP faktycznie odziedziczyła złą strukturę przemysłu. Ale zamiast ją naprawić, zaczęła od wygaszania tych najbardziej perspektywicznych sektorów. Można nawet powiedzieć, że im bardziej nowoczesna gałąź przemysłu, tym większy jest stopień jego redukcji po 1989 r. Mniej więcej połowa - licząc majątkiem - zakładów zlikwidowanych w III RP to był właśnie przemysł produkujący dobra konsumpcyjne. A więc te, na które najbardziej rósł popyt.
Jak to się stało?
To był pewien paradoks. Weźmy polską elektronikę. W 1989 r. faktycznie nie była ona konkurencyjna wobec japońskiej czy amerykańskiej. Wynikało to z generalnego zapóźnienia technologicznego całego bloku wschodniego. To zapóźnienie było z kolei efektem zimnej wojny, toczonej również na froncie ekonomicznym. Dziś już niewielu pamięta, że przez całe lata na Zachodzie istniał - niemający nic wspólnego z wolnym rynkiem - zakaz eksportu wysokich technologii za żelazną kurtynę. Gdy Polska kupiła układy scalone od Francuzów, to potem przez trzy lata była polityczna blokada na ich dostarczenie. A w technologii trzy lata to cała wieczność. Mimo to PRL elektronikę produkował. Istniała więc spora baza infrastrukturalna i ludzka.
Dla tej branży rok 1989 to były jakby ponowne narodziny. Trzeba było na nowo uczyć się chodzić i mówić.
Ale rządy III RP nie zrobiły nic, by pomóc. Kazały polskim zakładom rywalizować z dysponującymi dużo lepszą technologią konkurentami z Zachodu. A potem po prostu przyjęły do wiadomości informację o ich śmierci. To o tyle smutne, że jak się przypatrzeć początkom wielu amerykańskich czy japońskich marek podbijających wtedy polski rynek, to u ich zarania leży zazwyczaj pomoc państwowa. Świadczona na rzecz tzw. infant industries (przemysłów raczkujących). A więc tych gałęzi produkcji, które są perspektywiczne, ale z początku niegotowe na stawienie czoła brutalnej konkurencji z zewnątrz. Brak takiej pomocy jest wielkim grzechem wszystkich kolejnych rządów III RP, za który płacimy do dziś. Bo nawet najsłabszy polski zakład produkujący w miarę nowoczesne technologie był dużo bardziej efektywny niż kopalnia albo stalownia. Czyli wnosił relatywnie większą część wartości dodanej.
Dlaczego?
W przemyśle ciężkim wartość dodana w produkcji to około 20 proc. Natomiast w wysokiej technice sięga ona 60-70 proc. Wydajność w nowych technologiach jest średnio dwa razy większa niż w starych. Jest więc się o co bić. Nawet jeśli oznacza to wiele nakładów.
Ale przecież nie dało się uznać wszystkich gałęzi polskiego przemysłu za raczkujące. I nie można było ich chronić równie mocno.
Nie było wcale takiej potrzeby. Według moich szacunków ok. 30 proc. polskiej produkcji przemysłowej odziedziczonej po PRL mogło od razu spokojnie konkurować na rynkach międzynarodowych. Na przykład przemysł spożywczy wyprzedzał swój czas pod względem jakości. Był bliższy natury zanim stało się to modne. Podobnie tekstylia. Mieliśmy nawet takie perełki jak farmacja, czyli branża przemysłu jak najbardziej wysokich technologii, która była ważnym graczem. Na przykład w produkcji antybiotyków.
I co się stało?
Wszystkie rządy III RP kompletnie zawiodły przy wypracowaniu spójnej koncepcji ściągania kapitału zagranicznego. To znaczy wcale jej nie wypracowały. Efekt był taki, że kapitał zagraniczny wszedł tam, gdzie chciał. A więc do branż pozwalających na uzyskanie wysokich zysków. I jeszcze dostał za to wiele ulg i zachęt! W tym sensie specjalne strefy ekonomiczne są jednym wielkim nieporozumieniem. To czysta utrata dochodów budżetowych bez żadnej gwarancji rozwoju przemysłu. Połączona najczęściej z zakamuflowanym przenoszeniem produkcji ze strefy płac wysokich do niskich. Jaki jest sens dawania przywilejów kapitałowi zagranicznemu w przemyśle cukierniczym? Przecież tam jest taka akumulacja wartości dodanej, że inwestorzy przyjdą sami i jeszcze za to podziękują! Podobnie produkcja samochodów albo były przemysł monopolowy. I ja nie mówię tu tylko o szalonych latach 90. Do dziś dominują decyzje doraźne. W 2014 r. polski rząd przedłużył koncernowi Fiata wielkie ulgi podatkowe na kolejnych 12 lat. W niektórych branżach było to jeszcze mniej uzasadnione.
To znaczy?
Weźmy choćby wspomnianą już farmację. To była tak konkurencyjna gałąź przemysłu, że chętnych inwestorów nie brakowało. A władze się tak tym ucieszyły, że nie ośmieliły się stawiać żadnych warunków. W farmacji i chemii gospodarczej mieliśmy więc falę wrogich przejęć obliczonych na likwidację konkurencji. A przecież takim przypadkom da się zapobiegać. Po to są umowy prywatyzacyjne, które przewidują w ostateczności nawet renacjonalizację.
Przyzna pan jednak, że kapitał zagraniczny był polskiemu przemysłowi potrzebny. Pewnie i dziś by się przydał.
Oczywiście. Ale należało wpuścić go tam, gdzie my chcieliśmy go widzieć. A więc na przykład do wspomnianych już nowoczesnych technologii. To się nazywa inwestowanie skanalizowane. Na to warto dawać ulgi i zachęty. Tak zrobiły Tajwan i Singapur. Tak postąpiła Irlandia, ściągając z USA kapitał na produkcję informatyczną. Złośliwi twierdzą nawet, że przy pomocy swojej amerykańskiej mafii.
Nasza mafia była, jak widać, słabsza od irlandzkiej.
Gdzie tam mafia! Wystarczyło stworzyć spójną politykę przemysłową i określić, które dziedziny chcemy rozwijać. Ale nasze elity wolały powtarzać, że najlepsza polityka przemysłowa to jej brak.
To co robić teraz? Czy jest szansa na jakąś nowoczesną reindustrializację?
Moja diagnoza na dziś zasadniczo nie odbiega od tego, o czym rozmawialiśmy do tej pory. Wiele potencjału przemysłowego odziedziczonego po PRL na zawsze zniknęło i nie warto byłoby go odtworzyć. Ale ciągle wiele da się zrobić w nowych przemysłach, w rozwoju których wszyscy dopiero startujemy, a nie tylko my.
A co konkretnie?
Kluczowy mechanizm, który należy uruchomić, to wykorzystanie ożywienia popytu na własnym rynku wewnętrznym dla pobudzenia produkcji na miejscu w kraju, a więc z korzyścią przede wszystkim i głównie dla producentów krajowych. A to jest możliwe tylko przez zwiększenie dochodów słabo i średnio zarabiających. Bo właśnie z tych dochodów wydaje się prawie 80 proc. na wyroby wytwarzane w kraju, a nie na pochodzące z importu. To da się zrobić, biorąc pod uwagę bardzo niskie dochody większości Polaków. A potem trzeba zaspokoić te potrzeby przy pomocy polskich wytwórców. To nie jest produkcja luksusowa i nie wymaga najbardziej innowacyjnych rozwiązań, które musieli byśmy importować. Mówię tu na przykład o branży przemysłu lekkiego, gdzie przed przełomem pracowało 800 tys. ludzi, a dziś około 250 tys. Do tego przetwórstwo przemysłowe i najprostsza elektronika konsumpcyjna.
Czyli Polacy noszą polskie garnitury, jedzą polskie czekoladki i kupują polskie tablety.
Na pewno nie tak. To byłaby zupełna przesada. Ale trzeba pamiętać, że każdy import o wartości 1 mld dol. nie pokryty naszym własnym eksportem oznacza brak pracy dla 45 tys. pracowników w kraju i odpowiednie zwiększenie bezrobocia. W przemysłach konsumpcyjnych i nowoczesnych w naszym kraju mamy natomiast na pewno lepsze szanse na wykreowanie innowacji i stworzenie lepszych miejsc pracy. Pobudzenie ich produkcji jest w pełni uzasadnione i taką politykę uprawia wiele krajów. Bez tego nie ruszymy z miejsca i będziemy dalej w pułapce niskich dochodów z kompletnie antyinnowacyjną strukturą gospodarczą opartą na niskiej płacy.
Co dalej?
Rozwijanie wysokich technologii. Trzeba zrobić wszystko, żeby ulokować się możliwie najbliżej nowoczesnej gospodarki. Czyli miejsca, gdzie wydajność rośnie zazwyczaj dwa razy szybciej niż w pozostałej części przemysłu. Bo to pozwoli nam zrekompensować negatywne skutki przyszłej deindustrializacji naturalnej, która też przecież postępuje czy nam się to podoba, czy nie.
Jakie gałęzie gospodarki ma pan konkretnie na myśli?
Jest kilka pewniaków. Choćby przemysł ekologiczny, czyli największy sektor wzrostu w XXI ., produkujący różne wyroby i materiały dla ochrony środowiska od czystych technologii po chemię. A my na dodatek leżymy obok największego producenta i eksportera tego sprzętu. Po drugie przemysł chemii specjalizowanej, a w przyszłości nawet przemysł kosmiczny.
Kosmos? Brzmi dumnie.
Pewnie, że my sami u nas statków kosmicznych nie będziemy produkowali. Ale trzeba zrobić wszystko, by stać się częścią długiego łańcucha tworzenia wartości w tej branży. Istotną rolę w produkcji sprzętu i wyposażenia dla potrzeb eksploracji kosmosu odgrywają również kraje o mniejszym od nas potencjale przemysłowym. Jeszcze większe perspektywy ma rozwój przemysłu opartego na nanotechnologiach, czyli miniaturyzacji w skali molekularnej. A ta technika przenikać będzie niemal do wszystkich gałęzi przemysłu w przyszłości. I nie chodzi mi tu o tworzenie nowych przełomowych wynalazków. Trzeba włączyć się do imitacji tego, co powstaje. Tak rosła w siłę Japonia, a ostatnio Chiny.
Na hasło "reindustrializacja" natychmiast pojawia się pytanie o rolę rządu. Bo chyba nie chodzi panu o budowanie fabryk, jak w czasach Kwiatkowskiego i Minca.
Absolutnie nie. Rolą rządu we współczesnym kapitalizmie nie jest budowanie czy zarządzanie fabrykami. Jako samodzielny podmiot inwestycyjny państwo nie ma na tym polu szans. Ale już jako lider i inicjator budowania specjalistycznego konsorcjum - jak najbardziej. Amerykanie mają SEMATECH czy DARPĘ (Defense Advanced Research Projects Agency). Europa - Airbusa. Podobne konsorcja istnieją w innych dziedzinach. Modele są różne. Państwo najczęściej nie wkłada pieniędzy. Bierze za to na siebie ryzyko porażki poprzez wsparcie kredytowo-gwarancyjne. Ale takich mechanizmów u nas nie ma. A wie pan dlaczego?
Dlaczego?
Bo to się samo bez udziału państwa nie stanie. Gdyby rynek zapewniał krajowi takiemu jak Polska odpowiednią akumulację potencjału przemysłowego, dziś bylibyśmy potęgą. A nie jesteśmy. Stan na 2015 r. jest taki, że dominuje u nas sektor niski, który opiera się na taniej pracy. Jego przewaga nie tylko blokuje innowacje, lecz także skazuje nas na wiele niebezpieczeństw. Tym widocznym już dziś jest emigracja, bo niski przemysł nigdy nie stworzy dobrze płatnych miejsc pracy. Drugie nadejdzie wraz z dalszymi postępami robotyzacji i automatyzacji produkcji. Nie wiemy dokładnie, kiedy. Może za 10, a może za 20 lat. Ale na pewno najmocniej będzie ona odczuwalna w tych krajach, które swoją konkurencyjność opierają głównie na taniej pracy. Bo automatyzacja będzie jeszcze tańsza. Kto nie będzie miał pomysłu na sensowne zagospodarowanie zwolnionych w ten sposób nadwyżek siły roboczej, wpadnie w poważne kłopoty. I ekonomiczne, i społeczne.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu